Beskidzki Topór. Jak przebiegłam mój pierwszy maraton.

21 maja 2016r. odbyła się pierwsza edycja biegu górskiego w Beskidzie Małym - Beskidzki Topór. Zawodnicy mogli wybrać dystans maratoński 43 km i bieg ultra na 73 km. Mimo iż impreza pokrywała się niemal z kultowym już Biegiem Rzeźnika, nie zabrakło chętnych, aby przetrzeć nowe, bardzo wymagające szlaki Beskidu Małego. 

Beskidzki Topór wyrósł z pasji, inicjatorem biegu był wieloletni biegacz górski. Fantastyczna organizacja, wsparcie, życzliwość, indywidualne podejście do zawodników, profesjonalizm wolontariuszy - to wszystko sprawia, że pierwsza edycja górskiego biegu wypadła świetnie! Jestem pewna, że w kolejnych latach zainteresowanie biegiem wzrośnie kilkukrotnie, a już dziś mógłby stanąć w konkury z innymi, wieloletnimi imprezami górskimi. 

Selfie przed startem musi być. Z Arturem  Ultra Tata- , moim partnerem biegowym. 
Przed biegiem.
Trzy dni przed startem męczył mnie stan ogólnego osłabienia, z tendencją do choroby dwubiegunowej, gdzie stan euforii zamienia się w przewlekły kryzys. To już nie osłabienie organizmu spowodowane ograniczeniem węgli, to niemoc. Moje ciało funkcjonowało jak chodząca bomba gazowa, w jelitach wszystko tętniło swoim życiem, w brzuchu miałam skurcze, a w głowie narastała niepewność, czy aby ten cały maraton górski to dobry pomysł. Istna burza hormonów, która w najlepszym razie odchodzi zaraz po starcie, w gorszym, wraca jak bumerang zaraz po biegu, kiedy stan euforycznej radości z realizacji nowego celu, zamienia się w walkę z nadmiarem endorfin i próbami wdrożenia się na nowo w normalną codzienność. Myślę, że kiedy przebiegniesz maraton (choć może niepotrzebnie to generalizuję) masz dwie opcje: albo ogarnia Cię niemoc i tracisz na chwilę sens, albo chcesz więcej. I nie ważne czy chodzi o czas, czy dystans, czy nowe doznania w bieganiu – po prostu chcesz jeszcze. I ta druga myśl towarzyszyła mi jak tylko dobiegłam do mety. Niedosyt. Przez cały czas powrotu w mojej głowie kłębiły się myśli i analizy – co można było podkręcić, co zmienić, co ulepszyć, jak rozegrać, a nade wszystko jedna myśl przewodnia – chcę ultra. Nie wystarczy mi ponad 7 godzin biegu, chce dłużej, a moja natura tylko przytakiwała wewnętrznym szeptem, tak, jesteś do tego stworzona. Kochasz się upodlić, kochasz góry, kochasz wyzwania – to jest Twoje miejsce. Kombinacja idealna. Świadomość, że jesteś w przestrzeni, która daje Ci bezwarunkową radość, dostarcza odpowiednią dawkę adrenaliny, musisz czasem walczyć ze sobą, albo wspierać na trasie innych. I czujesz miłość i zachwyt z górskiego krajobrazu. I nikt i nic nie może zburzyć tego stanu.

Bieg.

Trasa biegu na dystansie 43 km była wyznaczona na szlakach Beskidu Małego, suma przewyższeń wynosiła 3565 m.


Każdy zawodnik w wyposażeniu obowiązkowym posiadał mapę terenu z wytyczonym szlakiem, z zaznaczeniem newralgicznych punktów. Nam mapa nie wystarczyła, bo mimo to zgubiliśmy się na szlaku dwukrotnie, co w sumie dało nam prawie dwie godziny straty, dostarczyło wewnętrznych frustracji, skrajnych stanów emocjonalnych i pokazało słabe punkty – zarówno w sobie, jak i wspólnej komunikacji. Zgubić się na szlaku po 3 godzinach biegu w górach, to dobra lekcja – nie tylko jak należy poruszać się w górach, ale też jak nie poddać się mimo przeciwnościom.  Zasada nr 1 (taka prosta! która obowiązuje przy każdych górskich wycieczkach!) – jeśli przez dłuższy czas nie widzisz szlaku i/lub innych oznaczeń (w tym wypadku taśm i strzałek na asfalcie) wróć jak najszybciej do momentu, kiedy widziałeś go po raz ostatni. 5 km w górach to zdecydowanie więcej niż na asfalcie. Jeśli komuś zależy na czasie, taka strata jest w zasadzie nie do odrobienia. Przychodzi taki moment w długich biegach, kiedy ciało staje się zwyczajnie zmęczone, a może szybciej męczy się głowa i następuje coś w rodzaju dekoncentracji. Tak było wtedy, kiedy siłą rozpędu zbiegliśmy kilka kilometrów w dół, widząc szlaki na drzewach. Jak się potem okazało „szlakiem” były liście, które widziane z odległości, w różnych promieniach słońca, dawały takowe złudzenie.

Gdzieś na 30 km - taka radość.

Beskidzki Topór był moim trzecim biegiem górskim. Startowałam w Rzeźniczku na 27 km i w Krynicy na 34 km. Gdybym miała porównać poziom trudności, to zdecydowanie najtrudniejszym był dla mnie właśnie ten maraton. Nie ze względu na długość, bo czułam się dobrze przygotowana, ale na sumę i trudność podejść i podbiegów. Przez pierwsze 6 kilometrów nie mogłam wyregulować tętna, dopiero na 7 km wpadłam w rytm i puls wrócił do siebie. Ta euforia trwała niezbyt długo. Bo już na 8 km zaczął się kryzys.

Kryzys nie mój, ale biegowego partnera. Artur (http://www.ultratata.pl/) podobnie jak ja prócz treningów prowadzi normalne, rodzinne życie, ma wiele obowiązków i jak sam przyznał – regeneracja nie była na najwyższym poziomie, a niewystarczająca ilość snu przed samym biegiem, pogłębiła zmęczenie organizmu. Umowa była jedna, że nie zostawimy się podczas biegu i wiedziałam, że ważniejsze od wyniku jest wspierać się w trudnych momentach. Być może w kolejnym biegu, to ja będę potrzebować czyjegoś wsparcia i motywacji. Jak się potem okazało na trasie wspieraliśmy jeszcze kilka osób, którym dolegliwości odbierały siły i motywację do dalszego biegu. Prócz całej radości z osiągnięcia celu, wszystko co wydarzyło się w czasie jego realizacji, było aktem pięknej współpracy, ludzkiej empatii i biegowej solidarności. Wartości i uczucia wyższe, jako skutek uboczny całego biegania.

Po 10 km ogarnęła nas idealna harmonia - śpiew ptaków, widoki zapierające dech i piosenki. Tak przez kilka kilometrów układaliśmy autorskie teksty, które miałam wyśpiewać gdzieś na trasie, np ten:

Miałam Ci ja wianek, szczęśliwa z nim byłam.
ale na Beskidzkim Toporze straciłam...

Oczywiście od samego początku komentator zwrócił uwagę na mój wianek. Nazywając mnie "cnotliwą Zuzią" - połączenie wianka i cnoty, zapewne wpłynęło na ostateczny wydźwięk mojej piosenki. Muszę ją w przyszłym roku zaśpiewać w nowej interpretacji. Może na dystansie ultra ;). Nie zabrakło też pozytywnych reakcji w kwestii spódniczki. Najlepszy komplement zasłyszany na biegu:
- te biegaczki górskie mają takie fajne pupy
powiedzieli mijający mnie biegacze
- wy też macie całkiem fajne
dodałam, co było oczywiście całkiem zgodne z prawdą, bo co jak co, ale bieganie wpływa na "jakość" naszych pośladków :)

Czy mogę dotknąć ten materiał? - padło pytanie od fotografa. - Ja to bym chyba bał się w tym biegać :P

Odkąd zgubiliśmy szlak na 15 km, nasz poziom demotywacji wszedł na najwyższą skalę, zaczęliśmy bardziej iść, niż biec. Przechodziło nam też przez głowę, aby się z biegu wycofać. Chyba energii dodali nam wolontariusze na kolejnym punkcie z wodą (22 km), potem było już "z górki" aż do 30 km. Czułam wtedy, że mam parę w nogach, ale miałam też świadomość, że walka o wynik i czas się skończyła. Założenie było takie, żeby biec do końca - więc biegliśmy tak sumiennie, że minęliśmy ostry skręt w prawo, zbiegając w dół ponad 3 km. 3 km, które trzeba było wejść (o w bieganiu nie było już mowy) pod górę. Według aplikacji (bo garmin rozładował mi się dokładnie po 6 godzinach) przebiegliśmy w sumie 45 km, wg moich skrupulatnych wyliczeń, mogło być nawet ok 48 km. Bieg ukończyliśmy z czasem 7:42 - z co najmniej 1.5 godzinną stratą. 





Na Beskidzki Topór jechałam dobrze przygotowana. Może nawet bardziej niż sądziłam. Godziny treningów biegowych, bardzo silny core, najwyższy poziom stabilizacji kolan, zbilansowana dieta i odpowiednia suplementacja. Dodaj do tego rolowanie, które zagościło na dobre w moim planie treningowym i zbawienne dla regeneracji kąpiele w SALCO. Kiedy emocje już opadły i trzeba było zmierzyć się z brutalną rzeczywistością, kąpiele w SALCO były dla mnie najlepszą formą regeneracji. Salco plus automasaż działają cuda.
To wszystko zostało zaprawione na koniec ogromną dawką wiedzy i motywacji od wieloletniego ultrasa (Andrzej Wróblewski FB) Rady Andrzeja były dla mnie usystematyzowaniem całego chaosu, z jakim wyruszałam na nowy bieg. Pierwszy maraton.

Do tego momentu trenowałam sama – rozpisywałam sobie jednostki treningowe i stosowałam je zamiast sztywnego planu, na który w ferworze codziennych obowiązków nie miałam zupełnie czasu. Jestem z siebie dumna, bo dokładnie 6 dni po biegu jestem już po wieczornych tańcach, a moje ciało i nogi mają się świetnie. Najlepiej ze wszystkich dotychczasowych startów. Przez cały okres dbałam nie tylko o ćwiczenia siły ogólnej, stabilizację kolan i mięśnie głębokie – mocno skupiałam się również na odpowiedniej diecie i suplementacji witamin i minerałów. Ostatnie dni pofolgowałam z witaminą c (podobno duże dawki wit c przed startem zapobiegają zakażeniom i zwiększają zdolność regeneracji po wysiłku) – i dzień po biegu spadła mi znacząco odporność. Chwile grozy jakie przeżyłam, zasługują na odrębnego posta. Ku przestrodze, ale też aby uspokoić – na niektóre dolegliwości po długich biegach jesteśmy po prostu bardziej podatni – np. te dotyczące układu moczowego. Ale nie warto ich bagatelizować, bo normalnie niezauważalny rozpad mięśni, który ma miejsce przy wszystkich biegach wielogodzinnych, może prowadzić do ostrej niewydolności nerek. Uspokoję Was, że moja morfologia robiona dwa dni po maratonie górskim nie odbiegała od norm laboratoryjnych. Czyli znaczących strat nie było. No chyba, że do strat można zaliczyć naruszone paznokcie, które najprawdopodobniej zejdą (minimum dwa) przed sezonem letnim.

Bieg był dla mnie czystą przyjemnością. Nie miałam kryzysów. Nie miałam dolegliwości. Nie było ściany. Była tylko chwilowa, ale potężna demotywacja, wtedy kiedy pierwszy raz zgubiliśmy się na trasie. Kryzys głowy. Za drugim razem też nie było łatwo - świadomość, że musimy wracać pod górę kilka kilometrów, nie nastrajała pozytywnie. Do 30 km miałam szansę na podium w kategorii k30, błądząc po lesie wiedziałam już, że to nieosiągalne. Został niedosyt i poczucie, że za rok chciałabym te swoje błędy poprawić. Bo to, że wrócę na Beskidzki Topór nie podlega dyskusji.



Ekwipunek i żywienie.


W trakcie...
Po biegu :)

Na Beskidzki Topór zabrałam wszystko co najważniejsze, niezastąpione i sprawdzone (no prawie wszystko – tu zaufałam w 100% Andrzejowi i zdałam się na Jego doświadczenie, z ryzykiem nagłych dolegliwości żołądkowych, które ku mojej uciesze nie miały miejsca) Więc najpierw o paliwie, potem o modzie:
  • Numer jeden w moich doświadczeniach biegowych - żele węglowodanowe, batony i żelki energetyczne od Squeezy, które polecam całą sobą. Nigdy nie odczuwałam po nich dolegliwości żołądkowych, szybko uzupełniały straty energii, a żelki są jak wisienka na torcie i nie raz uratowały moją głowę. Nie zmieniam producenta żeli od listopada 2014, kiedy przebiegłam pierwszy wielogodzinny półmaraton (zimowy Runmageddon Hardcore). Zawsze sprawdzały się niezawodnie. Na trasę zabrałam 7 żeli, żelki energetyczne i batona energetycznego squeezy – zjadłam 5 i kilka żelków http://squeezy.com.pl/.
  • 1 szt Nutridrink (koktajl dostępny w każdej aptece – suplement diety dla osób niedożywionych, wysoko energetyczna kombinacja białka i tłuszczy) – strzał w 10. Na wielogodzinny bieg nie wystarczą same węglowodany (o ile zależy Ci na szybkiej regeneracji) – jeśli korzystamy tylko z odżywek w postaci płynnych, nie ma lepszej opcji.
  • Poza tym: czekolada 75% 4 kostki, BCAA (przed biegiem, bo zapomniała w trakcie, a po nastąpiło kompletne pofolgowanie - w tym miejscu się kajam), 2 szoty z magnezu i oczywiście pełen bukłak wody. Na punktach odżywczych jadłam pomarańcze, rodzynki - owoce moczyłam w soli. 

To teraz moda :) Z tych perełek:
  • Biegłam w personalizowanym zestawie odzieży marki TAFF.one. Od pierwszego momentu zachwyciła mnie kolorystyka i unikatowe wzornictwo, opcja personalizacji sprawiła, że nie wahałam się długo, aby zamówić swój własny strój startowy. Grafik TAFF.one spisał się na medal – wyczarował mi piękne skrzydła, ze smakiem rozplanował napisy i kolorystykę. Materiał w pełni oddychający, lekki, wygodny, luźny, sprawdził się podczas 8 godzin górskiego biegu (choć początkowo miałam zastrzeżenia do kroju koszulki – okazało się, że luźna i nieobszyta góra w niczym nie przeszkadza). Żywa kolorystyka, jakość materiałów i niekończąca się ilość możliwości, jeśli chodzi o indywidualne nadruki, sprawia, że ta firma TAFF.one zagości na długo w mojej kolekcji sportowej. Planuję już kolejne zestawy na następne starty.



  • Na najwyższą uwagę zasługuje mój niepowtarzalny, unikatowy i wykonany specjalnie dla mnie wianek na głowę. Dziewczyny z THE SISTERS CRAFTS robią to świetnie! Wianek wyglądał zjawiskowo, był wykonany z najwyższą starannością i dbałością o detale. Czułam się w nim pięknie, a pierwszy maraton zasługiwał na wyjątkową oprawę. Zachęcam Was serdecznie do promowania rękodzieła, w które wkłada się tyle serca i emocji! Wianek towarzyszył mi nie tylko na biegu  - stał się elementem rodzinnych sesji zdjęciowych, jeszcze nie raz do niego wrócę. Polecam na wszelkiego rodzaju okoliczności, lub subtelne dekoracje do naszych domów - http://www.pieknewianki.pl/


Każdy bieg górski daje mi dodatkową dawkę siły - mocy do życia. Każdy bieg górski dostarcza mi ogromną ilość nostalgii i wzruszenia. Krajobrazy z Beskidów na zawsze zapiszą się w moim sercu. Wszystkie emocje, rozterki, próby charakteru, euforia, zwątpienia, radość. To najwyższa forma autorefleksji, dystansu do siebie, okazja do odkrywania w sobie pokładów energii i mocy, sposób na przekraczanie granic – tych rzeczywistych i tych, które tworzymy sami, w głowach. Każdy z Nas ma w sobie ogromną siłę, takie biegi pokazują nam, jak wiele jesteśmy w stanie znieść, i ile jeszcze przed nami. I że zawsze jest nadzieja.



Dziękuję organizatorom biegu, wolontariuszom, mieszkańcom Andrychowa za ciepło i gościnność, dziękuję Wam za moc wzruszeń, pokazanie pięknych krajobrazów szlaku Beskidu Małego. Dziękuję za wsparcie przed biegiem Andrzeju, dziękuję squeezy, salco, The sisters crafts. Dziękuję za każde słowo wsparcia, wirtualne odruchy, które nakręcały mnie przed i w trakcie biegu! A przede wszystkim dziękuję Tobie Artur. Nawet jeśli miałoby się okazać, że nie pobiegniemy już razem w górach, to byłeś częścią mojego pierwszego maratonu, współtowarzyszem zwątpienia, euforii i sukcesu. Wsparciem i pocieszeniem na trasie. Bo we wszystkich biegach najważniejsi są ludzie. Dzielić z kimś emocje w czasie, czy po biegu – to najlepsze doznanie. Bezcenne. Do zobaczenia za rok!

Share on Google Plus

4 komentarze:

  1. Prawie 8h biegania po górach?? krejzole ;-) Udało się i jest super, gratuluję;-) teraz rób sobie przerwę i...zapisuj się na kolejne biegowo górskie szaleństwo ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! Teraz przerwa i nowe plany na kolejne starty! :)

      Usuń
  2. Gratuluje, taki wyczyn wymaga nie lada wytrzymałości, jeszcze raz wielkie gratulacje :)!

    OdpowiedzUsuń
  3. Dziękuję, teraz szykuję się na Krynicę na 64 km :) a potem będę odpoczywać i budować siłę na kolejne wyzwania :)

    OdpowiedzUsuń