7 października 2018

Bieg 7 Dolin - 64 km - 2018r.



Podróż.
Kolejny poranek, podobny do wszystkich innych w tym roku. Który to już raz?? Pomyślałam, mieszając kawę latte z dwoma torebkami cukru trzcinowego. Na Centralnym w Warszawie jak zwykle tłoczno od rana. Jeszcze niedawno siedziałam w Costa Cofee z moimi dziećmi, kiedy zabrałam ich pierwszy raz do Zakopanego. Później był Tatra Fest, a wcześniej sama oswajałam z plecakiem Tatry Zachodnie.

Mam wrażenie, że ten rok to niekończąca się podróż, ultra bieg, ultra życie, chaos w głowie, zmiany następujące jak bumerang, które muszę brać jak wyzwania
i niepewność co przyniesie każdy kolejny dzień. Jeszcze parę lat wstecz, beczałabym jak rozkapryszone dziecko, które nie radzi sobie z nadmiarem obowiązków. Teraz jestem bardziej skoncentrowana na poruszaniu się na przód, bardziej tolerancyjna dla własnych słabości, bardziej wyrozumiała w sytuacji niezrealizowanego planu, ale też zdecydowanie bardziej uparta, waleczna, żądna przygody, głodna podróży, wrażeń, przyjmująca na klatę ryzyko połykania kilometrów. Tak jak teraz. Od dawna słyszałam, że kolejny start po trzech tygodniach od ultra (z których 10 dni przeleżałam trupem, wychodząc jak upiór na 4.5 godziny do pracy, prowadząc na rezerwie zajęcia fitness i pierwszy raz w życiu ucinając sobie między zmianami 30-70 minutowe drzemki) to istne szaleństwo. Co prawda po tych 10 dniach do treningu wróciłam, ale byłam tak zajechana, że zdarzyło mi się – po 8 podbiegu na Agrykoli, zobaczyć dwa, nadjeżdżające prosto do Łazienek czołgi, które były jedynie projekcją, zlepkiem świateł z reflektorów kilku rowerzystów. 

Od Tatra Fest Bieg na 61 km, czułam największe zmęczenie w „karierze” biegowej. Może nastąpiła kumulacja przeciążeniowa, może burza hormonalna, a może po prostu napięte życie osobiste, stres codzienny, mocne treningi i naprawdę trudny start w Tatrach Zachodnich.

Siedząc na dworcu czułam lekki niepokój, od paru dni nie mogłam przestać rozważać, czy mój organizm podoła z kolejnym ultra na 60 kilometrów. Zależało mi. Choć po samotnych podróżach jakie odbyłam w Tatrach, powiedziałam sobie, że nikt mnie siłą do zapisów na BUGT nie zaciągnie. Po Tatra Fest Bieg moje postrzeganie zmieniło się o 180 stopni, zapragnęłam być tam dłużej i przygotować się lepiej na kolejny rok. Brakowało mi tylko 4 pkt – jednego ultra. Oczywiście samo ukończenie biegu i zdobycie punktów nie daje żadnej gwarancji, że zostanę wylosowana, ale pozwala mi choć podjąć próbę, która może okazać się sukcesem. Sukcesem znalezienia się na liście startowej – przebiec to ultra może być kwestią wątpliwą. Znajomi odradzali – byłam zmęczona, dalej bolała mnie noga, którą przeciążyłam szybko zwiększając kilometraż przed ostatnim ultra. Mało tego, wyglądało na to, że odezwał się shin splits dokładnie w tym samym miejscu co 2 lata temu. Czyli wtedy, kiedy na trasie w Krynicy zaliczyłam pierwszego DNFa (czytaj dyskwalifikację) na 41 kilometrze. 

Tłumaczyłam sobie, że teraz jestem lepiej przygotowana, mam więcej doświadczeń, ale co z tego, kiedy boli Cię noga, jesteś zmęczony i nawet jeśli wróciłeś do treningu, to kompletnie nie masz możliwości przewidzieć jak zachowa się Twoje ciało. Niektórzy twierdzą, że do ultra można solidnie się przygotować, że dobry trening, ćwiczenia wzmacniające, siła, że dieta, że suplementacja – to klucz do powodzenia, że dobre ultra nie powinno nas zajechać, co najwyżej delikatnie zmęczyć. Kompletnie się z tym nie zgadzam.
Myślę, że dobre przygotowanie i cała logistyka to jedno, kwestia dnia, pogody, warunków, ciśnienia, tego jak ci się śniadanie w żołądku ułoży, kwestia stresu, sraczki, kontuzji, czy zwyczajnej sytuacji,
w której organizm się buntuje – to druga strona medalu. A jest jeszcze głowa, która może być kluczem albo raczej powodem, do nieukończenia biegu. Bo głowa w ultra znaczy niejednokrotnie więcej niż ciało. Miałam obawy, ale postanowiłam ryzyko podjąć.

„Jeśli masz marzenie, musisz je chronić. Ludzie nie potrafią sami czegoś zrobić, więc mówią, że ty też nie możesz. Jeśli czegoś chcesz, to zdobądź to. Kropka.”



Do Krynicy jechałam w towarzystwie dziewczyn – Izy, która debiutowała na dystansie 34 kilometrów i Uli, która przemierza szlaki pieszo techniką nordic walking - w niedzielę miała pokonać półmaraton na Runek. Z Ulą poznałyśmy się na Przedwiośniu na 76 km - ultramaratonie pieszym w górach Świętokrzyskich. Do dziś dźwięczą mi w uszach  wypowiedziane w przypływie bólu i zmęczenia słowa Uli:

- jestem medykiem! to niezdrowe! Oznajmiła wchodząc do naszego pokoju po schodach, jak już dotarła do mety. Leżałam wówczas w łóżku z bolącymi od odcisków stopami i myślałam - kobieta ma rację! Ultra jest cholernie niezdrowe! I mówi to instrumentariuszka medyczna! Rano przy śniadaniu szukałyśmy już nowych imprez, pieszych, biegowych, ultra, setek, może i ultra jest niezdrowe, ale jakie życie niezdrowe samo w sobie!

Jadąc na bieg, nie wiedziałam jeszcze, że oswojenie albo raczej liźnięcie metody Nordic Walking będzie tak bardzo pomocne w samym starcie i doda mi plus 100 do szybkości na podejściach. Miała być to metoda awaryjna, na wypadek gdyby odezwała się noga, wówczas miałabym bazować na pracy rąk, żeby jak najbardziej odciążać stawy.
Jeśli usiądziesz obok pasjonatów jakiegoś sportu, od jakichkolwiek pasjonatów, zauważysz, że przez 90% czasu rozmawiają głównie o tym. Trzy biegająco – maszerujące dziewczyny w przedziale, to aż nadto. Trzeba było widzieć minę chłopaka, który siedział obok, jak z ogromnym entuzjazmem, dając „dobre rady” Izie i tłumacząc jej raz po raz trasę biegu, rzuciłam bezwiednie:
- no i wiesz, musisz startować z przodu, bo potem zaczyna się „głębokie gardło”
Kolega obok i połowa przedziału zaczęła rechotać śmiechem. Gra słów, a daje tyle radości. Jednak istotą całego wyjazdu stało się hasło Uli, która na moje bolączki i niepewności, tudzież nawracające jak tornado myśli, o tym, że może faktycznie powinnam zostać w domu i się nie wygłupiać po raz kolejny, stwierdziła:
- Ultra? Ultra to nic! Możesz w każdej chwili zejść z trasy! Stanie się coś?? (zaraz w głowie
pomyślałam o pierwszej dyskwalifikacji, o poranku po ultra kiedy w Krynicy roiło się od koszulek z napisem finisher, pomyślałam o ambicjach, ego, planie, 4 punktach, o porażce) Stanie się coś? – Mówiła dalej Ula. 
- Zobacz jakie życie jest ciężkie! Ultra to nic w zestawieniu z życiem!

Faktycznie, pomyślałam – bo paradoksalnie ultra stało się dla mnie miejscem, w którym męcząc się Fizycznie, odpoczywam psychicznie. Miejscem mojej zadumy, refleksji, wynurzeń czasem o kwestiach czysto fizjologicznych, sprawdzianem siły głowy, nauką siebie, pozytywnym doznaniem duchowego oczyszczenia, spokojem w niepokojach, siłą w słabościach, walką z przeciwnościami, czystą miłością do gór i tego nienaturalnego stanu, a może najbardziej naturalnego w jakim powinien od czasu do czasu znaleźć się cywilizowany człowiek - obcujący z naturą w zupełnej samotności. Bo nawet będąc wśród tysięcy biegaczy, jesteś tak naprawdę zdany na siebie i to, co masz w głowie i sercu. Jesteś zależny od fizjologii, przyrody, warunków atmosferycznych, poruszasz się jak człowiek pierwotny, z buszu, brakuje do tego żebyś po drodze zdobywał pożywienie, co na ostatnim ultra niemal miało miejsce. Jest przygoda? Jest! Jest walka? Jest! Jest cel? Jest! Jest miłość? Jest! Jest wyzwanie? Jest! Jest najbardziej naturalny dla człowieka sposób poruszania? Jest! A mimo to ultra faktycznie jest dużo łatwiejsze niż codzienne życie!

Na dworcu w Krakowie skorzystałyśmy z opcji fast food – mimo iż dziewczyny jęczały za fit posiłkiem, przyzwyczaiłam się, że w przesiadce na PKSa kolejny raz kończę na jakimś burgerze z niepewną zawartością, co tym razem niekoniecznie od razu się przyjęło. Wychodzą z toalety, do której dostać się możesz na dzienny kod, dziarsko kierowałam się do naszego stolika, przy którym powinna być Iza. Chwila, gdzie jest Iza – w jej miejscu, przy naszych bagażach i kilku rozstawionych reklamówkach, siedział jakiś facet. Wyglądał na bezdomnego – z dokładnością zbierał wszystkie frytki z tacki i z zachłannością wsadzał je do ust. Kiedy podeszłam do stolika, bezdomny odwrócił się i przełykając kolejną frytkę powiedział:
- jak ja lubię polskie dziewczyny, ładne, wysokie IQ mają, niebieskie oczy
- nie wszystkie – dodaję, - ja nie mam niebieskich oczu
- ale nogi masz i tył odpowiedni,
(zastanawiam się wówczas co ma do moich oczu i reszty, ale nie wnikam)
- a wy gdzie na wycieczkę jedziecie, pyta
- jedziemy biegać
- a biegaczka, to dlatego masz takie ładne nogi, a męża to chyba nie miałaś (pyta)?
- miałam, dodaję
- uciekł?
- nie, ja uciekłam
- no tak, z takimi nogami…
Tylko nie zabierz nieswojego bagażu, płakała ze śmiechu Ula, która z taką samą konsternacją podeszła do stolika,wracając z toalety.



Podróż standardowo zabrała nam więcej godzin, niż zakładałyśmy. Jedynie pociąg z Warszawy do Krakowa przyjechał na czas, Z Krakowa do Krynicy możesz pojechać nawet 5-6 godzin. Wszystko zależy na jaki weekend trafisz, a ten podczas Festiwalu Biegowego do „szybkich” w komunikacji raczej nie należy.


Dobrze znane zakątki miasteczka w Krynicy przywitały nas bardzo ciepłym i słonecznym dniem, jak na myśl o jutrzejszym bieganiu – zbyt ciepłym. Oczywiście droga od dworca PKS wiedzie tradycyjnie pod górę, jeszcze nie zdarzyło mi się w tym miejscu zorganizować noclegu w normalnej, płaskiej, bliskiej od startu i expo lokalizacji. Każdy rok w Krynicy to podchodzenie do domu – na starcie trening siłowy z obciążeniem. Śmiałam się, że pierwsze 500 metrów w górę mamy już za sobą. Potem tylko odebrać pakiety, zwiedzić expo i odebrać kijki, które dzięki uprzejmości LEKI mogłam przetestować w trakcie biegu. Tym samym kolejny zakup, który niestety mnie czeka, odłożył się nieco w czasie. Tym gorzej, bo po biegu z Micro Trail Pro, zachorowałam na te konkretne. Niewykluczone, że to kijki właśnie naprawdę dodały mi mocy.


Bieg 7 Dolin - 64 km Festiwal Biegowy
Trasa: 64 km, przewyższenie +3070m/-2970m
Start
O godzinie 4:00 wyruszyłam na start – musiałam założyć pół godziny zapasu, bo nocleg usytuowany był jakieś 2 kilometry od miejsca z którego każdego roku zawodnicy wywożeni są na Bieg 7 Dolin. Tradycyjnie przyodziana w spódnicę tiulową i kwietny wianek na głowie, dziarskim krokiem ruszyłam przez ulice Krynicy. Powietrze było rześkie. Gdyby nie fakt, że to Festiwal Biegowy i w tych dniach większość ludzi wygląda nienormalnie w tych swoich kolorowych strojach, a na pasie dumnie już zwisał mój numer startowy, dobrany tym razem idealnie wersją kolorystyczną do całości, mijający mnie ludzie nie reagowali zaskoczeniem na mój widok. Zresztą kto normalny wstaje przed 4:00, żeby w sobotę chodzić po ulicach Krynicy. Sama zawsze zadaję sobie to pytanie. Kto normalny jedzie jeden dzień w góry, żeby kolejny dzień biec, a następny cały przejechać w drodze powrotnej. Powtarzałam sobie w głowie – uda się, muszę tu wrócić – tutaj, czyli na metę, na własnych nogach, a nie zwieziona jak 2 lata temu autobusem z Wierchomli. Kim jesteś? Jestem zwyciezcą, nevere give up ku*wa! Widniało na plecach mojej spersonalizowanej koszulki. 
Przed punktem zbiórki, minął mnie samochód, kierowca zatrzymał się, przetarł oczy i przez chwilę miał minę jakby chciał powiedzieć: what the fuck? Na widok dziewczyny w tiulu i wianku, która właśnie wyłoniła się z ciemności. Mówię do niego – ale masz fajną minę, a on na to: - sorry, chyba się jeszcze nie obudziłem. Przetarł oczy, wysadził kumpla i odjechał.
Autokary ponad godzinę wiozły nas do Rytra. Nie miałam okazji przejść ani sekundy stresu, sraczki, nadpobudliwości nerwowej, bo przez całą drogę zagadywała mnie Ultramityczna. Sylwia biega od lat, szykuje się do pierwszej 150. Działa niezawodnie jak maszyna. Do tego z ogromną pasją. Gadałyśmy o jej biegach, o tym gdzie zaliczyć pierwszą setkę. W rezultacie czego, nawet się nie obejrzałam kiedy dotarłyśmy pod hotel "Perła Południa", z którego startuje bieg na 64 km. Ostatnim razem grała tu góralska kapela, zawodnicy byli puszczani falami. Teraz każdy w swoim zakresie godzinowym, wg numeru, co 5 sekund. Od 8:00 dla każdego było 12 godzin limitu. Kto wystartował wcześniej dostawał mały bonus. Ostatnim razem ponad godzinę przesiedziałam w hotelu, albo raczej przeczekam w kolejce do toalety. Tym razem postawiłyśmy na krzaki, dzięki czemu w zasadzie prosto z autokaru, znalazłam się na linii startu. Było zimno, ale atmosfera gorąca, jeszcze kilka zdjęć, albo kilkanaście selfie, wspólnych,  w najlepszych ujęciach i czekanie czy uda się ruszyć wcześniej niż o 7:15, zgodnie z odległym numerem. Pierwsi zawodnicy ruszali o 6:15, była 6:40, kiedy wystartowałam, mieszając się razem z dziewczynami w tłum. Udało się tym samym dostać dodatkowy czas, który miał mi pomóc w razie gdyby odezwała się przeciążona ostatnimi startami noga.

Pamiętam moment, kiedy stanęłam na linii startu a sędzia odmierzył 5 sekund. Powodzenia, dodał, ruszyłam myśląc - musi się udać.
Pierwsze trzy kilometry ciągną się z Rytra po asfaltowej, a potem szutrowej drodze. Od początku pod górę. Nogi nie podawały. Tętno szalało, jakbym dopiero co wstała z  łóżka rano i była zmuszona do ucieczki. Kompletnie nieregularne bicie serca. Byłam jak kij od szczotki, ultrasi z setki mijali mnie szybciej, postanowiłam mimo to, że dopóki mogę będę biec. Wolno, ale biec. A całe zawody poruszać się na przód, bez zbędnych postojów. Tym samym bez przechodzenia do marszu pokonałam 3 kilometry, pamiętałam że niebawem zaczyna się podejście. Pierwsze i najbardziej żmudne ze wszystkich. Na zakręcie przed lasem, stał wolontariusz, krzyknął do mnie: - No, i można biegać ultra i jeszcze dobrze wyglądać!


Podziękowałam i ruszyłam wspinać się pod górę. Podejścia w Beskidach pamiętałam jak złowrogie i ciężkie, teraz przechodziłam co rusz miłe rozczarowanie. Ale naprawdę chodzi o tą górę??? Przecież parę lat temu było tu znacznie trudniej! Pierwszy punkt żywieniowy usytuowany był na 9 kilometrze przy Schronisku na Hali Przehyba (1150), zaraz po kawałku "prostej" (w rzeczywistości trasa od startu pnie się cały czas pod górę), na której szybsi biegacze mijali nas już w przeciwnym kierunku. Miłe spojrzenia, uśmiechy, a nawet uściski ze znajomymi biegaczami zaliczone. Bardzo lubię to miejsce. Okrzyki mocy i wyrazy uznania dla stroju zebrane. Na punkcie zjadłam kilka arbuzów, pomarańcze i banany, wszystko popiłam izotonikiem i kubkiem ciepłej herbaty. Tak się napchałam, że ciężko było mi ruszyć. Wreszcie uruchomiłam 7 bieg i na ścieżce w dół leciałam jak na skrzydłach, czując, że ciało się rozgrzało i weszło na inne obroty. Na długi zbieg od Przehyby nie ma co liczyć, trzeba wdrapać się na Radziejową (1262) - najwyższą zresztą górę Beskidu Sądeckiego, a po krótkim i stromy zbiegu czeka nas kolejna wspinaczka na Wielki Rogacz (1182) i Eliaszówkę (1024).


Dopiero wtedy można uruchomić 7 bieg - można, o ile nie zaczynasz czuć zmęczenia i nie masz zaciągniętych hamulców. Już od 15 kilometra czułam wyraźne zmęczenie materiału. Coś jakby odezwały się nagle wszystkie ostatnie biegi, Hiszpania, Tatry, treningi, szybkie spadki cukru. Normalne jedzenie nie napędzało mnie na długo, nie dawało kopa. Dopiero po żelu dostawałam drugie, a potem trzecie, czwarte i kolejne życie. Od Hiszpanii biegam napędzana Huma i Stinger. Mogłam ich dostać z 9, bo tylko taką ilością dysponowałam i obawiałam się, że w tej sytuacji może mi nie wystarczyć. Na połowę trasy miałam przygotowanego nutridrinka proteinowego. W plecaku miałam też żelki mocy i gorzką czekoladę. Wiedziałam, że muszę biec tak, aby do Piwnicznej zyskać zapas czasu - postanowiłam więc na tym pierwszym odcinku dać z siebie wszystko, co mogłam. Według międzyczasów, gdybym utrzymała takie tempo do końca, mogłabym ukończyć start poniżej 10h! Myślę, że 10 godzin było całkiem realne, gdyby nie fakt iż od początku asekurowałam się przeciążeniem nogi, a żołądek nie wrócił jeszcze do normalnej pracy po Tatra Fest Bieg.

Przed Piwniczną byłam z  bardzo dużym zapasem czasu, trzymałam tempo, ale były już momenty kryzysu. Przed zbiegiem do punktu złapał nas ulewny deszcz, niektórzy stawali, ubierali się w kurtki, ja truchtałam dalej w koszulce na ramiączkach, przyjemnie było wykąpać się w tym deszczu. Od początku ciśnienie powietrza szalało. Nie było gorąco, ani zimno, idealna temperatura, ale coś zmiennego w powietrzu, co odbijało się na samopoczuciu i energii wielu biegaczy.  Przed zbiegiem do Piwnicznej kawałek drogi dotrzymał mi traktor, starszy mężczyzna, bez zęba na przedzie, uśmiechnął się wdzięcznie i krzyknął do stojących nieopodal kolegów: - ja pierd...jaki piękny kwiatuszek. Wyrazy sympatii dostawałam na każdym kroku. Na jednym z punktów zebrałam nieoficjalne wyróżnienie za najlepszy strój biegowy. Tym razem betonowe płyty nie zrobiły na mnie aż tak dużego wrażenia, owszem czułam kolana, ale nie było tragedii. Najgorzej jest jak wybiegasz na asfalt, tam zawsze słońce daje czadu. Już widać most, już wiesz że to niedaleko, a droga jeszcze urywa się w bok, zakręca i musisz dobiec do kolejnego etapu. Jak wbiegłam do Piwnicznej słychać było niezwykły doping. To zawodnicy na 34 km, którzy czekali na swój start, robili taki hałas. Witam się z Izą, będziemy się potem mijać na trasie. Atmosfera na punkcie dodaje mocy, zjadam kilka ziemniaków, parę cząstek arbuza, uzupełniam płyny, szybka toaleta i ruszam dalej. Nie siadam, wiem że siedzenie może wybić mnie z rytmu. Kolejny odcinek - czyli trasę na 34 km pokonywałam po raz trzeci. Pierwszy raz trzy lata temu, drugi dwa - tu właśnie wiedziałam już, że nie dobiegnę na czas do punktu na małej Wierchomli. Tym razem się udaje. Parę kilometrów przed punktem buntuje się żołądek. Czułam jak wszystko co przyjęłam od rana podchodzi mi do gardła, brzuch bolał, tak że każdy podskok sprawiał, że wnętrzności chciały eksplodować. Każdy krok wywoływał łzy w oczach. Wreszcie się odezwał, skubany. A ja myślałam że pierwsza będzie noga! Ależ nie! Na asfaltowej drodze do małej Wierchomli przechodziłam katusze. Postanowiłam iść na przód, zostawiając sobie alternatywę rzygania w krzakach. Minęłam sklep, w którym właśnie otworzyli browary zawodnicy na 34 km. Gdybym wpadła na to wcześniej, kupiłabym colę. Liczyłam bardzo, że zastane takową na punkcie. Pierwszy raz na biegu usiadłam. Był 41 kilometr, na punkcie tętniło życiem. Wszyscy rzucali się na jedzenie z prędkością światła. Nie mogłam patrzeć. Chciało mi się rzygać, położyć się i zostać. 

Zostało 20 kilometrów. Piłam Muszyniankę i gadałam przez telefon na słuchawkach bezprzewodowych, obok mnie siedzieli koledzy, którzy przyglądali się mi, jakbym właśnie zaczęła wchodzić na fazę zmęczeniową i gadała do siebie. Oczywiście właśnie wtedy pojawił się fotograf - śmieje się, że biegłam tyle kilometrów, a z biegu mam tylko 2 profesjonalne zdjęcia - jedno, kiedy umieram wewnętrznie (choć na fotografii wyglądam zupełnie nieźle, patrząc na drugi plan), drugie w najgorszej fazie spadanie, kiedy zderzasz się z ziemią i w tej właśnie sekundzie, wyglądasz tak fatalnie, że fotografowanie tej właśnie chwili, powinno być całkiem zakazane. A przecież dobrze wiemy i jak niejednokrotnie wspominano w mediach społecznościowych - że biegacze, to startują tylko dla fotek, medalu, wrzut na fejsa i idącego za tym splendoru. Dokładnie tak!
- Masz tyle zapasu, że choćby skały sr… to i tak to ukończysz - usłyszałam w słuchawkach.
- Dasz radę, tylko trzymaj średnie tempo poniżej 11!

Już miałam ruszać, kiedy dostrzegłam koleżankę Izę, obok niej koleś z colą ( której niestety na punkcie nie było) - patrzę na niego z nadzieją: - dasz mi łyka?
- Ale tylko łyka, sam na nią czekam od paru godzin, dodał chłodno
- Dobry i łyk, odparłam. Myśląc sobie, co za burak.

Łyk coli smakował bosko, zaraz poukładało mi się w żołądku. Wypiłam Nutridrinka i wzięłam ze sobą garść dextrozy. Jadłam naprzemiennie raz żel, raz dextroze. Po normalnym jedzeniu nie czułam pary. Przez moment szłam z Izą, ale postanowiłam wykorzystać wzrost energii.
Podejście na Wierchomlę jest naprawdę długie, nie jest tak stronę i trudne, jak je zapamiętałam wcześniej. Ot nużące poruszanie się do przodu, które sznurem pokonują biegacze. Kojarzę wszystkie te miejsca, obrazy jak migawki pojawiają się raz po raz. To jak kiedyś biegłam tu z jednym kijkiem, krzycząc szakalaka, to że kiedy jest niby w dół, to potem znowu w górę, to że za jakiś czas będzie strony, mozolny zbieg, na którym i tym razem nie umiałam się puścić. Od początku biegłam lekko asekuracyjnie, bałam się przeciążeń. Gdyby noga odezwała się wcześniej, byłoby słabo. Odezwała się dopiero po zbiegu do Szczawnika. 


Był moment, kiedy bolało mnie wszystko jednocześnie - noga, drugi napad żołądkowy i pulsacyjny ból głowy. Parę razy wysłałam smsa o treści kryzys. W odpowiedzi dostałam dobre rady, jak mam wykorzystać wtedy kijki, oraz że jestem tak daleko, że nie mogę teraz się poddać. Nie myślałam o tym, żeby się poddawać, po prostu wszystko mnie bolało. A to na dłuższą metę nie było przyjemne. Przez parę dobrych kilometrów ścigałam się z jednym biegaczem. Najpierw gonił mnie, potem ja jego, potem znowu on, aż na końcu uciekł mi całkiem, był jednak motorem, żeby większość ostatnich kilometrów biec już ciągiem. Aż do Bacówki nad Wierchomlą. Tam w zasadzie już nie stawałam, wyjęłam swoją kanapkę i próbowałam wcisnąć ją w siebie na podejściu. Po wdrapaniu się na Runek (1080) został już tylko zbieg, znajomi mówili, żeby tam nadrobić starty. Bywało różnie -nogi coraz gorzej podawały i bolały mnie palce. Ale wiedziałam też, że jestem już blisko i że patrząc na zawodników z 34 km, wyglądam i czuje się jeszcze całkiem nieźle! Wiedziałam też, że pokonałam kryzysy, że w sumie było najbardziej lekko, bez dramatów, bez scen, bez walki. Oczami wyobraźni widziałam już metę, czułam że jestem blisko, że za parę chwil wbiegnę z głuszy do miasta, ostatni stromy i śliski zbieg pokonuje jadąc z górki jak na łyżwach, złożyłam już kijki, teraz tylko uruchomić napęd i dokończyć ten start. Tak też zrobiłam - wybiegam z lasu i przez chwilę biegnę poniżej 4:00, czuję moc, wbiegam na metę jak na szybkiej przebieżce, mijając przed linią 4 osoby. Rozkładam ręce w geście zwycięzcy. Udało się, zrobiłam to! Mam te swoje cztery punkty, mam satysfakcję! I mam niedosyt.

Mimo iż Festiwal Biegowy jest naprawdę wielką imprezą i z roku na rok przybywa zawodników, chętnych do tego, żeby się zmęczyć i upodlić, to nie mam zastrzeżeń w kwestii organizacji, punktów żywieniowych i należytego traktowania wszystkich uczestników biegu. Dziękuję wszystkim wolontariuszom za pomoc, wsparcie, uśmiechy i wspaniały doping. Nie mogę się doczekać, kiedy znowu wyruszę na szlak Beskidu Sądeckiego!
Po biegu
Dopiero zaczyna się wyścig. Najpierw w pogoni za PKSem, potem za pociągiem, który wjeżdża na stację jak wbiegamy na schody na dworcu w Krakowie. Potem przez chwilę jawiła się wizja, że kolejne godziny spędzimy na żelach i Nutridrinkach. A po wszystkim gonitwa w domu i w pracy. Po 7 dniach, poprowadzonych kilku fitnesowych treningach, zapomniałam w zasadzie ból tego biegu. Mało tego przeciążona noga, przestała mnie boleć, a żołądek wrócił do stanu używalności. Patrzę potem w wyniki, i wygląda na to, że jak na asekuracyjny bieg, na ogromnym zmęczeniu materiału, to osiągam jak na mnie całkiem niezłe noty! 31 w K30, 63 kobieta, ogółem i do tego jedyna w kiecce i wianku! Przez moment w głowie przewija się pewna myśl… - Alu, pytam się mojej córki
- Myślisz, że bym mogła być jeszcze szybsza? Może kiedyś coś wygrać? Jakieś pudło?
- Oczywiście Mamusiu, tylko pamiętaj możesz zrobić tylko jedną fotkę - powtarza Ala, zasłyszany wcześniej komentarz do moich zdjęć robionych podczas zawodów
- Zaczynam się śmiać, masz rację, bieg z jedną fotka to już trzeba się tego nauczyć, wytrenować wręcz!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz