OSHEE 10 km - ORLEN Warsaw Marathon (Jak złamałam 50 minut ;))

24.04.2016 r. miałam przyjemność być częścią wielkiego wydarzenia - ORLEN Warsaw Marathon - tym razem wybrałam bieg OSHEE na 10 km, choć w planach na ten rok miał być debiut na królewskim dystansie. Dlaczego nie zdecydowałam się na udział w maratonie? Z prostej przyczyny - mój osobisty plan treningowy nie przewidywał bardzo długich wybiegań w tym okresie :) Za 4 tygodnie bowiem stanę na starcie górskiego biegu (Beskidzki Topór) na 43 km. 




Założenia.

W przeddzień startu założyłam, że biegnę z dziewczynami dla czystej radości - przygotowałam standardowy strój - tiul, kwiatki, i z tą myślą obudziłam się rano. 



Wyglądam przez okno, a tam szaro, buro i deszczowo. Nie, pomyślałam - trzeba to załatwić szybko :) Tak też zrobiłam.



Oczekiwania vs Rzeczywistość.

Wybierając strefę startową wiedziałam już, że chcę pobiec na pograniczu komfortu - zakładałam 51-52 minuty. Żebym biegła szybciej, sama - musiałabym osiągnąć stan głębokiego wkurzenia (zdecydowanie najbardziej niesie mnie wewnętrzna złość, mówiąc delikatnie...:)) - ponieważ mój stan psychiczny tego dnia był całkiem niezły, potrzebowałam zająca, co by mnie w momentach kryzysowych zmobilizował, pchnął i sponiewierał. Z pomocą przyszedł mi Artur (Ultra Tata) :)



Biorąc pod uwagę dziki tłum i wózek, z którym biegł Artur, już na pierwszym kilometrze zwątpiłam w wykręcenie dobrego czasu. Tym bardziej, że organizatorzy zaserwowali nam wąskie gardło i ciągnący się przez kilometr zator - w którym bardziej uprawialiśmy marszobieg, ba! nawet marsz - i wołanie "lewa" na nic się zdała, bo obiektywnie i bez wózka ciężko było stąpać nogami. 


Fot. http://www.festiwalbiegowy.pl/ (Moment zatoru - moment chilloutu :P)
Średnia po 1 km 5:58. Bosko, pomyślałam, dalej to możemy biec już rekreacyjnie...ale NIE! Artur, wydając z wózka, do tej pory świdrujący w mojej głowie dźwięk dzwonka, parł do przodu i nasze tempo powoli zaczynało wychodzić poza strefę mojego komfortu. Tak myślę, bo nie osiągnęłam jeszcze w mojej przygodzie biegowej prawdziwej hiperwentylacji, mdłości, i totalnego sponiewierania. Może kiedyś się wreszcie odważę i pozbędę się tej towarzyszącej mi asekuracji oddechowo - wydolnościowej. 

Patrząc na zegarek i nasze średnie tempo na drugim i trzecim kilometrze (4:45, 4:48) - na trzecim dopadło mnie psychiczne przekonanie, że nie dam rady. Nie dam i już. Zwolnij krzyczałam (ha! jeszcze byłam w stanie krzyczeć :)) do Artura, kiedy z brzęczącym dzwonkiem, biegł jak monster, taranując wszystkich, którzy znaleźli się na linii strzału - tj. wózka :) W sumie momentami było to całkiem fajne, tłumy rozstępowały się, a my spokojnie mogliśmy biec w tym swoim zawrotnym tempie narastającym. Był taki moment na 6 czy 7 km, że zwolniliśmy do 4:58 - drugi kryzys. 
Ten moment, kiedy zaczynam lekkie charczenie, i pozwalam sobie na głośne: o k....a! nie wytrzymam :) A wtedy słyszę za sobą:
- majtki Ci widać! 
Podnoszę tiul do góry, pokazując, że to nie majtki a normalne, krótkie spodenki :P Sytuacja rozładowana, Artur daje mi potem łyka żelu z cofeiną - wmawiam sobie, że działa, jestem dziwnie spokojna i zrelaksowana. Tak - w sumie przez 9 km - mogłam spokojnie oddychać, myśleć i mówić w tempie 4:48. Nowy zakres konwersacyjny (nie mylić z konserwacyjnym :P). 

Na 8 km tłum nas rozdziela, wiem, że jak zaczekam to nie dobiegnę poniżej 50 minut. A jednocześnie potrzebuje bata nad głową, żeby nie zwolnić. Z oddali jeszcze słyszę dzwonek (mimo muzyki w słuchawkach :))

Potem biegnę już sama i obserwuję reakcje innych biegaczy, kiedy mijam ich obok w tej mojej tiulowej kiecce i kwiatach we włosach. Niektórzy nadymają się na tych biegach, podobnie jak w życiu - i dorabiają do tego całą ideologię, lub w najlepszym razie traktują nas jak słodkie idiotki. Wyobraź sobie to rozgoryczenie, kiedy ta słodka idiotka, biegnie do końca 4:45, zostawiając maruderów w tyle z efektem powiewającego tiulu :). Tak! To też lubię na biegach masowych - łamać stereotypy i pokazywać, że można bieganiem się bawić, mieć do siebie dystans, pozwalać sobie na spontaniczność, szaleństwo dziecka i można w tej zabawie być całkiem niezłym. Bo może jesteś z innej kategorii szybkości i dla Ciebie te moje 49:52 to pestka. Ale dla mnie to uwieńczenie samotnych treningów i własnego schematu treningowego, mojego chaosu, elastyczności i elementów, które niezmiennie stosuję w przygotowaniach do biegów górskich. I ja z tej złamanej 50 czuje się dumna. Bo doszłam do tego własną pracą i systematyką. I pewnie gdyby nie zator złamałabym 49 - czyli apetyt rośnie, żeby jeszcze w tym roku spróbować pobiec szybciej :). Może w Garwolinie - tak, Garwolin to dobra trasa na nową życiówkę :).

Koło 9 km nie słyszę już dzwonka z wózka. Wiem, że muszę czerpać energię z tłumu, biegaczy, kibiców, wypatruje punktów zaczepienia i walczę. Zawsze, niezmiennie na ostatnim kilometrze walczę ze swoją głowa. Mówię wtedy dużo do siebie - że dam radę, że to ostatnie metry, że nie mogę się poddać, że trzeba walczyć do końca, że jestem silna, mam moc i kto jak nie ja :) 

Meta.

Wpadam na metę z czasem 49:52 - zaraz po mnie dobiega Artur. Jestem szczęśliwa i już na mecie wypełnia mnie myśl, że przecież można było szybciej, mocniej. Ale przecież będzie jeszcze tyle okazji, tyle momentów i zaraz przerzucam uwagę na zbliżający się górski maraton. Tak, emocje zaczynają narastać. 4 tygodnie...góry..Beskidy - debiut! Love it!



PASJA - ULTRA - LOVE - INFINITY

ps. Dziękuję Artur - choć mogłeś bardziej na mnie krzyczeć :)

2 komentarze: