12 października 2018

Tatra Fest Bieg 2018



Tatra "TEST" Bieg.

Dochodziła 6:00, niedawno zaczęło świtać, powietrze było rześkie, nic nie zapowiadało prognozowanej burzy i deszczu. Zwykły dzień powszedni, wakacje, a ja przemieszczałam się na przystanek lokalnego przewoźnika z gulą w gardle. Nie chodziło już o to, że ogłosiłam w mediach społecznościowych, że biegnę na Kopę Kondracką, chodziło bardziej o fakt, iż nie mogę oszukiwać samej siebie. Na zwyczajnym treningu niejednokrotnie robiłam w biegu pauzę - po to, żeby wziąć oddech, zrobić zdjęcie, czy załatwić potrzeby fizjologiczne. Wiedziałam, że test musi być szczery względem mnie, to co potem pokażę ostatecznie na zegarku i tak zweryfikuje start w nadchodzących zawodach. Od powrotu z Hiszpanii w treningach pomagał mi Przemek - to właśnie On uzmysłowił mi, że po pierwsze - brak planu mija się z celem, po drugie, próbował w bardzo rzeczowy i bezpośredni sposób powiedzieć mi, że wybrałam zbyt trudny start.
- Magda, kompletnie nie rozumiem ludzi, którzy znajdują się na nieodpowiednich biegach. Zwyczajnie mi ich szkoda - mówił, jak za pierwszym razem spotkaliśmy się na Ornaku, podczas mojej samotnej wyprawy w Tatrach Zachodnich. Pamiętam, że zakończyłam wtedy pierwszy etap 30 kilometrowego truchtania, pierwszego takiego w górach wysokich, byłam mocno zrypana i jego słowa brzmiały bardzo przekonywająco. Siedząc wówczas i pijąc piwo w  schronisku dowiedziałam się na jaki bieg zarejestrowałam się na początku roku! I że Tatra Fest Bieg to nie ponad maratoński dystans do pokonania dla każdego! Jak zawsze od dupy strony! 
Pomijając, że od początku mało kto we mnie wierzył (za wyjątkiem mojego regularnego trenera - Andrzeja, który był też moim ogromnym wsparciem w psychologii sportu), na czele z Przemkiem, to mimo wszystko postanowił podjąć się próby ułożenia mi planu, który sumiennie realizowałam. W zasadzie tylko w jednym tygodniu nie zrobiłam dwóch zaplanowanych treningów. Kilometraż zwiększyłam na maksa, stąd zaraz odezwało się przeciążenie nogi lewej. Im bliżej było biegu, tym większe zwątpienie ogarniało mnie samą. A od mojego "trenera", którym chwilowo został właśnie Przemek - usłyszałam tylko - najlepiej będzie jak dobiegniesz do Ornaku i tam bieg zakończysz. 


Czułam złość. Jak On śmie, mówić mi gdzie powinnam zejść z trasy, nie jestem jakimś cieniasem! Burzyłam się w środku. Jednocześnie po przeliczeniu moich czasów z samotnej wyprawy w Tatrach, która niemalże pokrywała się z trasą biegu, wiedziałam, że może mieć rację, nie - nie może, On ma rację! Wtedy wewnętrzna złość urastała jeszcze bardziej. Pojawiały się wyrzuty do siebie samej, że tyle lat biegam i wciąż muszę walczyć z limitem. Że powinno być już lekko - co to dla mnie 60 kilometrów! Co dla mnie Tatry! Hiszpania to dopiero góry! Ta myśl dodawała mi otuchy, że może i nie jestem najszybsza, ale właśnie dostałam solidny wpierdol, lekcję życia i pokory wręcz, w najbardziej wymagających górach, w jakich truchtały moje nogi. Przeciążone nogi - bo nigdy chyba nie biegałam tak dużo i intensywnie, jak przed Tatra Fest Bieg.

W moim "ośrodku szkoleniowym" w Witowie, w Pokojach Pod Magurą siedziałam z rollerem i nogą w górze, obkładając ją lodem i słysząc od wytrawnych biegaczy, że marne szanse. Że jak dobiegnę na Kopę w 3 godziny to już będzie sukces. Ale to nie wystarczy, bo do Ornaku jest raptem 5h. Czyli trzeba by w dwie godziny z Kopy, przebrnąć przez całe Czerwone Wierchy i zbiec na dół! A dalej profil trasy nie prezentował się lepiej! Starorobociański, Jarząbczy Wierch - wiedziałam już, że tam nie jest lekko. Jadąc na test oczywiście pomyliłam przystanki, dzięki czemu do Białego Potoku zaliczyłam 15 minutową rozgrzewkę. Ultras, który chce biegać w górach i zawsze się gubi, z logistyką głęboko w tyle, dobre chęci, ale kluczowe pomyłki, które mogą kosztować dyskwalifikację. 

Wrzuciłam relację i zrobiłam parę zdjęć, po czym schowałam telefon - przed Kopą zameldowałam się po 2 godzinach i 30 minutach. Jak kompletna dzida, która nie wiedziała, że po pierwsze szczyt Kopy jest dwa wzniesienia dalej i jest na nim tabliczka, po drugie, za Przysłopem Miętusim zboczyłam z trasy, choć wydawać się mogło, że nijak nie dało się pobiec inaczej. Niby test zaliczony, ale jednak nie. Czyli wciąż została niepewność - czy nie odpadnę już na 14 kilometrze.
Na domiar złego taksówkarz, który na zakończenie "turnusu" wiózł mnie z Witowa na dworzec w Zakopanem, słysząc o biegu i limitach czasowych, stwierdził, że to tempo marszu i że każdy głupi da radę. Ha! Chyba go porąbało! - pomyślałam, nie wchodząc w dalsze dyskusje. Wszystko było przeciwko mnie. 

Jeśli sam nie uwierzysz w to, że możesz czegoś dokonać, stracisz nie tylko wiele okazji, bo niewiara nie pozwoli ci podjąć próby - zaprogramujesz także swoją głowę, która zdecydowanie woli aktywności w strefie komfortu. Każdy wysiłek wymaga odwagi i wiary, wiary do końca, przeplatanej z walką z mechanizmami myślowymi. Najpierw poddaje się głowa, potem ciało.



Długość trasy: 60,9 km
Przewyższenia: 4.130 m.
ITRA: 4 pkt.

O 3:00 zadzwonił zegarek. Przez większość nocy spałam bardzo płytko. W głowie panował totalny chaos, od którego próbowałam się odciąć przez wiele tygodni. Myśli tej nocy jeszcze dotkliwiej ryły mi banię. Analiza przypadku, rozważanie wszystkich możliwych opcji, kręciłam się z boku na bok, przeliczając czasy i czułam się jak dziewczyna ze śmiesznych obrazków, która kompletnie nie potrafi wyliczyć średniej, na bazie limitów i własnych predyspozycji. Bieg totalna niewiadoma. Oczywiście prócz tego, że nie miałam planu, wiedziałam tylko, że już na samym początku muszę uruchomić maksimum, bez żadnych rezerw. Oczywiście standardowo już pod wieczór wszystko mnie bolało! Noga lewa przeciążona (a jeszcze idealnym pomysłem było wyjść dwa dni wcześniej w Tatry, prosto z pociągu z Warszawy, co dało raptem 18 km wspinaczki i powrót po nocy), żołądek na baczność, w jelitach rewolucja nie lepsza niż cały pierdolnik w głowie. 
Mówiłam do siebie - ogarnij się kobieto, za ponad godzinę staniesz na starcie biegu, opanuj chaos. Tylko spokój nas uratuje!
Przez chwilę czułam się jak na haju, jeszcze przed startem.
A czekało mnie pokonanie 61 kilometrów, w Tatrach! O kurwa! Kto mnie tam zgłosił??? Że ja, sama?!!!

Jeszcze raz sprawdziłam wyposażenie obowiązkowe. Wszystko było na miejscu. Folia NRC, podstawowe środki medyczne, gwizdek, czołówka, żele, woda, dodatkowo izotonik w proszku, tabletki uzupełniające sole i praktycznie zero własnego jedzenia, co mogło mnie rozłożyć na trasie. Potwierdzenie ubezpieczenia z opcja przelotu śmigłowcem z Polskiej jak i Słowackiej strony Tatr. O zgrozo! Zaraz stanęła mi przed oczami akcja ratunkowa. Na ręku mapka biegu - tatuaż, który zapewniał organizator. Świetna rzecz! Oczywiście zabrakło mi rozpiski, gdzie jest punkt, gdzie jedzenie, ile kilometrów, ile czasu, poustawianych limitów, wiedziałam tylko tyle, że po pierwsze to muszę zapierdzielać od startu, a do Kopy zmieścić się w 3h - mimo iż w dniu odprawy wydłużyli limity do 4h, a do 6 na Ornaku, nie zmieniało to jednak dalszych, od których zależało ukończenie startu. 
Cel: dobiec na Kopę poniżej 3h, drugi nie robić fot, trzeci nie zatrzymać się.
- Nie pierdol! Czytałam nie raz na moje bolączki. Ale mimo to spokój nie nadchodził, a była już 3:40 na zegarku!


Do biegu gotowi - start!

Na start wiózł mnie Przemek, zatrzymał się na parkingu obok Białego Potoku. Była 4:30, zapierdzielaliśmy przez jakąś mokra trawę do strefy zawodników. Jeszcze nie wystartowałam, a już miałam mokre buty i skarpetki. Temperatura powietrza była niska jak na sierpień. Wiedziałam jednak, ze prognozy zapowiadają około 20 stopni i słońce, i że trzeba wykorzystać ranek i pocisnąć, zanim dopadnie nas zbyt ładna pogoda.
Przed wejściem do strefy zawodników sprawdzane było wyposażenie obowiązkowe. No to weszłam, obok mnie harpagany. Słyszałam ich założenia, ile to ile tamto, a ja stałam obwieszona bransoletkami mocy jak na jakimś odpuście. Wyobraźcie sobie te poważne miny, to zacięcie przedstartowa, te najwyższej jakości odzież techniczną, kiedy wchodzi do strefy jakaś laska w tiulowej kiecce i wianku, na pozornie totalnym wyluzowaniu. 10 minut przed startem zdecydowałam się zdjąć bluzę, choć było zimno, posłucham dobrych rad, wszak za moment będę napierać głównie pod górę. Ściągając bluzę zrzuciłam bransoletkę mocy od Ali, znajduje ją jakiś chłopak i mówi:
- chyba Ci biżuteria spadła, bo ja swoją mam w innym kolorze!
Zaczynamy rechotać ze śmiechu.


Pamiętaj, że drzemią w nas nieograniczone możliwości. Moc umysłu jest tak wielka, ze gdyby uruchomić kilka obszarów jednocześnie, gdyby wykorzystać cały potencjał, to może okazać się, że jesteś w stanie osiągnąć znacznie więcej. Możesz wyjść na wyższy poziom, wyzwolić większą energię. Słowa zasłyszane dzień wcześniej, towarzyszyły mi od 5:00, od kiedy wystartowałam, tak jak od początku do końca towarzyszył mi pewnego rodzaju spokój i pewność, że się nie poddam. Że ani ma chwilę się nie poddam!

Pierwszy odcinek trasy znałam już z testowego biegu. Wiedziałam, że do podejścia jest ok 4 kilometrów i można je w całości przetruchtać. Oczywiście tłum poniósł mnie zbyt szybko, przez co pod koniec zaczęłam już przechodzić do marszu. Było błoto i coraz mniej wygodne kamienie. Tętno rosło w zasadzie od startu. Po drodze minął mnie kolega z parkrun, który ze zdziwieniem spytał 
- to ty biegłaś kiedyś w takim ultra??? Jakby z góry zakładał, że chyba sobie jaja robię i że w ogóle to co skąd ja się tutaj wzięłam!
- to moje trzecie ultra, dodałam pewna siebie, choć sądząc po jego minie, chyba trzecie nie wyglądało
jakoś specjalnie dobrze. Może gdyby było co najmniej 10, to by patrzył na mnie bardziej poważnie. Na drugim kilometrze usłyszałam za sobą piszczący zegarek - chyba kogoś porąbało, myślę - biec ultra z rozładowanym zegarkiem! Dźwięk piszczącego zegarka tak mnie wkurzył, że znowu zaczęłam biec. 


Zgodnie z moimi wyliczeniami przed 4 kilometrem zacznie się pierwsze krótkie podejście, potem szybki orzeźwiający zbieg. Założyłam, że będę łykać żele co 40 minut aż do Kopy, potem co 60 - z zegarkiem w ręku. Raz żel, raz tabletka z solami. Na końcu Doliny Lejowej zobaczyłam Przemka, który podczas biegu był wolontariuszem, próba zwinnego przeskoczenia błotnej kałuży zakończyła się niepowodzeniem, chyba jako jedyna ląduje w błocie i zostawiam tam buta. Przemek pomaga mi wyjść cało z opresji. Co za ofiara, zostawić buta w jednej kałuży na całej trasie! Słyszę potem - na płaskim to masz biec! Dobra, dobra - przecież szłam raptem chwilę.

Do Doliny Kościeliskiej biegnę z werwą i wiatrem we włosach, póki co wszystko idzie zgodnie z planem. Jak wybiegamy na prostą, zaczepia mnie grupka chłopaków, których wiele razy potem mijam na trasie biegu. 
- a powiedz mi, pyta jeden - skąd pomysł na ten strój?
Jeszcze nie zdążyłam odpowiedzieć, kiedy z lewej nadchodzą turyści i wydzierają się na mój widok, życząc powodzenia i zagrzewając do walki. 
- a ha! mówi inny, to ja już teraz wiem dlaczego.
Uśmiecham się i biegnę dalej. W czasie wspinaczki na Przysłop Miętusi (1187m) poznaje na żywo Darka. Miło spotkać na trasie ludzi, z którymi widujemy się tylko w mediach społecznościowych. Mimo iż mija mnie szybciej na podejściu, po drodze spotykamy się jeszcze wiele razy. Dzięki czemu do mojej kolekcji wspomnień dołączają piękne zdjęcia, wykonane przez niego. 
Do Wielkiej Polany okazuje się, że można dobiec dwiema drogami - w czasie testu poleciałam na lewo, niby nadrabiając trochę drogi, ale jednak ta na prawo, pięła się bardziej do góry. Nie wiedziałam na ile ta pomyłka odegrała rolę w czasie ogólnym. Nie zastanawiałam się nad tym, parłam do przodu, z nadzieją, że niedługo zobaczę Izę, która na biegu była wolontariuszką. Jak tylko wybiegłam z lasu podbiegłam do ławki, gdzie czekała na mnie mała cola. Zbawienie.


Samą wspinaczka na Kopę (2005 m) miałam już przetrenowaną - było mi ciężko, narzuciłam naprawdę mocne tempo, otworzyłam colę i krok po kroku pięłam się do góry. Słyszałam z boku pierwsze " o kurwa" i "ile jeszcze". A mimo to ja wewnętrznie byłam bardzo zmotywowana, nie zatrzymywać się, 3 godziny, jesteś zwycięzcą i że kocham każdy kamień, mówiłam do siebie podchodząc pod Przełęcz Kondracką. Widziałam nawet po drodze serce z kamienia. Czysta miłość. Na grani było znacznie chłodniej, ale nie było czasu na przebieranie, cel był blisko. Docieram na Kopę w 2 godziny i 40 minut - na szczycie stoi Darek i uwiecznia moją radość. Udało się - poniżej trzech godzin, czyli według założeń - w pierwotnym limicie. 


Jestem spokojna - jak nigdy wcześniej, wszystkie troski, niepokoje, lęki, cała niepewność, niewiara, stresy z dolin - wszystko odchodzi na dalszy plan. Jestem tutaj, blisko, najbliżej, gdzie mogę dotykać chmury i wtapiać się całkowicie w krajobraz oswojonej przez chwilę grani Tatr. 

Przez Wierchy biegnę w towarzystwie Darka, potem przyspieszam i lecę w dół, tak jakbym nagle dostała nowe życie, zbieg pod koniec przestaje być przyjemny, bolą mnie kolana i czworogłowe, czuję jak ostro pracują tu mięśnie głębokie brzucha. Cały człowiek zaangażowany do biegu i marszu, ręce, ramiona, bicepsy, barki, kolana, uda, pośladki, każdy element jest ważny i każdy może też zawieść. 
Fot. Pietruszka Fotografia.





Zbiegając do schroniska na Hali Ornak (1100 m) liczę na ciepły posiłek i colę. Niestety w tym właśnie momencie zastaje tylko banany, arbuzy, izotonik i suszone owoce. Niewiele myśląc i nie tracąc czasu ruszam na przód. Brak normalnego posiłku zaczyna jednak wychodzić stopniowo na podejściu na Ornak. Zaczynam czuć zmęczenie materiału. Ścigam się ze starszymi babkami, które mijają mnie wielokrotnie na podejściu. Dla nich wspinaczka zapewne dopiero się zaczęła, ja mam już prawie 30 kilometrów w nogach, połowa trasy. Najgorsze za mną, ale ponoć niezbyt dobre przede mną. 



Przed Starorobiciańskim (2176 m) zakładam bluzę, mocno wieje, czuję że ciało jest osłabione i gorzej reaguje na zmiany temperatury, wysokość też robi swoje. Wspinaczka jest żmudna i dłuży się, na podejściu mijam dość wyczerpanego gościa. Zaczynał gadać do siebie i złorzeczyć, że to pierdzieli, używając jeszcze bardzo eleganckich i cenzuralnych określeń. Miał dosyć mocny kryzys, ale postanowiłam go zagadać i zmobilizować, podchodząc do tematu trochę egoistycznie - wszak lepiej na tym etapie mieć kogoś obok. Rozmawialiśmy o startach, doświadczeniach, treningach, o tym, że miał to być dla niego lekki bieg rozgrzewkowy i że nie wiedział na co się porwał, że mówili, że to hardcore, ale już było za późno, żeby zmieniać plany. Do Jarząbczego (2137 m) przestał już stosować cenzurę - szliśmy pod górę naprzemiennie klnąc pod nosem. Mimo całej miłości do gór, nie obyło się bez rzucanego pod wiatr: " o kurwa!" i "ja pierdolę! Choć moje były poprzedzone jeszcze wyznaniami miłości do Tatr. Coś w stylu: kocham cię kamieniu, kocham cię niebo, kocham cię widoku, o jak kurwa jest mi ciężko, ale kocham was góry! Czasem w przestrzeni słychać też było odgłos padającego zegarka, a ha to Ty - mówię do Krzyśka - jak można biec ultra z rozładowanym zegarkiem??? Pytałam. A on na to, że to nie bateria, tylko tętno! 
I że to sygnał, że tętno mu spada. 
- No to zapierdzielaj, bez obijania, masz zapas mocy - mówiłam kiedy miał kryzys. 
Jak zbiegaliśmy z Jarząbczego znajdowaliśmy się momentami na rozstaju dróg, oczywiście nikt nie miał wgranej trasy. Mówię do Krzyśka - prowadź na tętno! Logistyka jak zawsze w dupie! A tu mi się jeszcze kompan "na tętno" trafił!

Za Jarząbczym na grani, leżał owinięty w folię NRC biegacz, przewrócił się i uderzył w głowę, zrobiło mi się słabo. Spytaliśmy czy już zostały poinformowane służby ratownicze, czy nie potrzebuje pomocy, obok niego zostali turyści, a my ostrożnie biegliśmy dalej. Na krótkim odcinku Łopaty była założona poręczówka, zachodziłam w głowę, że nie pamiętam tego odcinka, przecież szłam tędy raptem dwa miesiące temu! Teraz bardzo się bałam, po pierwsze dlatego, że chłopak który leżał na grani był już w hipotermii, po drugie, że zawsze jest stres czy ubezpieczenie obejmuje lot śmigłowcem ze strony Słowackiej.

Na Wołowcu (2063 m) byliśmy lekko skołowani, po pierwsze bo właśnie za naszymi plecami odbywała się akcja ratownicza i śmigłowiec zabierał mijanego na szlaku biegacza, wszyscy turyści żądni wrażeń wyciągnęli telefony, żeby uwiecznić ten moment, wówczas jakiś biegacz powiedział nam, że mamy bardzo mało czasu do następnego punktu, że w sumie to marne szanse, żeby dotrzeć w limicie. Zapanował chaos, bo nikt z obecnych nie posiadał dokładnych danych odnośnie czasu, limitu i kolejnego punktu. Ultra na najwyższym poziomie. Krzysiek, który dostał owczego pędu, nagle postanowił mnie zostawić i wypruł do przodu. Zbiegaliśmy z Wołowca, a On napierał tak szybko, że nie słyszałam ani jego oddechu, ani sygnału w zegarku. Wkurzyłam się - to ja go motywowałam do biegu, a On mnie zostawił w tyle! Nie odpuszczę! Leciałam wściekła w dół, mimo iż bolały mnie palce, starałam się jak mogę, aby nie tracić jego pleców - nie odpuszczę mu tak, pomyślałam i rzucając pod nosem "kurwami" pędziłam w stronę Grzesia (1653 m). Przed Grzesiem chciałam sobie ulżyć, i na moje "o kurwa!" wyłoniła się zza rogu zakonnica odpowiadając - "szczęść Boże" Ale siara, nie było czasu na analizy, zanim dobiegłam do Grzesia, kolega uciekinier zaliczył kolejny kryzys. 
- no dzień dobry - mówię
- o, skubana! co brałaś tam na górze? spytał zdziwiony
Na Grzesiu nie mieliśmy już wody, prosiliśmy turystów, którzy poratowali nas małymi butelkami. Kolejny punkt był w Dolinie Chochołowskiej, po drodze przeprowadziliśmy akcję ratunkową i jak dotarliśmy do bufetu, wiedzieliśmy, że mamy jakieś 3 kilometry do punktu pomiaru czasu, zjedliśmy, uzupełniliśmy płyny i pobiegliśmy dalej. Chwila - uświadomiłam sobie 2 kilometry później, nie mamy kijków! Krzysiek poświęcił się i wrócił po kijki, potem truchtając dobiegliśmy do Doliny Dudowej. Zapas czasu pół godziny. Niby dużo, a jednak czekało nas ostatnie małe podejście. Małe, ale ryjące wszystko, do tego mój organizm przestał przyjmować żele. Chwilę jechałam na dextrozie i owocach, potem uznałam, że muszę próbować. Zaskoczyło. Krzysiek miał kolejny kryzys, a ja właśnie odpaliłam słuchawki i muzyka mnie niosła. Jednak nie chciałam zostać sama na kolejne naście kilometrów. Więc czekałam, a On nie chciał już potem uciekać.  Kominiarska Przełęcz, była jak dobry żart ze ze strony organizatorów, była wisienką na torcie, dobitka, nóż w plecy. Potem zbieg. Na 50 kilometrze znowu witam się z Przemkiem, tym razem biją mi brawa - udało Ci się, ukończyłaś bieg, nie ma opcji, że się nie wyrobisz. Powiedział mi potem, że biorąc pod uwagę wszystkich zawodników, to wyglądałam tam naprawdę świeżo i dobrze, to prawda - miałam tam energię, ale nie na kolejne 10 km biegu ciągłego. Mówili będzie lekko, mówili będzie płaska dycha. Dobre żarty. Góra, dół i tak przez 10 kilometrów, jak nogi wchodzą już w tyłek. Do tego rozładował mi się zegarek. 
- to  wiesz na którym kilometrze jesteśmy? Pytałam Krzyśka.
- nie, ja nie mam tu pomiaru kilometrów, tylko samo tętno
- cudokurwawnie! 
Nie mogłam trafić lepiej. Na ostatnim punkcie najadłam się arbuza, tak, że nie mogłam uruchomić trybu biegowego, w tej samej chwili minął nas Darek. Chciałam go gonić, ale nie miałam pary w nogach. Przechodząc ciągle do marszu - rozleniwiłam je nazbyt mocno. Walczyłam, żeby odcinki biegu były jak najdłuższe. Jak wyskoczyliśmy z głuszy na ulicę Zakopanego zostały dwa kilometry, spojrzeliśmy na siebie i zarządziliśmy sprint do mety, dumnie przekraczając jej linię. Siostra i znajomi przywitali nas gorąco. Udało się, pomimo wszystko udało się!



Tatra Fest Bieg ukończyłam pół godziny przed limitem - 14:32:19, 22 kobieta w swojej kategorii wiekowej, 35 osób nie ukończyło biegu w limitach. Dumna i blada skończyłam bieg, który wyeksploatował mnie do cna, był też najpiękniejszym i najtrudniejszym startem, który mnie nie pokonał.

Po doświadczeniach z Hiszpanii i Tatra Fest Bieg stwierdzam jednoznacznie, że należy podejmować ryzyko, bo nawet jeśli inni w ciebie nie wierzą, ani co gorsza ty sam - to masz szansę zebrać doświadczenia i lekcję, które otworzą ci horyzonty i wytkną ułomności, pozwolą też przeżyć przygodę! A to wszystko bezcenna wartość tego, że się odważysz. Po Tatra Fest i Riano Trail Run, czuję wdzięczność, a o trudach tych biegów myślę każdego ciężkiego dnia. Dzięki własnemu uporowi i walce do końca, wykonałam kawał, nikomu niepotrzebnej roboty. A może właśnie potrzebnej, żeby doświadczenia te przenieść na codzienne trudy życia.

Pamiętaj - nigdy nie rezygnuj z tego, co pozornie wydaje się niemożliwe. Gdyby uruchomić wszystkie obszary mózgu i ciała, o których nawet nie masz pojęcia, to możesz nagle zaskoczyć samego siebie i odkryć w sobie potencjał, moc i możliwości, które pomogą Ci przekroczyć uprzedzenia i schematy. I ja zamierzam to robić, dopóki starczy mi sił i pary na kolejne wyzwania.

7 października 2018

Bieg 7 Dolin - 64 km - 2018r.



Podróż.
Kolejny poranek, podobny do wszystkich innych w tym roku. Który to już raz?? Pomyślałam, mieszając kawę latte z dwoma torebkami cukru trzcinowego. Na Centralnym w Warszawie jak zwykle tłoczno od rana. Jeszcze niedawno siedziałam w Costa Cofee z moimi dziećmi, kiedy zabrałam ich pierwszy raz do Zakopanego. Później był Tatra Fest, a wcześniej sama oswajałam z plecakiem Tatry Zachodnie.

Mam wrażenie, że ten rok to niekończąca się podróż, ultra bieg, ultra życie, chaos w głowie, zmiany następujące jak bumerang, które muszę brać jak wyzwania
i niepewność co przyniesie każdy kolejny dzień. Jeszcze parę lat wstecz, beczałabym jak rozkapryszone dziecko, które nie radzi sobie z nadmiarem obowiązków. Teraz jestem bardziej skoncentrowana na poruszaniu się na przód, bardziej tolerancyjna dla własnych słabości, bardziej wyrozumiała w sytuacji niezrealizowanego planu, ale też zdecydowanie bardziej uparta, waleczna, żądna przygody, głodna podróży, wrażeń, przyjmująca na klatę ryzyko połykania kilometrów. Tak jak teraz. Od dawna słyszałam, że kolejny start po trzech tygodniach od ultra (z których 10 dni przeleżałam trupem, wychodząc jak upiór na 4.5 godziny do pracy, prowadząc na rezerwie zajęcia fitness i pierwszy raz w życiu ucinając sobie między zmianami 30-70 minutowe drzemki) to istne szaleństwo. Co prawda po tych 10 dniach do treningu wróciłam, ale byłam tak zajechana, że zdarzyło mi się – po 8 podbiegu na Agrykoli, zobaczyć dwa, nadjeżdżające prosto do Łazienek czołgi, które były jedynie projekcją, zlepkiem świateł z reflektorów kilku rowerzystów. 

Od Tatra Fest Bieg na 61 km, czułam największe zmęczenie w „karierze” biegowej. Może nastąpiła kumulacja przeciążeniowa, może burza hormonalna, a może po prostu napięte życie osobiste, stres codzienny, mocne treningi i naprawdę trudny start w Tatrach Zachodnich.

Siedząc na dworcu czułam lekki niepokój, od paru dni nie mogłam przestać rozważać, czy mój organizm podoła z kolejnym ultra na 60 kilometrów. Zależało mi. Choć po samotnych podróżach jakie odbyłam w Tatrach, powiedziałam sobie, że nikt mnie siłą do zapisów na BUGT nie zaciągnie. Po Tatra Fest Bieg moje postrzeganie zmieniło się o 180 stopni, zapragnęłam być tam dłużej i przygotować się lepiej na kolejny rok. Brakowało mi tylko 4 pkt – jednego ultra. Oczywiście samo ukończenie biegu i zdobycie punktów nie daje żadnej gwarancji, że zostanę wylosowana, ale pozwala mi choć podjąć próbę, która może okazać się sukcesem. Sukcesem znalezienia się na liście startowej – przebiec to ultra może być kwestią wątpliwą. Znajomi odradzali – byłam zmęczona, dalej bolała mnie noga, którą przeciążyłam szybko zwiększając kilometraż przed ostatnim ultra. Mało tego, wyglądało na to, że odezwał się shin splits dokładnie w tym samym miejscu co 2 lata temu. Czyli wtedy, kiedy na trasie w Krynicy zaliczyłam pierwszego DNFa (czytaj dyskwalifikację) na 41 kilometrze. 

Tłumaczyłam sobie, że teraz jestem lepiej przygotowana, mam więcej doświadczeń, ale co z tego, kiedy boli Cię noga, jesteś zmęczony i nawet jeśli wróciłeś do treningu, to kompletnie nie masz możliwości przewidzieć jak zachowa się Twoje ciało. Niektórzy twierdzą, że do ultra można solidnie się przygotować, że dobry trening, ćwiczenia wzmacniające, siła, że dieta, że suplementacja – to klucz do powodzenia, że dobre ultra nie powinno nas zajechać, co najwyżej delikatnie zmęczyć. Kompletnie się z tym nie zgadzam.
Myślę, że dobre przygotowanie i cała logistyka to jedno, kwestia dnia, pogody, warunków, ciśnienia, tego jak ci się śniadanie w żołądku ułoży, kwestia stresu, sraczki, kontuzji, czy zwyczajnej sytuacji,
w której organizm się buntuje – to druga strona medalu. A jest jeszcze głowa, która może być kluczem albo raczej powodem, do nieukończenia biegu. Bo głowa w ultra znaczy niejednokrotnie więcej niż ciało. Miałam obawy, ale postanowiłam ryzyko podjąć.

„Jeśli masz marzenie, musisz je chronić. Ludzie nie potrafią sami czegoś zrobić, więc mówią, że ty też nie możesz. Jeśli czegoś chcesz, to zdobądź to. Kropka.”



Do Krynicy jechałam w towarzystwie dziewczyn – Izy, która debiutowała na dystansie 34 kilometrów i Uli, która przemierza szlaki pieszo techniką nordic walking - w niedzielę miała pokonać półmaraton na Runek. Z Ulą poznałyśmy się na Przedwiośniu na 76 km - ultramaratonie pieszym w górach Świętokrzyskich. Do dziś dźwięczą mi w uszach  wypowiedziane w przypływie bólu i zmęczenia słowa Uli:

- jestem medykiem! to niezdrowe! Oznajmiła wchodząc do naszego pokoju po schodach, jak już dotarła do mety. Leżałam wówczas w łóżku z bolącymi od odcisków stopami i myślałam - kobieta ma rację! Ultra jest cholernie niezdrowe! I mówi to instrumentariuszka medyczna! Rano przy śniadaniu szukałyśmy już nowych imprez, pieszych, biegowych, ultra, setek, może i ultra jest niezdrowe, ale jakie życie niezdrowe samo w sobie!

Jadąc na bieg, nie wiedziałam jeszcze, że oswojenie albo raczej liźnięcie metody Nordic Walking będzie tak bardzo pomocne w samym starcie i doda mi plus 100 do szybkości na podejściach. Miała być to metoda awaryjna, na wypadek gdyby odezwała się noga, wówczas miałabym bazować na pracy rąk, żeby jak najbardziej odciążać stawy.
Jeśli usiądziesz obok pasjonatów jakiegoś sportu, od jakichkolwiek pasjonatów, zauważysz, że przez 90% czasu rozmawiają głównie o tym. Trzy biegająco – maszerujące dziewczyny w przedziale, to aż nadto. Trzeba było widzieć minę chłopaka, który siedział obok, jak z ogromnym entuzjazmem, dając „dobre rady” Izie i tłumacząc jej raz po raz trasę biegu, rzuciłam bezwiednie:
- no i wiesz, musisz startować z przodu, bo potem zaczyna się „głębokie gardło”
Kolega obok i połowa przedziału zaczęła rechotać śmiechem. Gra słów, a daje tyle radości. Jednak istotą całego wyjazdu stało się hasło Uli, która na moje bolączki i niepewności, tudzież nawracające jak tornado myśli, o tym, że może faktycznie powinnam zostać w domu i się nie wygłupiać po raz kolejny, stwierdziła:
- Ultra? Ultra to nic! Możesz w każdej chwili zejść z trasy! Stanie się coś?? (zaraz w głowie
pomyślałam o pierwszej dyskwalifikacji, o poranku po ultra kiedy w Krynicy roiło się od koszulek z napisem finisher, pomyślałam o ambicjach, ego, planie, 4 punktach, o porażce) Stanie się coś? – Mówiła dalej Ula. 
- Zobacz jakie życie jest ciężkie! Ultra to nic w zestawieniu z życiem!

Faktycznie, pomyślałam – bo paradoksalnie ultra stało się dla mnie miejscem, w którym męcząc się Fizycznie, odpoczywam psychicznie. Miejscem mojej zadumy, refleksji, wynurzeń czasem o kwestiach czysto fizjologicznych, sprawdzianem siły głowy, nauką siebie, pozytywnym doznaniem duchowego oczyszczenia, spokojem w niepokojach, siłą w słabościach, walką z przeciwnościami, czystą miłością do gór i tego nienaturalnego stanu, a może najbardziej naturalnego w jakim powinien od czasu do czasu znaleźć się cywilizowany człowiek - obcujący z naturą w zupełnej samotności. Bo nawet będąc wśród tysięcy biegaczy, jesteś tak naprawdę zdany na siebie i to, co masz w głowie i sercu. Jesteś zależny od fizjologii, przyrody, warunków atmosferycznych, poruszasz się jak człowiek pierwotny, z buszu, brakuje do tego żebyś po drodze zdobywał pożywienie, co na ostatnim ultra niemal miało miejsce. Jest przygoda? Jest! Jest walka? Jest! Jest cel? Jest! Jest miłość? Jest! Jest wyzwanie? Jest! Jest najbardziej naturalny dla człowieka sposób poruszania? Jest! A mimo to ultra faktycznie jest dużo łatwiejsze niż codzienne życie!

Na dworcu w Krakowie skorzystałyśmy z opcji fast food – mimo iż dziewczyny jęczały za fit posiłkiem, przyzwyczaiłam się, że w przesiadce na PKSa kolejny raz kończę na jakimś burgerze z niepewną zawartością, co tym razem niekoniecznie od razu się przyjęło. Wychodzą z toalety, do której dostać się możesz na dzienny kod, dziarsko kierowałam się do naszego stolika, przy którym powinna być Iza. Chwila, gdzie jest Iza – w jej miejscu, przy naszych bagażach i kilku rozstawionych reklamówkach, siedział jakiś facet. Wyglądał na bezdomnego – z dokładnością zbierał wszystkie frytki z tacki i z zachłannością wsadzał je do ust. Kiedy podeszłam do stolika, bezdomny odwrócił się i przełykając kolejną frytkę powiedział:
- jak ja lubię polskie dziewczyny, ładne, wysokie IQ mają, niebieskie oczy
- nie wszystkie – dodaję, - ja nie mam niebieskich oczu
- ale nogi masz i tył odpowiedni,
(zastanawiam się wówczas co ma do moich oczu i reszty, ale nie wnikam)
- a wy gdzie na wycieczkę jedziecie, pyta
- jedziemy biegać
- a biegaczka, to dlatego masz takie ładne nogi, a męża to chyba nie miałaś (pyta)?
- miałam, dodaję
- uciekł?
- nie, ja uciekłam
- no tak, z takimi nogami…
Tylko nie zabierz nieswojego bagażu, płakała ze śmiechu Ula, która z taką samą konsternacją podeszła do stolika,wracając z toalety.



Podróż standardowo zabrała nam więcej godzin, niż zakładałyśmy. Jedynie pociąg z Warszawy do Krakowa przyjechał na czas, Z Krakowa do Krynicy możesz pojechać nawet 5-6 godzin. Wszystko zależy na jaki weekend trafisz, a ten podczas Festiwalu Biegowego do „szybkich” w komunikacji raczej nie należy.


Dobrze znane zakątki miasteczka w Krynicy przywitały nas bardzo ciepłym i słonecznym dniem, jak na myśl o jutrzejszym bieganiu – zbyt ciepłym. Oczywiście droga od dworca PKS wiedzie tradycyjnie pod górę, jeszcze nie zdarzyło mi się w tym miejscu zorganizować noclegu w normalnej, płaskiej, bliskiej od startu i expo lokalizacji. Każdy rok w Krynicy to podchodzenie do domu – na starcie trening siłowy z obciążeniem. Śmiałam się, że pierwsze 500 metrów w górę mamy już za sobą. Potem tylko odebrać pakiety, zwiedzić expo i odebrać kijki, które dzięki uprzejmości LEKI mogłam przetestować w trakcie biegu. Tym samym kolejny zakup, który niestety mnie czeka, odłożył się nieco w czasie. Tym gorzej, bo po biegu z Micro Trail Pro, zachorowałam na te konkretne. Niewykluczone, że to kijki właśnie naprawdę dodały mi mocy.


Bieg 7 Dolin - 64 km Festiwal Biegowy
Trasa: 64 km, przewyższenie +3070m/-2970m
Start
O godzinie 4:00 wyruszyłam na start – musiałam założyć pół godziny zapasu, bo nocleg usytuowany był jakieś 2 kilometry od miejsca z którego każdego roku zawodnicy wywożeni są na Bieg 7 Dolin. Tradycyjnie przyodziana w spódnicę tiulową i kwietny wianek na głowie, dziarskim krokiem ruszyłam przez ulice Krynicy. Powietrze było rześkie. Gdyby nie fakt, że to Festiwal Biegowy i w tych dniach większość ludzi wygląda nienormalnie w tych swoich kolorowych strojach, a na pasie dumnie już zwisał mój numer startowy, dobrany tym razem idealnie wersją kolorystyczną do całości, mijający mnie ludzie nie reagowali zaskoczeniem na mój widok. Zresztą kto normalny wstaje przed 4:00, żeby w sobotę chodzić po ulicach Krynicy. Sama zawsze zadaję sobie to pytanie. Kto normalny jedzie jeden dzień w góry, żeby kolejny dzień biec, a następny cały przejechać w drodze powrotnej. Powtarzałam sobie w głowie – uda się, muszę tu wrócić – tutaj, czyli na metę, na własnych nogach, a nie zwieziona jak 2 lata temu autobusem z Wierchomli. Kim jesteś? Jestem zwyciezcą, nevere give up ku*wa! Widniało na plecach mojej spersonalizowanej koszulki. 
Przed punktem zbiórki, minął mnie samochód, kierowca zatrzymał się, przetarł oczy i przez chwilę miał minę jakby chciał powiedzieć: what the fuck? Na widok dziewczyny w tiulu i wianku, która właśnie wyłoniła się z ciemności. Mówię do niego – ale masz fajną minę, a on na to: - sorry, chyba się jeszcze nie obudziłem. Przetarł oczy, wysadził kumpla i odjechał.
Autokary ponad godzinę wiozły nas do Rytra. Nie miałam okazji przejść ani sekundy stresu, sraczki, nadpobudliwości nerwowej, bo przez całą drogę zagadywała mnie Ultramityczna. Sylwia biega od lat, szykuje się do pierwszej 150. Działa niezawodnie jak maszyna. Do tego z ogromną pasją. Gadałyśmy o jej biegach, o tym gdzie zaliczyć pierwszą setkę. W rezultacie czego, nawet się nie obejrzałam kiedy dotarłyśmy pod hotel "Perła Południa", z którego startuje bieg na 64 km. Ostatnim razem grała tu góralska kapela, zawodnicy byli puszczani falami. Teraz każdy w swoim zakresie godzinowym, wg numeru, co 5 sekund. Od 8:00 dla każdego było 12 godzin limitu. Kto wystartował wcześniej dostawał mały bonus. Ostatnim razem ponad godzinę przesiedziałam w hotelu, albo raczej przeczekam w kolejce do toalety. Tym razem postawiłyśmy na krzaki, dzięki czemu w zasadzie prosto z autokaru, znalazłam się na linii startu. Było zimno, ale atmosfera gorąca, jeszcze kilka zdjęć, albo kilkanaście selfie, wspólnych,  w najlepszych ujęciach i czekanie czy uda się ruszyć wcześniej niż o 7:15, zgodnie z odległym numerem. Pierwsi zawodnicy ruszali o 6:15, była 6:40, kiedy wystartowałam, mieszając się razem z dziewczynami w tłum. Udało się tym samym dostać dodatkowy czas, który miał mi pomóc w razie gdyby odezwała się przeciążona ostatnimi startami noga.

Pamiętam moment, kiedy stanęłam na linii startu a sędzia odmierzył 5 sekund. Powodzenia, dodał, ruszyłam myśląc - musi się udać.
Pierwsze trzy kilometry ciągną się z Rytra po asfaltowej, a potem szutrowej drodze. Od początku pod górę. Nogi nie podawały. Tętno szalało, jakbym dopiero co wstała z  łóżka rano i była zmuszona do ucieczki. Kompletnie nieregularne bicie serca. Byłam jak kij od szczotki, ultrasi z setki mijali mnie szybciej, postanowiłam mimo to, że dopóki mogę będę biec. Wolno, ale biec. A całe zawody poruszać się na przód, bez zbędnych postojów. Tym samym bez przechodzenia do marszu pokonałam 3 kilometry, pamiętałam że niebawem zaczyna się podejście. Pierwsze i najbardziej żmudne ze wszystkich. Na zakręcie przed lasem, stał wolontariusz, krzyknął do mnie: - No, i można biegać ultra i jeszcze dobrze wyglądać!


Podziękowałam i ruszyłam wspinać się pod górę. Podejścia w Beskidach pamiętałam jak złowrogie i ciężkie, teraz przechodziłam co rusz miłe rozczarowanie. Ale naprawdę chodzi o tą górę??? Przecież parę lat temu było tu znacznie trudniej! Pierwszy punkt żywieniowy usytuowany był na 9 kilometrze przy Schronisku na Hali Przehyba (1150), zaraz po kawałku "prostej" (w rzeczywistości trasa od startu pnie się cały czas pod górę), na której szybsi biegacze mijali nas już w przeciwnym kierunku. Miłe spojrzenia, uśmiechy, a nawet uściski ze znajomymi biegaczami zaliczone. Bardzo lubię to miejsce. Okrzyki mocy i wyrazy uznania dla stroju zebrane. Na punkcie zjadłam kilka arbuzów, pomarańcze i banany, wszystko popiłam izotonikiem i kubkiem ciepłej herbaty. Tak się napchałam, że ciężko było mi ruszyć. Wreszcie uruchomiłam 7 bieg i na ścieżce w dół leciałam jak na skrzydłach, czując, że ciało się rozgrzało i weszło na inne obroty. Na długi zbieg od Przehyby nie ma co liczyć, trzeba wdrapać się na Radziejową (1262) - najwyższą zresztą górę Beskidu Sądeckiego, a po krótkim i stromy zbiegu czeka nas kolejna wspinaczka na Wielki Rogacz (1182) i Eliaszówkę (1024).


Dopiero wtedy można uruchomić 7 bieg - można, o ile nie zaczynasz czuć zmęczenia i nie masz zaciągniętych hamulców. Już od 15 kilometra czułam wyraźne zmęczenie materiału. Coś jakby odezwały się nagle wszystkie ostatnie biegi, Hiszpania, Tatry, treningi, szybkie spadki cukru. Normalne jedzenie nie napędzało mnie na długo, nie dawało kopa. Dopiero po żelu dostawałam drugie, a potem trzecie, czwarte i kolejne życie. Od Hiszpanii biegam napędzana Huma i Stinger. Mogłam ich dostać z 9, bo tylko taką ilością dysponowałam i obawiałam się, że w tej sytuacji może mi nie wystarczyć. Na połowę trasy miałam przygotowanego nutridrinka proteinowego. W plecaku miałam też żelki mocy i gorzką czekoladę. Wiedziałam, że muszę biec tak, aby do Piwnicznej zyskać zapas czasu - postanowiłam więc na tym pierwszym odcinku dać z siebie wszystko, co mogłam. Według międzyczasów, gdybym utrzymała takie tempo do końca, mogłabym ukończyć start poniżej 10h! Myślę, że 10 godzin było całkiem realne, gdyby nie fakt iż od początku asekurowałam się przeciążeniem nogi, a żołądek nie wrócił jeszcze do normalnej pracy po Tatra Fest Bieg.

Przed Piwniczną byłam z  bardzo dużym zapasem czasu, trzymałam tempo, ale były już momenty kryzysu. Przed zbiegiem do punktu złapał nas ulewny deszcz, niektórzy stawali, ubierali się w kurtki, ja truchtałam dalej w koszulce na ramiączkach, przyjemnie było wykąpać się w tym deszczu. Od początku ciśnienie powietrza szalało. Nie było gorąco, ani zimno, idealna temperatura, ale coś zmiennego w powietrzu, co odbijało się na samopoczuciu i energii wielu biegaczy.  Przed zbiegiem do Piwnicznej kawałek drogi dotrzymał mi traktor, starszy mężczyzna, bez zęba na przedzie, uśmiechnął się wdzięcznie i krzyknął do stojących nieopodal kolegów: - ja pierd...jaki piękny kwiatuszek. Wyrazy sympatii dostawałam na każdym kroku. Na jednym z punktów zebrałam nieoficjalne wyróżnienie za najlepszy strój biegowy. Tym razem betonowe płyty nie zrobiły na mnie aż tak dużego wrażenia, owszem czułam kolana, ale nie było tragedii. Najgorzej jest jak wybiegasz na asfalt, tam zawsze słońce daje czadu. Już widać most, już wiesz że to niedaleko, a droga jeszcze urywa się w bok, zakręca i musisz dobiec do kolejnego etapu. Jak wbiegłam do Piwnicznej słychać było niezwykły doping. To zawodnicy na 34 km, którzy czekali na swój start, robili taki hałas. Witam się z Izą, będziemy się potem mijać na trasie. Atmosfera na punkcie dodaje mocy, zjadam kilka ziemniaków, parę cząstek arbuza, uzupełniam płyny, szybka toaleta i ruszam dalej. Nie siadam, wiem że siedzenie może wybić mnie z rytmu. Kolejny odcinek - czyli trasę na 34 km pokonywałam po raz trzeci. Pierwszy raz trzy lata temu, drugi dwa - tu właśnie wiedziałam już, że nie dobiegnę na czas do punktu na małej Wierchomli. Tym razem się udaje. Parę kilometrów przed punktem buntuje się żołądek. Czułam jak wszystko co przyjęłam od rana podchodzi mi do gardła, brzuch bolał, tak że każdy podskok sprawiał, że wnętrzności chciały eksplodować. Każdy krok wywoływał łzy w oczach. Wreszcie się odezwał, skubany. A ja myślałam że pierwsza będzie noga! Ależ nie! Na asfaltowej drodze do małej Wierchomli przechodziłam katusze. Postanowiłam iść na przód, zostawiając sobie alternatywę rzygania w krzakach. Minęłam sklep, w którym właśnie otworzyli browary zawodnicy na 34 km. Gdybym wpadła na to wcześniej, kupiłabym colę. Liczyłam bardzo, że zastane takową na punkcie. Pierwszy raz na biegu usiadłam. Był 41 kilometr, na punkcie tętniło życiem. Wszyscy rzucali się na jedzenie z prędkością światła. Nie mogłam patrzeć. Chciało mi się rzygać, położyć się i zostać. 

Zostało 20 kilometrów. Piłam Muszyniankę i gadałam przez telefon na słuchawkach bezprzewodowych, obok mnie siedzieli koledzy, którzy przyglądali się mi, jakbym właśnie zaczęła wchodzić na fazę zmęczeniową i gadała do siebie. Oczywiście właśnie wtedy pojawił się fotograf - śmieje się, że biegłam tyle kilometrów, a z biegu mam tylko 2 profesjonalne zdjęcia - jedno, kiedy umieram wewnętrznie (choć na fotografii wyglądam zupełnie nieźle, patrząc na drugi plan), drugie w najgorszej fazie spadanie, kiedy zderzasz się z ziemią i w tej właśnie sekundzie, wyglądasz tak fatalnie, że fotografowanie tej właśnie chwili, powinno być całkiem zakazane. A przecież dobrze wiemy i jak niejednokrotnie wspominano w mediach społecznościowych - że biegacze, to startują tylko dla fotek, medalu, wrzut na fejsa i idącego za tym splendoru. Dokładnie tak!
- Masz tyle zapasu, że choćby skały sr… to i tak to ukończysz - usłyszałam w słuchawkach.
- Dasz radę, tylko trzymaj średnie tempo poniżej 11!

Już miałam ruszać, kiedy dostrzegłam koleżankę Izę, obok niej koleś z colą ( której niestety na punkcie nie było) - patrzę na niego z nadzieją: - dasz mi łyka?
- Ale tylko łyka, sam na nią czekam od paru godzin, dodał chłodno
- Dobry i łyk, odparłam. Myśląc sobie, co za burak.

Łyk coli smakował bosko, zaraz poukładało mi się w żołądku. Wypiłam Nutridrinka i wzięłam ze sobą garść dextrozy. Jadłam naprzemiennie raz żel, raz dextroze. Po normalnym jedzeniu nie czułam pary. Przez moment szłam z Izą, ale postanowiłam wykorzystać wzrost energii.
Podejście na Wierchomlę jest naprawdę długie, nie jest tak stronę i trudne, jak je zapamiętałam wcześniej. Ot nużące poruszanie się do przodu, które sznurem pokonują biegacze. Kojarzę wszystkie te miejsca, obrazy jak migawki pojawiają się raz po raz. To jak kiedyś biegłam tu z jednym kijkiem, krzycząc szakalaka, to że kiedy jest niby w dół, to potem znowu w górę, to że za jakiś czas będzie strony, mozolny zbieg, na którym i tym razem nie umiałam się puścić. Od początku biegłam lekko asekuracyjnie, bałam się przeciążeń. Gdyby noga odezwała się wcześniej, byłoby słabo. Odezwała się dopiero po zbiegu do Szczawnika. 


Był moment, kiedy bolało mnie wszystko jednocześnie - noga, drugi napad żołądkowy i pulsacyjny ból głowy. Parę razy wysłałam smsa o treści kryzys. W odpowiedzi dostałam dobre rady, jak mam wykorzystać wtedy kijki, oraz że jestem tak daleko, że nie mogę teraz się poddać. Nie myślałam o tym, żeby się poddawać, po prostu wszystko mnie bolało. A to na dłuższą metę nie było przyjemne. Przez parę dobrych kilometrów ścigałam się z jednym biegaczem. Najpierw gonił mnie, potem ja jego, potem znowu on, aż na końcu uciekł mi całkiem, był jednak motorem, żeby większość ostatnich kilometrów biec już ciągiem. Aż do Bacówki nad Wierchomlą. Tam w zasadzie już nie stawałam, wyjęłam swoją kanapkę i próbowałam wcisnąć ją w siebie na podejściu. Po wdrapaniu się na Runek (1080) został już tylko zbieg, znajomi mówili, żeby tam nadrobić starty. Bywało różnie -nogi coraz gorzej podawały i bolały mnie palce. Ale wiedziałam też, że jestem już blisko i że patrząc na zawodników z 34 km, wyglądam i czuje się jeszcze całkiem nieźle! Wiedziałam też, że pokonałam kryzysy, że w sumie było najbardziej lekko, bez dramatów, bez scen, bez walki. Oczami wyobraźni widziałam już metę, czułam że jestem blisko, że za parę chwil wbiegnę z głuszy do miasta, ostatni stromy i śliski zbieg pokonuje jadąc z górki jak na łyżwach, złożyłam już kijki, teraz tylko uruchomić napęd i dokończyć ten start. Tak też zrobiłam - wybiegam z lasu i przez chwilę biegnę poniżej 4:00, czuję moc, wbiegam na metę jak na szybkiej przebieżce, mijając przed linią 4 osoby. Rozkładam ręce w geście zwycięzcy. Udało się, zrobiłam to! Mam te swoje cztery punkty, mam satysfakcję! I mam niedosyt.

Mimo iż Festiwal Biegowy jest naprawdę wielką imprezą i z roku na rok przybywa zawodników, chętnych do tego, żeby się zmęczyć i upodlić, to nie mam zastrzeżeń w kwestii organizacji, punktów żywieniowych i należytego traktowania wszystkich uczestników biegu. Dziękuję wszystkim wolontariuszom za pomoc, wsparcie, uśmiechy i wspaniały doping. Nie mogę się doczekać, kiedy znowu wyruszę na szlak Beskidu Sądeckiego!
Po biegu
Dopiero zaczyna się wyścig. Najpierw w pogoni za PKSem, potem za pociągiem, który wjeżdża na stację jak wbiegamy na schody na dworcu w Krakowie. Potem przez chwilę jawiła się wizja, że kolejne godziny spędzimy na żelach i Nutridrinkach. A po wszystkim gonitwa w domu i w pracy. Po 7 dniach, poprowadzonych kilku fitnesowych treningach, zapomniałam w zasadzie ból tego biegu. Mało tego przeciążona noga, przestała mnie boleć, a żołądek wrócił do stanu używalności. Patrzę potem w wyniki, i wygląda na to, że jak na asekuracyjny bieg, na ogromnym zmęczeniu materiału, to osiągam jak na mnie całkiem niezłe noty! 31 w K30, 63 kobieta, ogółem i do tego jedyna w kiecce i wianku! Przez moment w głowie przewija się pewna myśl… - Alu, pytam się mojej córki
- Myślisz, że bym mogła być jeszcze szybsza? Może kiedyś coś wygrać? Jakieś pudło?
- Oczywiście Mamusiu, tylko pamiętaj możesz zrobić tylko jedną fotkę - powtarza Ala, zasłyszany wcześniej komentarz do moich zdjęć robionych podczas zawodów
- Zaczynam się śmiać, masz rację, bieg z jedną fotka to już trzeba się tego nauczyć, wytrenować wręcz!
23 czerwca 2016

Avon kontra przemoc - biegnij w Garwolinie. 19.06.2016 r.

"Życie to nie suma oddechów tylko chwile, kiedy dajesz z siebie coś ekstra, chociaż nie musisz – zapisujesz się na kurs tańca, płyniesz Amazonką śladami Arkadego Fiedlera, pomagasz komuś zrobić następny ważny krok nie dlatego, że musisz, ale ze znacznie ważniejszego powodu – dlatego, że możesz."

19.06.2016 po raz trzeci stanęłam na starcie biegu ulicznego w Garwolinie - Avon kontra przemoc - Biegnij w Garwolinie  

Zmienił się czas, jakość skoku :P, zdjęć i waga. Jakoś tak mnie mniej...:)

Na trasę biegu wracam z sentymentu, dla atmosfery, dla kibiców, żeby pokonać wyzwanie, podjąć próbę przekroczenia własnych granic. Bieg w Garwolinie to niezwykły bieg uliczny, jest częścią kampanii, która sprzeciwia się wszelkim formom przemocy. Start w Garwolinie zawsze spotyka się z ciepłym przyjęciem przez mieszkańców, którzy na trasie dopingują z całych sił. Młodzi, starsi, babki, dziadkowie, dzieci, uczniowie, wszyscy wychodzą na ulicę, żeby dodać siły biegaczom. I to jest niesamowite. Mało tego, jak na żadnym innym biegu ulicznym wolniejsi, zagrzewają do walki szybszych i na odwrót. Bo trasa w pewnym momencie wiedzie równolegle. Bieg jest częścią obchodów dni Garwolina i Powiatu Garwolińskiego. W atmosferze pikniku rodzinnego, można spędzić aktywną sobotę, a po biegu udać się na basen. Bo na basen można wejść na podstawie numeru startowego i regenerować się do woli. 



Panowie stwierdzili, że najlepiej dosiadłam tego konia, podczas całych obchodów :P


Dać z siebie coś ekstra...


Założenie było jedno - złamać życiówkę. Czytaj 49:58. Realnie - wszystkie znaki na ziemi i niebie mówiły, że nie dam rady. Po pierwsze - miałam prawie 4 tygodnie przerwy w mocniejszych treningach. Ćwiczyłam tylko siłowo i truchtałam spokojnie, bo na mocne akcenty po antybiotyku, nie miałam zwyczajnie siły. 
Postanowiłam jednak, że pobiegnę na maksa, najwyżej się spalę. Ha! Oczywiście tak też się stało - spaliłam się. Zwyczajnie, już na 3 km. Tak, na trzecim. Do 4 km utrzymywałam jeszcze średnie tempo 4:40 - 4:45, od 5 zaczęłam tracić siły. Na 6 pojawiła się pierwsza myśl, żeby zejść z trasy, albo choć przejść do marszu. Termometry wskazywały na 30 stopni, bieg był w samo południe (start o 12:00) asfalt lepił się do butów, gdyby nie wozy strażackie na trasie, kurtyny wodne i mieszkańcy Garwolina, oblewający wodą z butelek, to padłabym gdzieś na 7 km. Zaraz koło szpitala. Było koszmarnie gorąco, ciało gotowało się w środku, brakowało powietrza, żeby oddychać, a w głowie kłębiła się myśl - nie dam rady. Na 7 km zwyczajnie nie wypadało już zrezygnować, na 8 byłoby szkoda, na 9 było zbyt blisko do końca. W rezultacie dobiegłam z czasem 52:35 - 19 kobieta w K30, 34 kobieta OPEN.




Motywacje.

Za każdym razem, kiedy biorę udział w zawodach i biegnę na czas, wychodzę poza strefę komfortu. Zawsze potem zastanawiam się, co właściwie pcha mnie do walki o wynik, o urywanie kilku sekund, czasem minut. Jak wytłumaczyć ten fenomen zmagań ze sobą samym. Oczywiście lubię w bieganiu rekreację, kto jak nie ja propaguje bieganie dla zabawy, ale w bieganiu na czas, jest pewien rodzaj wyzwania, upodlenia, sponiewierania. I nie ukrywam, że chciałabym jeszcze, w tej mojej biegowej historii stanąć ja jakimś pudle :) - najlepiej w kiecce.

Krasne dziewki...

Do Garwolina jechałam z całą ekipą. Była Lenka, którą poznałam w Garwolinie trzy lata temu, Ania, która spisała się na medal i moja siostra Ewa. To podbiło tylko atmosferę tej imprezy. Oczywiście w strojach startowych dominowały wianki i spódniczki - dlatego nie mogłyśmy zostać niezauważone. Jedni robili z nami zdjęcia, inni zastanawiali się czy nie pomyliłyśmy imprezy, jeszcze inni brali nas za panny młode :P Życzliwość, ciepło, pozytywna energia, sprawiły, że o wyczerpaniu psycho - fizycznym, zapomniałam już chwilę po starcie. A nie mogę przestać się śmiać, jak przypominam sobie migawki z biegu i zaciętość, z jaką walczą Ci bardziej ambitni, z dziewczyną w spódniczce, która nagle bierze ich z boku. Bezcenne reakcje! :) 




Po biegu...
był piknik, jedzenie, picie, lody i basen...

Bez życiówki, z udarem słonecznym, z pięknym medalem, i masą pokory, wróciłam do Warszawy. Czas się ogarnąć, bo za rok zawalczę o jeszcze wyższe lokaty. Do zobaczenia w Garwolinie!
6 czerwca 2016

Ekstremalne biegi. Ekstremalna pasja. Podwyższone ryzyko.

Dwie historie z życia, które mogą wydarzyć się każdemu z nas, kilka wniosków. Przestroga i nadzieja. 

Jest 2006 rok...
...dwa tygodnie temu wróciłam z Białki Tatrzańskiej - 7 dni bezpiecznej i asekuracyjnej jazdy na nartach, zakończone tańcami z góralami.
- Ty musiałaś być w górach zrobiona. Mówią, częstując mnie śliwowicą i prosząc do zbójnickiego. Nie wytrzymuje do końca - czuję tylko jak ucieka mi noga. Boli, zapewne nadwyrężyłam mięsień.



Następnego dnia rano wracam do Warszawy pociągiem, kilka godzin unieruchomienia, z kontuzją, która okazuje się pęknięciem kości strzałkowej. Od urazu kości, do postawienia słusznej i ostatecznej diagnozy mijają dwa tygodnie. W między czasie w żyłach głębokich łydki robi się zakrzep. Początkowo ból jest stały, kuśtykam lekko, uspokajana przez lekarzy, że to przeciążenie (zdjęcie RTG wykonane na odcinku poniżej złamania kości, fałszuje obraz). Z czasem dolegliwość nasila się, gwałtowne zmiany pozycji wywołują tępy ból, noga staje się ciepła.

Po trzech tygodniach od złamania kości, trafiam do chirurga miękkiego. Chirurga, który prawdopodobnie ratuje mi życie - prosto z gabinetu kieruje mnie na cito na USG. Wyniki są jednoznaczne - zapalenie żył głębokich łydki prawej. Na poziomie 2/3 łydki moje żyły są całkowicie niedrożne. W trybie pilnym jadę na ostry dyżur. 

Trafiam do szpitala klinicznego. Z torbą leków przeciwzakrzepowych i przeciwzapalnych wracam do domu. Kilka dni później mdleje. Pierwszy raz w życiu ciśnienie rośnie mi do 160/120 - karetka zabiera mnie z powrotem do szpitala - zostaje przyjęta w trybie nagłym, z podejrzeniem zatorowości płucnej. Mam 26 lat. Ocieram się o śmierć. 

Przez kolejne lata świadomość o zagrożeniu zakrzepicą rośnie, wzrasta profilaktyka i coraz częściej mówi się o zakrzepicy "cichy zabójca". Statystyki nie kłamią - na zakrzepicę choruje rocznie ponad 70 tysięcy osób, u części choroba przebiega bezjobawowo, bywa że powoduje śmierć w przeciągu kilku sekund. 

(…) Niekiedy u chorych na zakrzepicę korkująca żyłę skrzeplina odrywa się i rusza żyłami z prądem krwi w kierunku serca i płuc, zatykając tętnicę w płucach. Jeśli jest duża, może spowodować śmierć, te mniejsze, takie wielkości łepka od szpilki, zatykają małe tętniczki płuc, utrudniając oddychanie (...) - źródło

O zakrzepicy robi się głośno, kiedy w niewyjaśnionych okolicznościach umiera Kamila Skolimowska. Ma 26 lat. 

"Wtedy jeszcze podejrzewano, że przyczyną śmierci był zawał serca. Dopiero później okazało się, że winny był zator tętnicy płucnej, a na jaw wyszły kolejne fakty. Koledzy ze zgrupowania przyznawali, że wcześniej źle się czuła, miała problemy z oddychaniem, dokuczał jej ból łydki, a kilka miesięcy wcześniej zemdlała. Lekarze wykryli wtedy w jej płucu krwiaka, ale badania potwierdziły, że się wchłonął. By uciąć wszelkie spekulacje, ojciec Kamili, Robert Skolimowski (znany sztangista), wydał publiczne oświadczenie, ujawniając wyniki sekcji zwłok: „Przyczyną zgonu Kamili był zator tętnicy płucnej. Po rozmowie i konsultacjach z lekarzami specjalizującymi się w tym temacie wiemy, że mogły do tego doprowadzić uwarunkowanie genetyczne, odwodnienie, zgęstnienie krwi, przyjmowanie środków antykoncepcyjnych lub wysiłek” – wyjaśnił mediom." - źródło

Jest 2016 rok...
...maj, budzę się z buzującą jeszcze adrenaliną. Dwa dni wcześniej przebiegłam pierwszy maraton. Pierwszy w górach. 



Czuje się dobrze, choć poprzedniego dnia lekko boli mnie brzuch. Jestem pełna energii, aż dziw, że tak dobrze funkcjonuje po maratonie. Ponad 7 godzin intensywnego wysiłku, a ja nawet nie mam zakwasów, mówię sobie w myślach "jesteś do tego stworzona". Po porannej toalecie wpadam w lekką panikę - mam krwiomocz. Krew w moczu, bez wyraźnych objawów zakażenia bakteryjnego. Przez głowę przebiegają mi różne scenariusze - w najlepszym razie to zapalenie pęcherza, w gorszym niewydolność nerek. Jadę do szpitala klinicznego - tego samego, w którym wielokrotnie odsiedziałam swoje w stanie ostrym. Pan doktor z poważną miną mówi: - Pani Magdaleno, musi nas pani lubić, skoro odwiedza nas 13 raz na przestrzeni 4 lat. Co tam było ostatnio - ostre zapalenie zatok. Śmieje się i tłumaczę, że do lekarza chodzę tylko jak sytuacja jest nagła. Co było oczywiście nieprawdą - badam się systematycznie co pół roku. Ale do lekarza chodzę jak już muszę. Na ostry jeżdżę czasem z napadami migreny. Właśnie - migrena po maratonie nie wystąpiła ani na moment! Ostatni ostry napad zaliczyłam po szybkim Runmageddonie. Pielęgniarka, która spisuje wywiad otwiera szeroko usta, jak mówię, że dopiero co przebiegłam górski maraton. Lekarz przedstawia mi wszystkie "opcje" - w najlepszym razie to zakażenie dróg moczowych, w najgorszym rozpad mięśni, który zaburza pracę nerek. 

Potem na chwilę wstrzymuje oddech - rozładowuje mi się telefon, a tym samym dostęp do "bazy informacyjnej" urywa się. USG wykazuje skrzepliny w pęcherzu moczowym. "Prawdopodobnie zakażenie bakteryjne" - mówi lekarz. Ale takie rzeczy mogą mieć też podłoże nowotworowe, dodaje po chwili. Czekam na wyniki 8 godzin - 8 godzin siedzenia na korytarzu szpitalnym, istny maraton badań, ludzi, schorzeń, małości i bezradności ludzkiej. Tabuny osób z nagłym problemem zdrowotnym, ludzi szczupłych, otyłych, starych i młodych. W mojej głowie rodzą się wątpliwości - skrzeplina zaraz skojarzyła mi się zakrzepicą, ślad skrzepów z rozpadem mięśni. 

Ostatecznie słyszę, że morfologia jest w normie, więc to nie rabdomioliza (rozpad mięśni) - nieznacznie podwyższone leukocyty. Za to w moczu mam wszystko: bakterie, białko, krew, leukocyty, erytrocyty. Ostatecznie kończę na antybiotyku. Za tydzień mam badania powtórzyć. Dla pewności, że to tylko incydent. Na koniec zaczepiam lekarza na korytarzu i zupełnie spontanicznie pytam jak ustrzec się przed takimi skutkami na przyszłość. Lekarz patrzy na mnie zdziwiony, że nadal zamierzam o tych górskich biegach myśleć. - Pani Magdo, taki wysiłek jest generalnie bardzo obciążający, ale duża dawka witaminy C przed biegiem powinna pomóc :).

"Przykładowo w badaniu z Turcji wzięło udział 45 zawodników w wieku 16-59 lat (średni wiek uczestnika ok. 29.7 roku), waga ciała od 54 do 76 kg, bez chorób nerek. Wszyscy wypełnili formularz dotyczący ich dotychczasowego treningu biegowego oraz ukończyli wyścig na dystansie 21.1 km (półmaraton). 2 godziny przed rozpoczęciem wysiłku i zaraz po ukończonym biegu od zawodników pobrano próbki moczu. Zmierzono ilość glukozy, bilirubinę, ketony, białka, krew, leukocyty, urobilinogen, azot – aby ustalić zaburzenia funkcjonowania nerek. Przed biegiem w próbkach nie znaleziono niczego niepokojącego. Średnio badani pokonywali w trakcie treningów od 20 do 220 km tygodniowo, a półmaraton biegli wcześniej średnio 14 razy. Średnio biegali od ponad 7 lat. Jak widać, w większości byli to doświadczeni, zahartowani zawodnicy.
Zaraz po biegu stwierdzono:
  • u 53,3% zawodników krew w moczu (norma =0!),
  • u 73,3% białko w moczu (norma =0!),
  • bilirubina – ustalono jej poziom u 8,9% biegaczy (norma= 0!),
  • leukocyty wystąpiły u 13,3% (norma = 0!),
  • ketony znaleziono u 6,7% (norma = 0!)" - źródło
"U sportowców mogą występować symptomy podobne dla ofiar wypadków drogowych lub pooperacyjnego uszkodzenia mięśni. W medycynie określa się ten syndrom jako zespół zmiażdżenia (ang. Crash Syndrome – CS). Po raz pierwszy tego terminu użyto w czasie II wojny światowej. Charakterystyczny dla rabdomiolizy jest intensywny ból mięśni (nie mylić z mikrourazami – DOMS) oraz ciemne zabarwienie moczu.
Dagna M.Bobilewicz: „Rabdomioliza [...] jest to proces rozpadu tkanki mięśniowej, w wyniku którego składniki wnętrza komórek mięśniowych przedostają się do krwiobiegu, powodując istotny wzrost ich stężenia (dotyczy potasu i mioglobiny) i aktywności (dotyczy enzymów wewnątrzkomórkowych, w tym głównie AST i CK oraz LDH). Poza zewnętrznym uszkodzeniem mechanicznym lub termicznym (rozległe oparzenia) stwierdzono szereg innych przyczyn rabdomiolizy o różnym nasileniu, jak: ekstremalny wysiłek fizyczny, ostre niedokrwienie dużych grup mięśniowych [...]”." - źródło
"Krwawienia występują od 8 do 30% biegaczy długodystansowych. Co ciekawe, u uczestników maratonu nieskuteczny okazał się lek hamujący wydzielanie kwasu żołądkowego (cimetidine).  Wielu sportowców beztrosko stosuje niesterydowe leki przeciwzapalne takie jak aspiryna czy ibuprofen.
Stwierdzono, że środki przeciwbólowe pięciokrotnie zwiększały ryzyko wystąpienia skutków ubocznych u biegaczy."  - źródło
Po przeczytaniu różnych artykułów na temat skutków ubocznych ekstremalnie długich biegów, obiecałam sobie stosować pewnego rodzaju ostrożność. Bo choć Wy nie musicie mieć żadnych widocznych objawów, to skutki mogą ujawnić się później, znacznie później, przy kolejnym starcie, który następuje zbyt szybko po sobie. Każdy bieg to rodzaj testu odporności i nauka. Ja ze swojego wyciągam następujące wnioski:
1. Postanowiłam ograniczyć starty w biegach na dystansie maratonu i ultra w górach do dwóch rocznie
2. Zamierzam jeszcze bardziej dbać o odżywianie przed i po biegu. W tym miejscu przestrzegam przed stosowaniem w dniu startu kawy, produktów z kofeiną, oraz "wzmocnionych" aminokwasów. Wszelkiego rodzaju dopalacze na biegi wielogodzinne to strzał w kolano. Podwyższanie tętna na starcie, będzie skutkować problemami w jego regulacji (czego doświadczyłam na maratonie).
4. Nie używam i nie będę stosować (zarówno przed, jak i w trakcie biegu) leków z grupy NLPZ. Zawsze jednak mam przy sobie środek rozkurczający (No-Spa). Środki przeciwbólowe podwyższają ryzyko wystąpienia a także przeoczenia różnych symptomów zagrażających zdrowiu i życiu! 
5. Przed biegiem będę suplementować wysokie dawki wit C oraz stosować probiotyki. 
Witamina C przyspiesza zdolność regeneracji mięśni po wysiłku fizycznym, jest silnym przeciwutleniaczem, przyspiesza rozkład szkodliwych substancji, zgromadzonych w organizmie po wysiłku fizycznym. Ponadto witamina C bierze udział w metabolizmie białek i tworzy tkankę łączną, z której w dużej mierze składają się mięśnie i kości, posiada właściwości, które powodują, że zwiększa się wydolność organizmu. I w sposób znaczący wpływa na odporność! 
6. Badania kontrolne będę wykonywać mniej więcej co pół roku, szczególnie przed długimi biegami na dystansie maratonu i więcej. Planuję uzupełnić morfologię i przed Krynicą (64 km) odświeżyć RTG klatki i powtórzyć echo serca. 

Każdy długotrwały wysiłek jest obarczony ryzykiem. Każdy rekreacyjny wysiłek (patrz narty, bez żadnej fizycznej zaprawy) może skończyć się poważnym urazem, zagrażającym życiu. Sytuacja bezruchu też nie jest zdrowa i bezpieczna. Umiarkowany wysiłek również może być ryzykowny. Nie istnieje coś takiego, jak gwarancja, że dana forma aktywności, nie wpłynie negatywnie na nasze zdrowie. Ale niezaprzeczalnym jest fakt, iż systematyczny wysiłek fizyczny zapobiega występowaniu szeregu chorób, lub niweluje objawy innych, jednocześnie ma zbawienny wpływ na naszą psychikę. Trening kalisteniczny i bieganie, zwiększa gęstość kości - mam na to dowody! Bieganie obniża tętno spoczynkowe i normuje ciśnienie krwi. To nieliczne atuty uprawiania sportów, bo przecież najbardziej liczy się nasza siła, nasz gorset mięśniowy, to inwestycja na przyszłość! Moim zdaniem, ryzyko zmniejsza się wraz ze wzrostem świadomości ludzi, że należy do wszystkiego dochodzić stopniowo, przystosowywać ciało do konkretnego wysiłku, dbać o profilaktykę, zdrową dietę i odpowiednie nawodnienie organizmu, wykonywać badania kontrolne, a nade wszystko być systematycznym w tym działaniu. Nie zmienia to jednak faktu, że wielogodzinny, ekstremalny wysiłek nie jest zdrowy dla naszego ciała! I udział w wielu imprezach na długim dystansie, nie pozwoli nam na pełną regenerację, co może skutkować groźnymi powikłaniami. Ekstremalne sporty nie są profilaktyką zdrowia i należy bezwzględnie trzymać rękę na pulsie w zakresie systematycznej diagnostyki medycznej!
Ryzyko jest wpisane w nasze życie - generalnie, Statystyki mówią, że gro przypadków bezruchu, również kończy się śmiercią. Możemy przez całe życie kurczowo trzymać się względnej stabilności i konsekwentnie kierować zdrowym rozsądkiem - do czasu, kiedy życie uświadomi nam, że stabilności jako takiej w przyrodzie nie ma. W naszej rzeczywistości też nie. Prócz wszystkich uwarunkowań genetycznych, istnieje jeszcze ślepy los, przypadek, czy fatum, które może sprawić, że nasze bezpieczeństwo zaburzy złamanie przeciążeniowe przy uprawianiu sportu rekreacyjnie, czy utajona zakrzepica, albo jedna z chorób cywilizacyjnych, potkniemy się wychodząc z autobusu (doznając skomplikowanego złamania), czy wyjedzie nam na czołowe "niecierpliwy" kierowca, a w najgorszym razie skoczy nam na głowę samobójca. Ilekroć słyszę, że narażam siebie, swoje zdrowie, że to nieodpowiedzialne i szalone, odpowiadam, że życie jest generalnie szalone. I ja też jestem. Ale to kocham! Kocham czuć emocje, kocham wyzwania, kocham wielogodzinne upodlenie. I co najważniejsze - nie jestem w tym sama!  A bieganie w górach jest i będzie już moją pasją. Gdybym miała wybrać bezpieczne siedzenie na kanapie, a górski maraton - wybieram to drugie. Nawet jeśli moja pasja jest obarczona ryzykiem, to wierzę że przy zachowaniu odrobiny rozsądku, profilaktyki diagnostycznej i systematyczności treningowej, nauczę się jak skutecznie przygotować i zregenerować ciało po długotrwałym wysiłku. 





Zawsze wybieram falę. Chce żyć pełnią, otaczać się ludźmi, którzy ciągną mnie do góry, smakować świat, chce czuć i dostrzegać piękno, chce być i chce o tym pisać, bo:
Moim prawdziwym obowiązkiem jest ocalić własne marzenia.
– Arthur Schopenhauer

Twoim także...