Biegi górskie - plan na 2016

"Myśl o tym, co najlepsze, bo twoje myśli zamieniają się w rzeczywistość"

Rok 2016 zaczęłam bez planu, bardziej marząc i lecząc rany po losowaniu na Bieg Rzeźnika, w którym nie przeszliśmy dalej. Wiedziałam, że na pewno chcę pobiec w Krynicy. Pojawiła się też opcja "zaliczenia" maratonu w kwietniu. W zasadzie już byłam zadeklarowana na dystans maratoński w Warszawie, ale pojawiła się alternatywa. Bieg górski na dystansie maratonu, no może ciut ponad, bo na 43 km. Pomyślałam czemu nie - co prawda to nie 80 km w Bieszczadach, ale Beskidy są równie piękne, a może rozsądniej będzie stopniowo zwiększać kilometraż - tym bardziej, że na wrzesień zaplanowałam już 64 km w Krynicy.


Właśnie przyszło mi na skrzynkę potwierdzenie rejestracji na Beskidzki Topór. Jeszcze nie mam euforii, ale w głowie zaczynają tworzyć się obrazy. Nowa przygoda w górach - cudownie!



Beskidzki Topór (http://beskidzkitopor.pl/) jest pierwszą edycją imprezy, która przebiegnie malowniczymi ścieżkami Beskidu Małego. Do wyboru są dwa biegi - na 43 i 73 km. Dlaczego tam? Bo to (póki co) jedna z nielicznych imprez górskich w PL, na które nie obowiązuje losowanie. Na ten moment nie ma ograniczonych miejsc. Do 31.01.2016 obowiązuje niższe wpisowe! A więc został ostatni moment, aby dokonać rejestracji w atrakcyjnej cenie! Dodatkowo istnieje możliwość zdobycia punktów kwalifikacyjnych do prestiżowego biegu UTMB. W bonusie - organizatorzy oferują uczestnikom 20% zniżki na nocleg w hotelu Czarny Groń.

Na wrzesień postawiłam sobie ambitniejszy cel i znacznie większy kilometraż. B7D na 64 km podczas Festiwalu Biegowego w Krynicy (Festiwal Biegów). 


Myśl o ponownym starcie w Biegu 7 Dolin sprawia, że chce mi się trenować. To cel i wyzwanie. Pozostawiam sobie jednak przestrzeń na rozsądek i elastyczność. 


Treningi rozpisuje sama, nie mam konkretnego planu, a przy napiętym grafiku ciężko o systematyczność. Skupiam się przede wszystkim na sile biegowej i sprawności ogólnej. Kieruje się filozofią tych ultrasów, którzy nie tłuką kilometrów, a wzmacniają ciało przez elementy siły biegowej i silnego core. Długie wybiegania (jeśli akurat żadne z dzieci nie choruje lub nie wypada mi turnus rehabilitacji z najmłodszym Tosiem) staram się wykonać raz na dwa tygodnie. Generalnie w ciągu tygodnia biegam 3-4 razy (4 jeśli wypada długie wybieganie), przynajmniej dwa razy w tygodniu wykonuje trening street workout, codziennie lub prawie codziennie walczę z deską (plank) i brzuchem w podporze. 

Jestem amatorem w bieganiu. Nie chce za wszelką cenę zabiegać radości w tej pasji. Dlatego nie narzucam sobie konieczności zdobywania ciągłego progresu. Zostawiam spontaniczność i elastyczność w planach startowych. Kiedy mam chęć, biegnę szybko. Kiedy chcę kontemplować - biegnę wolno. Kiedy chce się bawić startem, to wykorzystuje cały limit czasu. Nie mam presji czasu i kilometrów. To nie brak ambicji - to wybór. Cały czas trenuję i wiem, że muszę walczyć o systematykę, aby nie wypaść z gry - ale celem nadrzędnym dla mnie jest zdrowie. Mogę podjąć każde ryzyko, ale potrafię też wycofać się w sytuacji obiektywnej. To chyba właśnie filozofia złotego środka w bieganiu, którą zyskałam właśnie w górach. Bo w biegach górskich można się zakochać całkowicie. A potem już nic nie jest takie same.

2 komentarze:

Odwyk od mediów społecznościowych. Noworoczne poszukiwanie sensu.

Kiedy po 6 dniach odwyku od social media, zaczęłam sporządzać graficzną mapę marzeń, wyszło na to, że do szczęścia brakuje mi tylko kolorowych legginsów, biegów górskich, kilku street workout’owych umiejętności, gustownych dodatków, nieograniczonej ilości butów biegowych, jasnego mieszkania i worka kasy, żeby zaspokoić wszystkie konsumpcyjne potrzeby moje i dzieci. Takie próżne...


Fot. PMW Fotografia

Kiedy budujesz coś z samych obrazów, zapominasz o emocjach, które definiują to, co najbardziej istotne. 

Zawsze starałam się pisać, taki był cel – dzielenie się emocjami, niekoniecznie pozytywnymi, jednak realia nauczyły mnie czegoś innego – im mniej słów, tym więcej odbiorców. Zastanawiałeś się nad tym? Jak płytkie jest to wszystko? Jak puste? Jak często szukamy zwyczajnej akceptacji? Jak bardzo pragniemy nakarmić swoje ego, zaspokoić swoją próżność? O ile pierwszego dnia odruchowo odpalałam FB kilkanaście razy, to szóstego nie był mi do niczego potrzebny. Oczywiście "potrzeba" zaczyna się w momencie, kiedy chcę coś przekazać, do kogoś dotrzeć, zaspokoić ciekawość, czy zwyczajnie odmóżdżyć się.

Czyli może być tak, że wirtualna rzeczywistość, tak misternie budowana przez lata, to tylko zbiór przemijających obrazów, którymi karmimy głowę dla zabicia czasu? 

Tak właśnie w skrócie można podsumować sieciowy ekshibicjonizm, nas w nim, nasze życie, marzenia i potrzeby. Im prościej – tym lepiej. Tak, żeby nie zagłębiać się w problemy, koncentrować na celu, im lżejszy przekaz, tym większa rzesza odbiorców. Taka powinna być definicja Facebooka – łatwo przyswajalna sieczka. Trzeba być niezwykle selektywnym, żeby w setkach nieistotnych informacji, wyciągnąć z tego coś dobrego. Mi się udało. Bo ludzie, których odkryłam są bezcenni.


W mediach społecznościowych chcemy obrazu, nie słowa – słowa są drugorzędne, a jeśli już, to należy mówić z ironią, żartem, o wygrywaniu, o sukcesach, o idealnym świecie, który przecież idealny nie jest. Nie przeszkadza to nikomu w budowaniu alternatywnej rzeczywistości. Nawet lepiej rekompensować sobie braki w życiu nadreaktywnością w sieci. Bo gdyby do obrazów dodać prawdziwe emocje i prawdziwe pobudki, dla których uciekamy w rzeczywistość wirtualną i  treningową – mogłyby to wyglądać zupełnie inaczej.

Przez ostatni tydzień zastanawiałam się dlaczego tutaj jestem i jaka była koncepcja prowadzenia bloga o latających butach. Musiałam cofnąć się do korzeni i przeanalizować, czym miało być to miejsce, do czego doszłam i gdzie zmierzam, jaki jest sens w odkrywaniu siebie przed szerszą publiką i wreszcie, jaki jest sens posiadania pasji - w momencie, kiedy życie gna do przodu, a wszystko czego pragniemy dzisiaj, ewaluuje i nagle okazuje się, że w drodze do celu, gubimy jego znaczenie.


Bez wątpienia zawsze chciałam pisać - nie tylko o wrażeniach z biegów ulicznych, chciałam pisać o filozofii człowieka, który porusza się w określonej przestrzeni, który poszukuje i odnajduje swoje pasje, nie tylko sportowe, o jego dążeniach do doskonałości, o porażkach i zwątpieniach, o różnych stanach emocji, o euforii i radości, ale także smutku i zwątpieniu.

Chciałam pisać o tym, że nie jestem doskonała i że brak doskonałości w niczym mi nie umniejsza, że każdy może osiągnąć sukces w życiu i sporcie, wystarczy systematyczna praca, zdrowe nawyki i pozytywne programowanie podświadomości. 


Fot. PMW Fotografia
Chciałam pisać o tym, że każdy ma prawo mieć zwątpienia, słabości, że często drogę do celu brutalnie przerywa rzeczywistość, że wówczas nie należy się poddawać, że spokoju można szukać w rzeczach pośrednich, że pisanie może tym być. Celem nadrzędnym bloga nie miało być wcale motywowanie innych, raczej siebie - to pierwsze stało się skutkiem ubocznym, sygnałem, że nie piszę dla siebie, motorem do realizowania bardziej śmiałych wyzwań. 

Mam 34 lata, dzieci, bagaż doświadczeń i jestem o krok od poważnych zmian. Mam swoje zwątpienia, swoje smutki, momenty, kiedy rzucam sport, mam tęsknoty mam i niespełnienia. Bywam kapryśna, leniwa i niesystematyczna w treningach. Jednak od prawie dwóch lat podążam niezmiennie w tym samym kierunku - do lepszej wersji siebie, nie tylko fizycznej, bo to również kiedyś przeminie, bardziej do lepszej siebie mentalnie.

Myślę, że życie to suma ulotnych chwil. Jedynym gwarantem stabilności w sporcie i codzienności, w miłości i dążeniach, w planach i wyzwaniu, jest zakodowanie w głowie faktu, iż nie ma rzeczy stałych. To bardzo ważne, nie tylko w życiu, ale w każdym planie treningowym. Ta świadomość nie ma umniejszać nam emocji, smaku sukcesu, wrażeń, czy paraliżować przed działaniem, wręcz przeciwnie, powinniśmy z większym zapałem oddawać się temu, co w tej właśnie chwili daje nam radość - jak sport, czy pisanie o nim, jak miłość, jak nowe kroki ku konkretnej sprawie, przy jednoczesnym zachowaniu w sobie poczucia, że nawet najbardziej misterny plan, może zburzyć jedna sytuacja, nawet najbardziej zdrowy tryb życia, może pokonać śmiertelna choroba, nawet największe pieniądze, nie dadzą nam gwarancji rozwiązania wszystkich problemów, nawet największa pewność jest niepewna.
Trzeba być nad wyraz mądrym, pokornym, cierpliwym i elastycznym, szalenie odpornym, żeby pozwalać odchodzić zarówno stanom wielkiej euforii, jak i trapiącego nas smutku.

Chciałabym jak najdłużej cieszyć się wypracowaną wolnością, chociaż w sporcie, jak najczęściej robić rzeczy, które dają mi radość, chciałabym zachować przy tym pokorę i świadomość przemijalności. Chciałabym zarażać innych pasją, którą bezwzględnie powinien posiadać każdy z nas, więcej pisać, więcej widzieć, więcej próbować i doświadczać. 

Pamiętajmy, że blog to tylko urywek prawdziwego życia, skrawek całości, prawdopodobnie rodzaj odskoczni, od problemów z którymi borykamy się każdego dnia. Nie dawajmy sobie prawa do pochopnej oceny, do ingerencji w czyjeś życie, do podcinania skrzydeł. Niezależnie od wieku, statusu, uwarunkowań społecznych, każdy ma prawo cieszyć się i mówić o pasji, która nakręca jego mechanizmy, ma prawo do szczęścia tu i teraz. Nigdy nie wiesz, kogo możesz zainspirować, a tchnąć do życia innego człowieka, to najpiękniejszy ze skutków ubocznych pisania. I może w tym jest największy sens. 

5 komentarze: