12 października 2018

Tatra Fest Bieg 2018



Tatra "TEST" Bieg.

Dochodziła 6:00, niedawno zaczęło świtać, powietrze było rześkie, nic nie zapowiadało prognozowanej burzy i deszczu. Zwykły dzień powszedni, wakacje, a ja przemieszczałam się na przystanek lokalnego przewoźnika z gulą w gardle. Nie chodziło już o to, że ogłosiłam w mediach społecznościowych, że biegnę na Kopę Kondracką, chodziło bardziej o fakt, iż nie mogę oszukiwać samej siebie. Na zwyczajnym treningu niejednokrotnie robiłam w biegu pauzę - po to, żeby wziąć oddech, zrobić zdjęcie, czy załatwić potrzeby fizjologiczne. Wiedziałam, że test musi być szczery względem mnie, to co potem pokażę ostatecznie na zegarku i tak zweryfikuje start w nadchodzących zawodach. Od powrotu z Hiszpanii w treningach pomagał mi Przemek - to właśnie On uzmysłowił mi, że po pierwsze - brak planu mija się z celem, po drugie, próbował w bardzo rzeczowy i bezpośredni sposób powiedzieć mi, że wybrałam zbyt trudny start.
- Magda, kompletnie nie rozumiem ludzi, którzy znajdują się na nieodpowiednich biegach. Zwyczajnie mi ich szkoda - mówił, jak za pierwszym razem spotkaliśmy się na Ornaku, podczas mojej samotnej wyprawy w Tatrach Zachodnich. Pamiętam, że zakończyłam wtedy pierwszy etap 30 kilometrowego truchtania, pierwszego takiego w górach wysokich, byłam mocno zrypana i jego słowa brzmiały bardzo przekonywająco. Siedząc wówczas i pijąc piwo w  schronisku dowiedziałam się na jaki bieg zarejestrowałam się na początku roku! I że Tatra Fest Bieg to nie ponad maratoński dystans do pokonania dla każdego! Jak zawsze od dupy strony! 
Pomijając, że od początku mało kto we mnie wierzył (za wyjątkiem mojego regularnego trenera - Andrzeja, który był też moim ogromnym wsparciem w psychologii sportu), na czele z Przemkiem, to mimo wszystko postanowił podjąć się próby ułożenia mi planu, który sumiennie realizowałam. W zasadzie tylko w jednym tygodniu nie zrobiłam dwóch zaplanowanych treningów. Kilometraż zwiększyłam na maksa, stąd zaraz odezwało się przeciążenie nogi lewej. Im bliżej było biegu, tym większe zwątpienie ogarniało mnie samą. A od mojego "trenera", którym chwilowo został właśnie Przemek - usłyszałam tylko - najlepiej będzie jak dobiegniesz do Ornaku i tam bieg zakończysz. 


Czułam złość. Jak On śmie, mówić mi gdzie powinnam zejść z trasy, nie jestem jakimś cieniasem! Burzyłam się w środku. Jednocześnie po przeliczeniu moich czasów z samotnej wyprawy w Tatrach, która niemalże pokrywała się z trasą biegu, wiedziałam, że może mieć rację, nie - nie może, On ma rację! Wtedy wewnętrzna złość urastała jeszcze bardziej. Pojawiały się wyrzuty do siebie samej, że tyle lat biegam i wciąż muszę walczyć z limitem. Że powinno być już lekko - co to dla mnie 60 kilometrów! Co dla mnie Tatry! Hiszpania to dopiero góry! Ta myśl dodawała mi otuchy, że może i nie jestem najszybsza, ale właśnie dostałam solidny wpierdol, lekcję życia i pokory wręcz, w najbardziej wymagających górach, w jakich truchtały moje nogi. Przeciążone nogi - bo nigdy chyba nie biegałam tak dużo i intensywnie, jak przed Tatra Fest Bieg.

W moim "ośrodku szkoleniowym" w Witowie, w Pokojach Pod Magurą siedziałam z rollerem i nogą w górze, obkładając ją lodem i słysząc od wytrawnych biegaczy, że marne szanse. Że jak dobiegnę na Kopę w 3 godziny to już będzie sukces. Ale to nie wystarczy, bo do Ornaku jest raptem 5h. Czyli trzeba by w dwie godziny z Kopy, przebrnąć przez całe Czerwone Wierchy i zbiec na dół! A dalej profil trasy nie prezentował się lepiej! Starorobociański, Jarząbczy Wierch - wiedziałam już, że tam nie jest lekko. Jadąc na test oczywiście pomyliłam przystanki, dzięki czemu do Białego Potoku zaliczyłam 15 minutową rozgrzewkę. Ultras, który chce biegać w górach i zawsze się gubi, z logistyką głęboko w tyle, dobre chęci, ale kluczowe pomyłki, które mogą kosztować dyskwalifikację. 

Wrzuciłam relację i zrobiłam parę zdjęć, po czym schowałam telefon - przed Kopą zameldowałam się po 2 godzinach i 30 minutach. Jak kompletna dzida, która nie wiedziała, że po pierwsze szczyt Kopy jest dwa wzniesienia dalej i jest na nim tabliczka, po drugie, za Przysłopem Miętusim zboczyłam z trasy, choć wydawać się mogło, że nijak nie dało się pobiec inaczej. Niby test zaliczony, ale jednak nie. Czyli wciąż została niepewność - czy nie odpadnę już na 14 kilometrze.
Na domiar złego taksówkarz, który na zakończenie "turnusu" wiózł mnie z Witowa na dworzec w Zakopanem, słysząc o biegu i limitach czasowych, stwierdził, że to tempo marszu i że każdy głupi da radę. Ha! Chyba go porąbało! - pomyślałam, nie wchodząc w dalsze dyskusje. Wszystko było przeciwko mnie. 

Jeśli sam nie uwierzysz w to, że możesz czegoś dokonać, stracisz nie tylko wiele okazji, bo niewiara nie pozwoli ci podjąć próby - zaprogramujesz także swoją głowę, która zdecydowanie woli aktywności w strefie komfortu. Każdy wysiłek wymaga odwagi i wiary, wiary do końca, przeplatanej z walką z mechanizmami myślowymi. Najpierw poddaje się głowa, potem ciało.



Długość trasy: 60,9 km
Przewyższenia: 4.130 m.
ITRA: 4 pkt.

O 3:00 zadzwonił zegarek. Przez większość nocy spałam bardzo płytko. W głowie panował totalny chaos, od którego próbowałam się odciąć przez wiele tygodni. Myśli tej nocy jeszcze dotkliwiej ryły mi banię. Analiza przypadku, rozważanie wszystkich możliwych opcji, kręciłam się z boku na bok, przeliczając czasy i czułam się jak dziewczyna ze śmiesznych obrazków, która kompletnie nie potrafi wyliczyć średniej, na bazie limitów i własnych predyspozycji. Bieg totalna niewiadoma. Oczywiście prócz tego, że nie miałam planu, wiedziałam tylko, że już na samym początku muszę uruchomić maksimum, bez żadnych rezerw. Oczywiście standardowo już pod wieczór wszystko mnie bolało! Noga lewa przeciążona (a jeszcze idealnym pomysłem było wyjść dwa dni wcześniej w Tatry, prosto z pociągu z Warszawy, co dało raptem 18 km wspinaczki i powrót po nocy), żołądek na baczność, w jelitach rewolucja nie lepsza niż cały pierdolnik w głowie. 
Mówiłam do siebie - ogarnij się kobieto, za ponad godzinę staniesz na starcie biegu, opanuj chaos. Tylko spokój nas uratuje!
Przez chwilę czułam się jak na haju, jeszcze przed startem.
A czekało mnie pokonanie 61 kilometrów, w Tatrach! O kurwa! Kto mnie tam zgłosił??? Że ja, sama?!!!

Jeszcze raz sprawdziłam wyposażenie obowiązkowe. Wszystko było na miejscu. Folia NRC, podstawowe środki medyczne, gwizdek, czołówka, żele, woda, dodatkowo izotonik w proszku, tabletki uzupełniające sole i praktycznie zero własnego jedzenia, co mogło mnie rozłożyć na trasie. Potwierdzenie ubezpieczenia z opcja przelotu śmigłowcem z Polskiej jak i Słowackiej strony Tatr. O zgrozo! Zaraz stanęła mi przed oczami akcja ratunkowa. Na ręku mapka biegu - tatuaż, który zapewniał organizator. Świetna rzecz! Oczywiście zabrakło mi rozpiski, gdzie jest punkt, gdzie jedzenie, ile kilometrów, ile czasu, poustawianych limitów, wiedziałam tylko tyle, że po pierwsze to muszę zapierdzielać od startu, a do Kopy zmieścić się w 3h - mimo iż w dniu odprawy wydłużyli limity do 4h, a do 6 na Ornaku, nie zmieniało to jednak dalszych, od których zależało ukończenie startu. 
Cel: dobiec na Kopę poniżej 3h, drugi nie robić fot, trzeci nie zatrzymać się.
- Nie pierdol! Czytałam nie raz na moje bolączki. Ale mimo to spokój nie nadchodził, a była już 3:40 na zegarku!


Do biegu gotowi - start!

Na start wiózł mnie Przemek, zatrzymał się na parkingu obok Białego Potoku. Była 4:30, zapierdzielaliśmy przez jakąś mokra trawę do strefy zawodników. Jeszcze nie wystartowałam, a już miałam mokre buty i skarpetki. Temperatura powietrza była niska jak na sierpień. Wiedziałam jednak, ze prognozy zapowiadają około 20 stopni i słońce, i że trzeba wykorzystać ranek i pocisnąć, zanim dopadnie nas zbyt ładna pogoda.
Przed wejściem do strefy zawodników sprawdzane było wyposażenie obowiązkowe. No to weszłam, obok mnie harpagany. Słyszałam ich założenia, ile to ile tamto, a ja stałam obwieszona bransoletkami mocy jak na jakimś odpuście. Wyobraźcie sobie te poważne miny, to zacięcie przedstartowa, te najwyższej jakości odzież techniczną, kiedy wchodzi do strefy jakaś laska w tiulowej kiecce i wianku, na pozornie totalnym wyluzowaniu. 10 minut przed startem zdecydowałam się zdjąć bluzę, choć było zimno, posłucham dobrych rad, wszak za moment będę napierać głównie pod górę. Ściągając bluzę zrzuciłam bransoletkę mocy od Ali, znajduje ją jakiś chłopak i mówi:
- chyba Ci biżuteria spadła, bo ja swoją mam w innym kolorze!
Zaczynamy rechotać ze śmiechu.


Pamiętaj, że drzemią w nas nieograniczone możliwości. Moc umysłu jest tak wielka, ze gdyby uruchomić kilka obszarów jednocześnie, gdyby wykorzystać cały potencjał, to może okazać się, że jesteś w stanie osiągnąć znacznie więcej. Możesz wyjść na wyższy poziom, wyzwolić większą energię. Słowa zasłyszane dzień wcześniej, towarzyszyły mi od 5:00, od kiedy wystartowałam, tak jak od początku do końca towarzyszył mi pewnego rodzaju spokój i pewność, że się nie poddam. Że ani ma chwilę się nie poddam!

Pierwszy odcinek trasy znałam już z testowego biegu. Wiedziałam, że do podejścia jest ok 4 kilometrów i można je w całości przetruchtać. Oczywiście tłum poniósł mnie zbyt szybko, przez co pod koniec zaczęłam już przechodzić do marszu. Było błoto i coraz mniej wygodne kamienie. Tętno rosło w zasadzie od startu. Po drodze minął mnie kolega z parkrun, który ze zdziwieniem spytał 
- to ty biegłaś kiedyś w takim ultra??? Jakby z góry zakładał, że chyba sobie jaja robię i że w ogóle to co skąd ja się tutaj wzięłam!
- to moje trzecie ultra, dodałam pewna siebie, choć sądząc po jego minie, chyba trzecie nie wyglądało
jakoś specjalnie dobrze. Może gdyby było co najmniej 10, to by patrzył na mnie bardziej poważnie. Na drugim kilometrze usłyszałam za sobą piszczący zegarek - chyba kogoś porąbało, myślę - biec ultra z rozładowanym zegarkiem! Dźwięk piszczącego zegarka tak mnie wkurzył, że znowu zaczęłam biec. 


Zgodnie z moimi wyliczeniami przed 4 kilometrem zacznie się pierwsze krótkie podejście, potem szybki orzeźwiający zbieg. Założyłam, że będę łykać żele co 40 minut aż do Kopy, potem co 60 - z zegarkiem w ręku. Raz żel, raz tabletka z solami. Na końcu Doliny Lejowej zobaczyłam Przemka, który podczas biegu był wolontariuszem, próba zwinnego przeskoczenia błotnej kałuży zakończyła się niepowodzeniem, chyba jako jedyna ląduje w błocie i zostawiam tam buta. Przemek pomaga mi wyjść cało z opresji. Co za ofiara, zostawić buta w jednej kałuży na całej trasie! Słyszę potem - na płaskim to masz biec! Dobra, dobra - przecież szłam raptem chwilę.

Do Doliny Kościeliskiej biegnę z werwą i wiatrem we włosach, póki co wszystko idzie zgodnie z planem. Jak wybiegamy na prostą, zaczepia mnie grupka chłopaków, których wiele razy potem mijam na trasie biegu. 
- a powiedz mi, pyta jeden - skąd pomysł na ten strój?
Jeszcze nie zdążyłam odpowiedzieć, kiedy z lewej nadchodzą turyści i wydzierają się na mój widok, życząc powodzenia i zagrzewając do walki. 
- a ha! mówi inny, to ja już teraz wiem dlaczego.
Uśmiecham się i biegnę dalej. W czasie wspinaczki na Przysłop Miętusi (1187m) poznaje na żywo Darka. Miło spotkać na trasie ludzi, z którymi widujemy się tylko w mediach społecznościowych. Mimo iż mija mnie szybciej na podejściu, po drodze spotykamy się jeszcze wiele razy. Dzięki czemu do mojej kolekcji wspomnień dołączają piękne zdjęcia, wykonane przez niego. 
Do Wielkiej Polany okazuje się, że można dobiec dwiema drogami - w czasie testu poleciałam na lewo, niby nadrabiając trochę drogi, ale jednak ta na prawo, pięła się bardziej do góry. Nie wiedziałam na ile ta pomyłka odegrała rolę w czasie ogólnym. Nie zastanawiałam się nad tym, parłam do przodu, z nadzieją, że niedługo zobaczę Izę, która na biegu była wolontariuszką. Jak tylko wybiegłam z lasu podbiegłam do ławki, gdzie czekała na mnie mała cola. Zbawienie.


Samą wspinaczka na Kopę (2005 m) miałam już przetrenowaną - było mi ciężko, narzuciłam naprawdę mocne tempo, otworzyłam colę i krok po kroku pięłam się do góry. Słyszałam z boku pierwsze " o kurwa" i "ile jeszcze". A mimo to ja wewnętrznie byłam bardzo zmotywowana, nie zatrzymywać się, 3 godziny, jesteś zwycięzcą i że kocham każdy kamień, mówiłam do siebie podchodząc pod Przełęcz Kondracką. Widziałam nawet po drodze serce z kamienia. Czysta miłość. Na grani było znacznie chłodniej, ale nie było czasu na przebieranie, cel był blisko. Docieram na Kopę w 2 godziny i 40 minut - na szczycie stoi Darek i uwiecznia moją radość. Udało się - poniżej trzech godzin, czyli według założeń - w pierwotnym limicie. 


Jestem spokojna - jak nigdy wcześniej, wszystkie troski, niepokoje, lęki, cała niepewność, niewiara, stresy z dolin - wszystko odchodzi na dalszy plan. Jestem tutaj, blisko, najbliżej, gdzie mogę dotykać chmury i wtapiać się całkowicie w krajobraz oswojonej przez chwilę grani Tatr. 

Przez Wierchy biegnę w towarzystwie Darka, potem przyspieszam i lecę w dół, tak jakbym nagle dostała nowe życie, zbieg pod koniec przestaje być przyjemny, bolą mnie kolana i czworogłowe, czuję jak ostro pracują tu mięśnie głębokie brzucha. Cały człowiek zaangażowany do biegu i marszu, ręce, ramiona, bicepsy, barki, kolana, uda, pośladki, każdy element jest ważny i każdy może też zawieść. 
Fot. Pietruszka Fotografia.





Zbiegając do schroniska na Hali Ornak (1100 m) liczę na ciepły posiłek i colę. Niestety w tym właśnie momencie zastaje tylko banany, arbuzy, izotonik i suszone owoce. Niewiele myśląc i nie tracąc czasu ruszam na przód. Brak normalnego posiłku zaczyna jednak wychodzić stopniowo na podejściu na Ornak. Zaczynam czuć zmęczenie materiału. Ścigam się ze starszymi babkami, które mijają mnie wielokrotnie na podejściu. Dla nich wspinaczka zapewne dopiero się zaczęła, ja mam już prawie 30 kilometrów w nogach, połowa trasy. Najgorsze za mną, ale ponoć niezbyt dobre przede mną. 



Przed Starorobiciańskim (2176 m) zakładam bluzę, mocno wieje, czuję że ciało jest osłabione i gorzej reaguje na zmiany temperatury, wysokość też robi swoje. Wspinaczka jest żmudna i dłuży się, na podejściu mijam dość wyczerpanego gościa. Zaczynał gadać do siebie i złorzeczyć, że to pierdzieli, używając jeszcze bardzo eleganckich i cenzuralnych określeń. Miał dosyć mocny kryzys, ale postanowiłam go zagadać i zmobilizować, podchodząc do tematu trochę egoistycznie - wszak lepiej na tym etapie mieć kogoś obok. Rozmawialiśmy o startach, doświadczeniach, treningach, o tym, że miał to być dla niego lekki bieg rozgrzewkowy i że nie wiedział na co się porwał, że mówili, że to hardcore, ale już było za późno, żeby zmieniać plany. Do Jarząbczego (2137 m) przestał już stosować cenzurę - szliśmy pod górę naprzemiennie klnąc pod nosem. Mimo całej miłości do gór, nie obyło się bez rzucanego pod wiatr: " o kurwa!" i "ja pierdolę! Choć moje były poprzedzone jeszcze wyznaniami miłości do Tatr. Coś w stylu: kocham cię kamieniu, kocham cię niebo, kocham cię widoku, o jak kurwa jest mi ciężko, ale kocham was góry! Czasem w przestrzeni słychać też było odgłos padającego zegarka, a ha to Ty - mówię do Krzyśka - jak można biec ultra z rozładowanym zegarkiem??? Pytałam. A on na to, że to nie bateria, tylko tętno! 
I że to sygnał, że tętno mu spada. 
- No to zapierdzielaj, bez obijania, masz zapas mocy - mówiłam kiedy miał kryzys. 
Jak zbiegaliśmy z Jarząbczego znajdowaliśmy się momentami na rozstaju dróg, oczywiście nikt nie miał wgranej trasy. Mówię do Krzyśka - prowadź na tętno! Logistyka jak zawsze w dupie! A tu mi się jeszcze kompan "na tętno" trafił!

Za Jarząbczym na grani, leżał owinięty w folię NRC biegacz, przewrócił się i uderzył w głowę, zrobiło mi się słabo. Spytaliśmy czy już zostały poinformowane służby ratownicze, czy nie potrzebuje pomocy, obok niego zostali turyści, a my ostrożnie biegliśmy dalej. Na krótkim odcinku Łopaty była założona poręczówka, zachodziłam w głowę, że nie pamiętam tego odcinka, przecież szłam tędy raptem dwa miesiące temu! Teraz bardzo się bałam, po pierwsze dlatego, że chłopak który leżał na grani był już w hipotermii, po drugie, że zawsze jest stres czy ubezpieczenie obejmuje lot śmigłowcem ze strony Słowackiej.

Na Wołowcu (2063 m) byliśmy lekko skołowani, po pierwsze bo właśnie za naszymi plecami odbywała się akcja ratownicza i śmigłowiec zabierał mijanego na szlaku biegacza, wszyscy turyści żądni wrażeń wyciągnęli telefony, żeby uwiecznić ten moment, wówczas jakiś biegacz powiedział nam, że mamy bardzo mało czasu do następnego punktu, że w sumie to marne szanse, żeby dotrzeć w limicie. Zapanował chaos, bo nikt z obecnych nie posiadał dokładnych danych odnośnie czasu, limitu i kolejnego punktu. Ultra na najwyższym poziomie. Krzysiek, który dostał owczego pędu, nagle postanowił mnie zostawić i wypruł do przodu. Zbiegaliśmy z Wołowca, a On napierał tak szybko, że nie słyszałam ani jego oddechu, ani sygnału w zegarku. Wkurzyłam się - to ja go motywowałam do biegu, a On mnie zostawił w tyle! Nie odpuszczę! Leciałam wściekła w dół, mimo iż bolały mnie palce, starałam się jak mogę, aby nie tracić jego pleców - nie odpuszczę mu tak, pomyślałam i rzucając pod nosem "kurwami" pędziłam w stronę Grzesia (1653 m). Przed Grzesiem chciałam sobie ulżyć, i na moje "o kurwa!" wyłoniła się zza rogu zakonnica odpowiadając - "szczęść Boże" Ale siara, nie było czasu na analizy, zanim dobiegłam do Grzesia, kolega uciekinier zaliczył kolejny kryzys. 
- no dzień dobry - mówię
- o, skubana! co brałaś tam na górze? spytał zdziwiony
Na Grzesiu nie mieliśmy już wody, prosiliśmy turystów, którzy poratowali nas małymi butelkami. Kolejny punkt był w Dolinie Chochołowskiej, po drodze przeprowadziliśmy akcję ratunkową i jak dotarliśmy do bufetu, wiedzieliśmy, że mamy jakieś 3 kilometry do punktu pomiaru czasu, zjedliśmy, uzupełniliśmy płyny i pobiegliśmy dalej. Chwila - uświadomiłam sobie 2 kilometry później, nie mamy kijków! Krzysiek poświęcił się i wrócił po kijki, potem truchtając dobiegliśmy do Doliny Dudowej. Zapas czasu pół godziny. Niby dużo, a jednak czekało nas ostatnie małe podejście. Małe, ale ryjące wszystko, do tego mój organizm przestał przyjmować żele. Chwilę jechałam na dextrozie i owocach, potem uznałam, że muszę próbować. Zaskoczyło. Krzysiek miał kolejny kryzys, a ja właśnie odpaliłam słuchawki i muzyka mnie niosła. Jednak nie chciałam zostać sama na kolejne naście kilometrów. Więc czekałam, a On nie chciał już potem uciekać.  Kominiarska Przełęcz, była jak dobry żart ze ze strony organizatorów, była wisienką na torcie, dobitka, nóż w plecy. Potem zbieg. Na 50 kilometrze znowu witam się z Przemkiem, tym razem biją mi brawa - udało Ci się, ukończyłaś bieg, nie ma opcji, że się nie wyrobisz. Powiedział mi potem, że biorąc pod uwagę wszystkich zawodników, to wyglądałam tam naprawdę świeżo i dobrze, to prawda - miałam tam energię, ale nie na kolejne 10 km biegu ciągłego. Mówili będzie lekko, mówili będzie płaska dycha. Dobre żarty. Góra, dół i tak przez 10 kilometrów, jak nogi wchodzą już w tyłek. Do tego rozładował mi się zegarek. 
- to  wiesz na którym kilometrze jesteśmy? Pytałam Krzyśka.
- nie, ja nie mam tu pomiaru kilometrów, tylko samo tętno
- cudokurwawnie! 
Nie mogłam trafić lepiej. Na ostatnim punkcie najadłam się arbuza, tak, że nie mogłam uruchomić trybu biegowego, w tej samej chwili minął nas Darek. Chciałam go gonić, ale nie miałam pary w nogach. Przechodząc ciągle do marszu - rozleniwiłam je nazbyt mocno. Walczyłam, żeby odcinki biegu były jak najdłuższe. Jak wyskoczyliśmy z głuszy na ulicę Zakopanego zostały dwa kilometry, spojrzeliśmy na siebie i zarządziliśmy sprint do mety, dumnie przekraczając jej linię. Siostra i znajomi przywitali nas gorąco. Udało się, pomimo wszystko udało się!



Tatra Fest Bieg ukończyłam pół godziny przed limitem - 14:32:19, 22 kobieta w swojej kategorii wiekowej, 35 osób nie ukończyło biegu w limitach. Dumna i blada skończyłam bieg, który wyeksploatował mnie do cna, był też najpiękniejszym i najtrudniejszym startem, który mnie nie pokonał.

Po doświadczeniach z Hiszpanii i Tatra Fest Bieg stwierdzam jednoznacznie, że należy podejmować ryzyko, bo nawet jeśli inni w ciebie nie wierzą, ani co gorsza ty sam - to masz szansę zebrać doświadczenia i lekcję, które otworzą ci horyzonty i wytkną ułomności, pozwolą też przeżyć przygodę! A to wszystko bezcenna wartość tego, że się odważysz. Po Tatra Fest i Riano Trail Run, czuję wdzięczność, a o trudach tych biegów myślę każdego ciężkiego dnia. Dzięki własnemu uporowi i walce do końca, wykonałam kawał, nikomu niepotrzebnej roboty. A może właśnie potrzebnej, żeby doświadczenia te przenieść na codzienne trudy życia.

Pamiętaj - nigdy nie rezygnuj z tego, co pozornie wydaje się niemożliwe. Gdyby uruchomić wszystkie obszary mózgu i ciała, o których nawet nie masz pojęcia, to możesz nagle zaskoczyć samego siebie i odkryć w sobie potencjał, moc i możliwości, które pomogą Ci przekroczyć uprzedzenia i schematy. I ja zamierzam to robić, dopóki starczy mi sił i pary na kolejne wyzwania.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz