Avon kontra przemoc - biegnij w Garwolinie. 19.06.2016 r.

"Życie to nie suma oddechów tylko chwile, kiedy dajesz z siebie coś ekstra, chociaż nie musisz – zapisujesz się na kurs tańca, płyniesz Amazonką śladami Arkadego Fiedlera, pomagasz komuś zrobić następny ważny krok nie dlatego, że musisz, ale ze znacznie ważniejszego powodu – dlatego, że możesz."

19.06.2016 po raz trzeci stanęłam na starcie biegu ulicznego w Garwolinie - Avon kontra przemoc - Biegnij w Garwolinie  

Zmienił się czas, jakość skoku :P, zdjęć i waga. Jakoś tak mnie mniej...:)

Na trasę biegu wracam z sentymentu, dla atmosfery, dla kibiców, żeby pokonać wyzwanie, podjąć próbę przekroczenia własnych granic. Bieg w Garwolinie to niezwykły bieg uliczny, jest częścią kampanii, która sprzeciwia się wszelkim formom przemocy. Start w Garwolinie zawsze spotyka się z ciepłym przyjęciem przez mieszkańców, którzy na trasie dopingują z całych sił. Młodzi, starsi, babki, dziadkowie, dzieci, uczniowie, wszyscy wychodzą na ulicę, żeby dodać siły biegaczom. I to jest niesamowite. Mało tego, jak na żadnym innym biegu ulicznym wolniejsi, zagrzewają do walki szybszych i na odwrót. Bo trasa w pewnym momencie wiedzie równolegle. Bieg jest częścią obchodów dni Garwolina i Powiatu Garwolińskiego. W atmosferze pikniku rodzinnego, można spędzić aktywną sobotę, a po biegu udać się na basen. Bo na basen można wejść na podstawie numeru startowego i regenerować się do woli. 



Panowie stwierdzili, że najlepiej dosiadłam tego konia, podczas całych obchodów :P


Dać z siebie coś ekstra...


Założenie było jedno - złamać życiówkę. Czytaj 49:58. Realnie - wszystkie znaki na ziemi i niebie mówiły, że nie dam rady. Po pierwsze - miałam prawie 4 tygodnie przerwy w mocniejszych treningach. Ćwiczyłam tylko siłowo i truchtałam spokojnie, bo na mocne akcenty po antybiotyku, nie miałam zwyczajnie siły. 
Postanowiłam jednak, że pobiegnę na maksa, najwyżej się spalę. Ha! Oczywiście tak też się stało - spaliłam się. Zwyczajnie, już na 3 km. Tak, na trzecim. Do 4 km utrzymywałam jeszcze średnie tempo 4:40 - 4:45, od 5 zaczęłam tracić siły. Na 6 pojawiła się pierwsza myśl, żeby zejść z trasy, albo choć przejść do marszu. Termometry wskazywały na 30 stopni, bieg był w samo południe (start o 12:00) asfalt lepił się do butów, gdyby nie wozy strażackie na trasie, kurtyny wodne i mieszkańcy Garwolina, oblewający wodą z butelek, to padłabym gdzieś na 7 km. Zaraz koło szpitala. Było koszmarnie gorąco, ciało gotowało się w środku, brakowało powietrza, żeby oddychać, a w głowie kłębiła się myśl - nie dam rady. Na 7 km zwyczajnie nie wypadało już zrezygnować, na 8 byłoby szkoda, na 9 było zbyt blisko do końca. W rezultacie dobiegłam z czasem 52:35 - 19 kobieta w K30, 34 kobieta OPEN.




Motywacje.

Za każdym razem, kiedy biorę udział w zawodach i biegnę na czas, wychodzę poza strefę komfortu. Zawsze potem zastanawiam się, co właściwie pcha mnie do walki o wynik, o urywanie kilku sekund, czasem minut. Jak wytłumaczyć ten fenomen zmagań ze sobą samym. Oczywiście lubię w bieganiu rekreację, kto jak nie ja propaguje bieganie dla zabawy, ale w bieganiu na czas, jest pewien rodzaj wyzwania, upodlenia, sponiewierania. I nie ukrywam, że chciałabym jeszcze, w tej mojej biegowej historii stanąć ja jakimś pudle :) - najlepiej w kiecce.

Krasne dziewki...

Do Garwolina jechałam z całą ekipą. Była Lenka, którą poznałam w Garwolinie trzy lata temu, Ania, która spisała się na medal i moja siostra Ewa. To podbiło tylko atmosferę tej imprezy. Oczywiście w strojach startowych dominowały wianki i spódniczki - dlatego nie mogłyśmy zostać niezauważone. Jedni robili z nami zdjęcia, inni zastanawiali się czy nie pomyliłyśmy imprezy, jeszcze inni brali nas za panny młode :P Życzliwość, ciepło, pozytywna energia, sprawiły, że o wyczerpaniu psycho - fizycznym, zapomniałam już chwilę po starcie. A nie mogę przestać się śmiać, jak przypominam sobie migawki z biegu i zaciętość, z jaką walczą Ci bardziej ambitni, z dziewczyną w spódniczce, która nagle bierze ich z boku. Bezcenne reakcje! :) 




Po biegu...
był piknik, jedzenie, picie, lody i basen...

Bez życiówki, z udarem słonecznym, z pięknym medalem, i masą pokory, wróciłam do Warszawy. Czas się ogarnąć, bo za rok zawalczę o jeszcze wyższe lokaty. Do zobaczenia w Garwolinie!
Share on Google Plus

0 komentarze: