Avon kontra przemoc - biegnij w Garwolinie. 19.06.2016 r.

"Życie to nie suma oddechów tylko chwile, kiedy dajesz z siebie coś ekstra, chociaż nie musisz – zapisujesz się na kurs tańca, płyniesz Amazonką śladami Arkadego Fiedlera, pomagasz komuś zrobić następny ważny krok nie dlatego, że musisz, ale ze znacznie ważniejszego powodu – dlatego, że możesz."

19.06.2016 po raz trzeci stanęłam na starcie biegu ulicznego w Garwolinie - Avon kontra przemoc - Biegnij w Garwolinie  

Zmienił się czas, jakość skoku :P, zdjęć i waga. Jakoś tak mnie mniej...:)

Na trasę biegu wracam z sentymentu, dla atmosfery, dla kibiców, żeby pokonać wyzwanie, podjąć próbę przekroczenia własnych granic. Bieg w Garwolinie to niezwykły bieg uliczny, jest częścią kampanii, która sprzeciwia się wszelkim formom przemocy. Start w Garwolinie zawsze spotyka się z ciepłym przyjęciem przez mieszkańców, którzy na trasie dopingują z całych sił. Młodzi, starsi, babki, dziadkowie, dzieci, uczniowie, wszyscy wychodzą na ulicę, żeby dodać siły biegaczom. I to jest niesamowite. Mało tego, jak na żadnym innym biegu ulicznym wolniejsi, zagrzewają do walki szybszych i na odwrót. Bo trasa w pewnym momencie wiedzie równolegle. Bieg jest częścią obchodów dni Garwolina i Powiatu Garwolińskiego. W atmosferze pikniku rodzinnego, można spędzić aktywną sobotę, a po biegu udać się na basen. Bo na basen można wejść na podstawie numeru startowego i regenerować się do woli. 



Panowie stwierdzili, że najlepiej dosiadłam tego konia, podczas całych obchodów :P


Dać z siebie coś ekstra...


Założenie było jedno - złamać życiówkę. Czytaj 49:58. Realnie - wszystkie znaki na ziemi i niebie mówiły, że nie dam rady. Po pierwsze - miałam prawie 4 tygodnie przerwy w mocniejszych treningach. Ćwiczyłam tylko siłowo i truchtałam spokojnie, bo na mocne akcenty po antybiotyku, nie miałam zwyczajnie siły. 
Postanowiłam jednak, że pobiegnę na maksa, najwyżej się spalę. Ha! Oczywiście tak też się stało - spaliłam się. Zwyczajnie, już na 3 km. Tak, na trzecim. Do 4 km utrzymywałam jeszcze średnie tempo 4:40 - 4:45, od 5 zaczęłam tracić siły. Na 6 pojawiła się pierwsza myśl, żeby zejść z trasy, albo choć przejść do marszu. Termometry wskazywały na 30 stopni, bieg był w samo południe (start o 12:00) asfalt lepił się do butów, gdyby nie wozy strażackie na trasie, kurtyny wodne i mieszkańcy Garwolina, oblewający wodą z butelek, to padłabym gdzieś na 7 km. Zaraz koło szpitala. Było koszmarnie gorąco, ciało gotowało się w środku, brakowało powietrza, żeby oddychać, a w głowie kłębiła się myśl - nie dam rady. Na 7 km zwyczajnie nie wypadało już zrezygnować, na 8 byłoby szkoda, na 9 było zbyt blisko do końca. W rezultacie dobiegłam z czasem 52:35 - 19 kobieta w K30, 34 kobieta OPEN.




Motywacje.

Za każdym razem, kiedy biorę udział w zawodach i biegnę na czas, wychodzę poza strefę komfortu. Zawsze potem zastanawiam się, co właściwie pcha mnie do walki o wynik, o urywanie kilku sekund, czasem minut. Jak wytłumaczyć ten fenomen zmagań ze sobą samym. Oczywiście lubię w bieganiu rekreację, kto jak nie ja propaguje bieganie dla zabawy, ale w bieganiu na czas, jest pewien rodzaj wyzwania, upodlenia, sponiewierania. I nie ukrywam, że chciałabym jeszcze, w tej mojej biegowej historii stanąć ja jakimś pudle :) - najlepiej w kiecce.

Krasne dziewki...

Do Garwolina jechałam z całą ekipą. Była Lenka, którą poznałam w Garwolinie trzy lata temu, Ania, która spisała się na medal i moja siostra Ewa. To podbiło tylko atmosferę tej imprezy. Oczywiście w strojach startowych dominowały wianki i spódniczki - dlatego nie mogłyśmy zostać niezauważone. Jedni robili z nami zdjęcia, inni zastanawiali się czy nie pomyliłyśmy imprezy, jeszcze inni brali nas za panny młode :P Życzliwość, ciepło, pozytywna energia, sprawiły, że o wyczerpaniu psycho - fizycznym, zapomniałam już chwilę po starcie. A nie mogę przestać się śmiać, jak przypominam sobie migawki z biegu i zaciętość, z jaką walczą Ci bardziej ambitni, z dziewczyną w spódniczce, która nagle bierze ich z boku. Bezcenne reakcje! :) 




Po biegu...
był piknik, jedzenie, picie, lody i basen...

Bez życiówki, z udarem słonecznym, z pięknym medalem, i masą pokory, wróciłam do Warszawy. Czas się ogarnąć, bo za rok zawalczę o jeszcze wyższe lokaty. Do zobaczenia w Garwolinie!

0 komentarze:

Ekstremalne biegi. Ekstremalna pasja. Podwyższone ryzyko.

Dwie historie z życia, które mogą wydarzyć się każdemu z nas, kilka wniosków. Przestroga i nadzieja. 

Jest 2006 rok...
...dwa tygodnie temu wróciłam z Białki Tatrzańskiej - 7 dni bezpiecznej i asekuracyjnej jazdy na nartach, zakończone tańcami z góralami.
- Ty musiałaś być w górach zrobiona. Mówią, częstując mnie śliwowicą i prosząc do zbójnickiego. Nie wytrzymuje do końca - czuję tylko jak ucieka mi noga. Boli, zapewne nadwyrężyłam mięsień.



Następnego dnia rano wracam do Warszawy pociągiem, kilka godzin unieruchomienia, z kontuzją, która okazuje się pęknięciem kości strzałkowej. Od urazu kości, do postawienia słusznej i ostatecznej diagnozy mijają dwa tygodnie. W między czasie w żyłach głębokich łydki robi się zakrzep. Początkowo ból jest stały, kuśtykam lekko, uspokajana przez lekarzy, że to przeciążenie (zdjęcie RTG wykonane na odcinku poniżej złamania kości, fałszuje obraz). Z czasem dolegliwość nasila się, gwałtowne zmiany pozycji wywołują tępy ból, noga staje się ciepła.

Po trzech tygodniach od złamania kości, trafiam do chirurga miękkiego. Chirurga, który prawdopodobnie ratuje mi życie - prosto z gabinetu kieruje mnie na cito na USG. Wyniki są jednoznaczne - zapalenie żył głębokich łydki prawej. Na poziomie 2/3 łydki moje żyły są całkowicie niedrożne. W trybie pilnym jadę na ostry dyżur. 

Trafiam do szpitala klinicznego. Z torbą leków przeciwzakrzepowych i przeciwzapalnych wracam do domu. Kilka dni później mdleje. Pierwszy raz w życiu ciśnienie rośnie mi do 160/120 - karetka zabiera mnie z powrotem do szpitala - zostaje przyjęta w trybie nagłym, z podejrzeniem zatorowości płucnej. Mam 26 lat. Ocieram się o śmierć. 

Przez kolejne lata świadomość o zagrożeniu zakrzepicą rośnie, wzrasta profilaktyka i coraz częściej mówi się o zakrzepicy "cichy zabójca". Statystyki nie kłamią - na zakrzepicę choruje rocznie ponad 70 tysięcy osób, u części choroba przebiega bezjobawowo, bywa że powoduje śmierć w przeciągu kilku sekund. 

(…) Niekiedy u chorych na zakrzepicę korkująca żyłę skrzeplina odrywa się i rusza żyłami z prądem krwi w kierunku serca i płuc, zatykając tętnicę w płucach. Jeśli jest duża, może spowodować śmierć, te mniejsze, takie wielkości łepka od szpilki, zatykają małe tętniczki płuc, utrudniając oddychanie (...) - źródło

O zakrzepicy robi się głośno, kiedy w niewyjaśnionych okolicznościach umiera Kamila Skolimowska. Ma 26 lat. 

"Wtedy jeszcze podejrzewano, że przyczyną śmierci był zawał serca. Dopiero później okazało się, że winny był zator tętnicy płucnej, a na jaw wyszły kolejne fakty. Koledzy ze zgrupowania przyznawali, że wcześniej źle się czuła, miała problemy z oddychaniem, dokuczał jej ból łydki, a kilka miesięcy wcześniej zemdlała. Lekarze wykryli wtedy w jej płucu krwiaka, ale badania potwierdziły, że się wchłonął. By uciąć wszelkie spekulacje, ojciec Kamili, Robert Skolimowski (znany sztangista), wydał publiczne oświadczenie, ujawniając wyniki sekcji zwłok: „Przyczyną zgonu Kamili był zator tętnicy płucnej. Po rozmowie i konsultacjach z lekarzami specjalizującymi się w tym temacie wiemy, że mogły do tego doprowadzić uwarunkowanie genetyczne, odwodnienie, zgęstnienie krwi, przyjmowanie środków antykoncepcyjnych lub wysiłek” – wyjaśnił mediom." - źródło

Jest 2016 rok...
...maj, budzę się z buzującą jeszcze adrenaliną. Dwa dni wcześniej przebiegłam pierwszy maraton. Pierwszy w górach. 



Czuje się dobrze, choć poprzedniego dnia lekko boli mnie brzuch. Jestem pełna energii, aż dziw, że tak dobrze funkcjonuje po maratonie. Ponad 7 godzin intensywnego wysiłku, a ja nawet nie mam zakwasów, mówię sobie w myślach "jesteś do tego stworzona". Po porannej toalecie wpadam w lekką panikę - mam krwiomocz. Krew w moczu, bez wyraźnych objawów zakażenia bakteryjnego. Przez głowę przebiegają mi różne scenariusze - w najlepszym razie to zapalenie pęcherza, w gorszym niewydolność nerek. Jadę do szpitala klinicznego - tego samego, w którym wielokrotnie odsiedziałam swoje w stanie ostrym. Pan doktor z poważną miną mówi: - Pani Magdaleno, musi nas pani lubić, skoro odwiedza nas 13 raz na przestrzeni 4 lat. Co tam było ostatnio - ostre zapalenie zatok. Śmieje się i tłumaczę, że do lekarza chodzę tylko jak sytuacja jest nagła. Co było oczywiście nieprawdą - badam się systematycznie co pół roku. Ale do lekarza chodzę jak już muszę. Na ostry jeżdżę czasem z napadami migreny. Właśnie - migrena po maratonie nie wystąpiła ani na moment! Ostatni ostry napad zaliczyłam po szybkim Runmageddonie. Pielęgniarka, która spisuje wywiad otwiera szeroko usta, jak mówię, że dopiero co przebiegłam górski maraton. Lekarz przedstawia mi wszystkie "opcje" - w najlepszym razie to zakażenie dróg moczowych, w najgorszym rozpad mięśni, który zaburza pracę nerek. 

Potem na chwilę wstrzymuje oddech - rozładowuje mi się telefon, a tym samym dostęp do "bazy informacyjnej" urywa się. USG wykazuje skrzepliny w pęcherzu moczowym. "Prawdopodobnie zakażenie bakteryjne" - mówi lekarz. Ale takie rzeczy mogą mieć też podłoże nowotworowe, dodaje po chwili. Czekam na wyniki 8 godzin - 8 godzin siedzenia na korytarzu szpitalnym, istny maraton badań, ludzi, schorzeń, małości i bezradności ludzkiej. Tabuny osób z nagłym problemem zdrowotnym, ludzi szczupłych, otyłych, starych i młodych. W mojej głowie rodzą się wątpliwości - skrzeplina zaraz skojarzyła mi się zakrzepicą, ślad skrzepów z rozpadem mięśni. 

Ostatecznie słyszę, że morfologia jest w normie, więc to nie rabdomioliza (rozpad mięśni) - nieznacznie podwyższone leukocyty. Za to w moczu mam wszystko: bakterie, białko, krew, leukocyty, erytrocyty. Ostatecznie kończę na antybiotyku. Za tydzień mam badania powtórzyć. Dla pewności, że to tylko incydent. Na koniec zaczepiam lekarza na korytarzu i zupełnie spontanicznie pytam jak ustrzec się przed takimi skutkami na przyszłość. Lekarz patrzy na mnie zdziwiony, że nadal zamierzam o tych górskich biegach myśleć. - Pani Magdo, taki wysiłek jest generalnie bardzo obciążający, ale duża dawka witaminy C przed biegiem powinna pomóc :).

"Przykładowo w badaniu z Turcji wzięło udział 45 zawodników w wieku 16-59 lat (średni wiek uczestnika ok. 29.7 roku), waga ciała od 54 do 76 kg, bez chorób nerek. Wszyscy wypełnili formularz dotyczący ich dotychczasowego treningu biegowego oraz ukończyli wyścig na dystansie 21.1 km (półmaraton). 2 godziny przed rozpoczęciem wysiłku i zaraz po ukończonym biegu od zawodników pobrano próbki moczu. Zmierzono ilość glukozy, bilirubinę, ketony, białka, krew, leukocyty, urobilinogen, azot – aby ustalić zaburzenia funkcjonowania nerek. Przed biegiem w próbkach nie znaleziono niczego niepokojącego. Średnio badani pokonywali w trakcie treningów od 20 do 220 km tygodniowo, a półmaraton biegli wcześniej średnio 14 razy. Średnio biegali od ponad 7 lat. Jak widać, w większości byli to doświadczeni, zahartowani zawodnicy.
Zaraz po biegu stwierdzono:
  • u 53,3% zawodników krew w moczu (norma =0!),
  • u 73,3% białko w moczu (norma =0!),
  • bilirubina – ustalono jej poziom u 8,9% biegaczy (norma= 0!),
  • leukocyty wystąpiły u 13,3% (norma = 0!),
  • ketony znaleziono u 6,7% (norma = 0!)" - źródło
"U sportowców mogą występować symptomy podobne dla ofiar wypadków drogowych lub pooperacyjnego uszkodzenia mięśni. W medycynie określa się ten syndrom jako zespół zmiażdżenia (ang. Crash Syndrome – CS). Po raz pierwszy tego terminu użyto w czasie II wojny światowej. Charakterystyczny dla rabdomiolizy jest intensywny ból mięśni (nie mylić z mikrourazami – DOMS) oraz ciemne zabarwienie moczu.
Dagna M.Bobilewicz: „Rabdomioliza [...] jest to proces rozpadu tkanki mięśniowej, w wyniku którego składniki wnętrza komórek mięśniowych przedostają się do krwiobiegu, powodując istotny wzrost ich stężenia (dotyczy potasu i mioglobiny) i aktywności (dotyczy enzymów wewnątrzkomórkowych, w tym głównie AST i CK oraz LDH). Poza zewnętrznym uszkodzeniem mechanicznym lub termicznym (rozległe oparzenia) stwierdzono szereg innych przyczyn rabdomiolizy o różnym nasileniu, jak: ekstremalny wysiłek fizyczny, ostre niedokrwienie dużych grup mięśniowych [...]”." - źródło
"Krwawienia występują od 8 do 30% biegaczy długodystansowych. Co ciekawe, u uczestników maratonu nieskuteczny okazał się lek hamujący wydzielanie kwasu żołądkowego (cimetidine).  Wielu sportowców beztrosko stosuje niesterydowe leki przeciwzapalne takie jak aspiryna czy ibuprofen.
Stwierdzono, że środki przeciwbólowe pięciokrotnie zwiększały ryzyko wystąpienia skutków ubocznych u biegaczy."  - źródło
Po przeczytaniu różnych artykułów na temat skutków ubocznych ekstremalnie długich biegów, obiecałam sobie stosować pewnego rodzaju ostrożność. Bo choć Wy nie musicie mieć żadnych widocznych objawów, to skutki mogą ujawnić się później, znacznie później, przy kolejnym starcie, który następuje zbyt szybko po sobie. Każdy bieg to rodzaj testu odporności i nauka. Ja ze swojego wyciągam następujące wnioski:
1. Postanowiłam ograniczyć starty w biegach na dystansie maratonu i ultra w górach do dwóch rocznie
2. Zamierzam jeszcze bardziej dbać o odżywianie przed i po biegu. W tym miejscu przestrzegam przed stosowaniem w dniu startu kawy, produktów z kofeiną, oraz "wzmocnionych" aminokwasów. Wszelkiego rodzaju dopalacze na biegi wielogodzinne to strzał w kolano. Podwyższanie tętna na starcie, będzie skutkować problemami w jego regulacji (czego doświadczyłam na maratonie).
4. Nie używam i nie będę stosować (zarówno przed, jak i w trakcie biegu) leków z grupy NLPZ. Zawsze jednak mam przy sobie środek rozkurczający (No-Spa). Środki przeciwbólowe podwyższają ryzyko wystąpienia a także przeoczenia różnych symptomów zagrażających zdrowiu i życiu! 
5. Przed biegiem będę suplementować wysokie dawki wit C oraz stosować probiotyki. 
Witamina C przyspiesza zdolność regeneracji mięśni po wysiłku fizycznym, jest silnym przeciwutleniaczem, przyspiesza rozkład szkodliwych substancji, zgromadzonych w organizmie po wysiłku fizycznym. Ponadto witamina C bierze udział w metabolizmie białek i tworzy tkankę łączną, z której w dużej mierze składają się mięśnie i kości, posiada właściwości, które powodują, że zwiększa się wydolność organizmu. I w sposób znaczący wpływa na odporność! 
6. Badania kontrolne będę wykonywać mniej więcej co pół roku, szczególnie przed długimi biegami na dystansie maratonu i więcej. Planuję uzupełnić morfologię i przed Krynicą (64 km) odświeżyć RTG klatki i powtórzyć echo serca. 

Każdy długotrwały wysiłek jest obarczony ryzykiem. Każdy rekreacyjny wysiłek (patrz narty, bez żadnej fizycznej zaprawy) może skończyć się poważnym urazem, zagrażającym życiu. Sytuacja bezruchu też nie jest zdrowa i bezpieczna. Umiarkowany wysiłek również może być ryzykowny. Nie istnieje coś takiego, jak gwarancja, że dana forma aktywności, nie wpłynie negatywnie na nasze zdrowie. Ale niezaprzeczalnym jest fakt, iż systematyczny wysiłek fizyczny zapobiega występowaniu szeregu chorób, lub niweluje objawy innych, jednocześnie ma zbawienny wpływ na naszą psychikę. Trening kalisteniczny i bieganie, zwiększa gęstość kości - mam na to dowody! Bieganie obniża tętno spoczynkowe i normuje ciśnienie krwi. To nieliczne atuty uprawiania sportów, bo przecież najbardziej liczy się nasza siła, nasz gorset mięśniowy, to inwestycja na przyszłość! Moim zdaniem, ryzyko zmniejsza się wraz ze wzrostem świadomości ludzi, że należy do wszystkiego dochodzić stopniowo, przystosowywać ciało do konkretnego wysiłku, dbać o profilaktykę, zdrową dietę i odpowiednie nawodnienie organizmu, wykonywać badania kontrolne, a nade wszystko być systematycznym w tym działaniu. Nie zmienia to jednak faktu, że wielogodzinny, ekstremalny wysiłek nie jest zdrowy dla naszego ciała! I udział w wielu imprezach na długim dystansie, nie pozwoli nam na pełną regenerację, co może skutkować groźnymi powikłaniami. Ekstremalne sporty nie są profilaktyką zdrowia i należy bezwzględnie trzymać rękę na pulsie w zakresie systematycznej diagnostyki medycznej!
Ryzyko jest wpisane w nasze życie - generalnie, Statystyki mówią, że gro przypadków bezruchu, również kończy się śmiercią. Możemy przez całe życie kurczowo trzymać się względnej stabilności i konsekwentnie kierować zdrowym rozsądkiem - do czasu, kiedy życie uświadomi nam, że stabilności jako takiej w przyrodzie nie ma. W naszej rzeczywistości też nie. Prócz wszystkich uwarunkowań genetycznych, istnieje jeszcze ślepy los, przypadek, czy fatum, które może sprawić, że nasze bezpieczeństwo zaburzy złamanie przeciążeniowe przy uprawianiu sportu rekreacyjnie, czy utajona zakrzepica, albo jedna z chorób cywilizacyjnych, potkniemy się wychodząc z autobusu (doznając skomplikowanego złamania), czy wyjedzie nam na czołowe "niecierpliwy" kierowca, a w najgorszym razie skoczy nam na głowę samobójca. Ilekroć słyszę, że narażam siebie, swoje zdrowie, że to nieodpowiedzialne i szalone, odpowiadam, że życie jest generalnie szalone. I ja też jestem. Ale to kocham! Kocham czuć emocje, kocham wyzwania, kocham wielogodzinne upodlenie. I co najważniejsze - nie jestem w tym sama!  A bieganie w górach jest i będzie już moją pasją. Gdybym miała wybrać bezpieczne siedzenie na kanapie, a górski maraton - wybieram to drugie. Nawet jeśli moja pasja jest obarczona ryzykiem, to wierzę że przy zachowaniu odrobiny rozsądku, profilaktyki diagnostycznej i systematyczności treningowej, nauczę się jak skutecznie przygotować i zregenerować ciało po długotrwałym wysiłku. 





Zawsze wybieram falę. Chce żyć pełnią, otaczać się ludźmi, którzy ciągną mnie do góry, smakować świat, chce czuć i dostrzegać piękno, chce być i chce o tym pisać, bo:
Moim prawdziwym obowiązkiem jest ocalić własne marzenia.
– Arthur Schopenhauer

Twoim także...

1 komentarze:

Beskidzki Topór. Jak przebiegłam mój pierwszy maraton.

21 maja 2016r. odbyła się pierwsza edycja biegu górskiego w Beskidzie Małym - Beskidzki Topór. Zawodnicy mogli wybrać dystans maratoński 43 km i bieg ultra na 73 km. Mimo iż impreza pokrywała się niemal z kultowym już Biegiem Rzeźnika, nie zabrakło chętnych, aby przetrzeć nowe, bardzo wymagające szlaki Beskidu Małego. 

Beskidzki Topór wyrósł z pasji, inicjatorem biegu był wieloletni biegacz górski. Fantastyczna organizacja, wsparcie, życzliwość, indywidualne podejście do zawodników, profesjonalizm wolontariuszy - to wszystko sprawia, że pierwsza edycja górskiego biegu wypadła świetnie! Jestem pewna, że w kolejnych latach zainteresowanie biegiem wzrośnie kilkukrotnie, a już dziś mógłby stanąć w konkury z innymi, wieloletnimi imprezami górskimi. 

Selfie przed startem musi być. Z Arturem  Ultra Tata- , moim partnerem biegowym. 
Przed biegiem.
Trzy dni przed startem męczył mnie stan ogólnego osłabienia, z tendencją do choroby dwubiegunowej, gdzie stan euforii zamienia się w przewlekły kryzys. To już nie osłabienie organizmu spowodowane ograniczeniem węgli, to niemoc. Moje ciało funkcjonowało jak chodząca bomba gazowa, w jelitach wszystko tętniło swoim życiem, w brzuchu miałam skurcze, a w głowie narastała niepewność, czy aby ten cały maraton górski to dobry pomysł. Istna burza hormonów, która w najlepszym razie odchodzi zaraz po starcie, w gorszym, wraca jak bumerang zaraz po biegu, kiedy stan euforycznej radości z realizacji nowego celu, zamienia się w walkę z nadmiarem endorfin i próbami wdrożenia się na nowo w normalną codzienność. Myślę, że kiedy przebiegniesz maraton (choć może niepotrzebnie to generalizuję) masz dwie opcje: albo ogarnia Cię niemoc i tracisz na chwilę sens, albo chcesz więcej. I nie ważne czy chodzi o czas, czy dystans, czy nowe doznania w bieganiu – po prostu chcesz jeszcze. I ta druga myśl towarzyszyła mi jak tylko dobiegłam do mety. Niedosyt. Przez cały czas powrotu w mojej głowie kłębiły się myśli i analizy – co można było podkręcić, co zmienić, co ulepszyć, jak rozegrać, a nade wszystko jedna myśl przewodnia – chcę ultra. Nie wystarczy mi ponad 7 godzin biegu, chce dłużej, a moja natura tylko przytakiwała wewnętrznym szeptem, tak, jesteś do tego stworzona. Kochasz się upodlić, kochasz góry, kochasz wyzwania – to jest Twoje miejsce. Kombinacja idealna. Świadomość, że jesteś w przestrzeni, która daje Ci bezwarunkową radość, dostarcza odpowiednią dawkę adrenaliny, musisz czasem walczyć ze sobą, albo wspierać na trasie innych. I czujesz miłość i zachwyt z górskiego krajobrazu. I nikt i nic nie może zburzyć tego stanu.

Bieg.

Trasa biegu na dystansie 43 km była wyznaczona na szlakach Beskidu Małego, suma przewyższeń wynosiła 3565 m.


Każdy zawodnik w wyposażeniu obowiązkowym posiadał mapę terenu z wytyczonym szlakiem, z zaznaczeniem newralgicznych punktów. Nam mapa nie wystarczyła, bo mimo to zgubiliśmy się na szlaku dwukrotnie, co w sumie dało nam prawie dwie godziny straty, dostarczyło wewnętrznych frustracji, skrajnych stanów emocjonalnych i pokazało słabe punkty – zarówno w sobie, jak i wspólnej komunikacji. Zgubić się na szlaku po 3 godzinach biegu w górach, to dobra lekcja – nie tylko jak należy poruszać się w górach, ale też jak nie poddać się mimo przeciwnościom.  Zasada nr 1 (taka prosta! która obowiązuje przy każdych górskich wycieczkach!) – jeśli przez dłuższy czas nie widzisz szlaku i/lub innych oznaczeń (w tym wypadku taśm i strzałek na asfalcie) wróć jak najszybciej do momentu, kiedy widziałeś go po raz ostatni. 5 km w górach to zdecydowanie więcej niż na asfalcie. Jeśli komuś zależy na czasie, taka strata jest w zasadzie nie do odrobienia. Przychodzi taki moment w długich biegach, kiedy ciało staje się zwyczajnie zmęczone, a może szybciej męczy się głowa i następuje coś w rodzaju dekoncentracji. Tak było wtedy, kiedy siłą rozpędu zbiegliśmy kilka kilometrów w dół, widząc szlaki na drzewach. Jak się potem okazało „szlakiem” były liście, które widziane z odległości, w różnych promieniach słońca, dawały takowe złudzenie.

Gdzieś na 30 km - taka radość.

Beskidzki Topór był moim trzecim biegiem górskim. Startowałam w Rzeźniczku na 27 km i w Krynicy na 34 km. Gdybym miała porównać poziom trudności, to zdecydowanie najtrudniejszym był dla mnie właśnie ten maraton. Nie ze względu na długość, bo czułam się dobrze przygotowana, ale na sumę i trudność podejść i podbiegów. Przez pierwsze 6 kilometrów nie mogłam wyregulować tętna, dopiero na 7 km wpadłam w rytm i puls wrócił do siebie. Ta euforia trwała niezbyt długo. Bo już na 8 km zaczął się kryzys.

Kryzys nie mój, ale biegowego partnera. Artur (http://www.ultratata.pl/) podobnie jak ja prócz treningów prowadzi normalne, rodzinne życie, ma wiele obowiązków i jak sam przyznał – regeneracja nie była na najwyższym poziomie, a niewystarczająca ilość snu przed samym biegiem, pogłębiła zmęczenie organizmu. Umowa była jedna, że nie zostawimy się podczas biegu i wiedziałam, że ważniejsze od wyniku jest wspierać się w trudnych momentach. Być może w kolejnym biegu, to ja będę potrzebować czyjegoś wsparcia i motywacji. Jak się potem okazało na trasie wspieraliśmy jeszcze kilka osób, którym dolegliwości odbierały siły i motywację do dalszego biegu. Prócz całej radości z osiągnięcia celu, wszystko co wydarzyło się w czasie jego realizacji, było aktem pięknej współpracy, ludzkiej empatii i biegowej solidarności. Wartości i uczucia wyższe, jako skutek uboczny całego biegania.

Po 10 km ogarnęła nas idealna harmonia - śpiew ptaków, widoki zapierające dech i piosenki. Tak przez kilka kilometrów układaliśmy autorskie teksty, które miałam wyśpiewać gdzieś na trasie, np ten:

Miałam Ci ja wianek, szczęśliwa z nim byłam.
ale na Beskidzkim Toporze straciłam...

Oczywiście od samego początku komentator zwrócił uwagę na mój wianek. Nazywając mnie "cnotliwą Zuzią" - połączenie wianka i cnoty, zapewne wpłynęło na ostateczny wydźwięk mojej piosenki. Muszę ją w przyszłym roku zaśpiewać w nowej interpretacji. Może na dystansie ultra ;). Nie zabrakło też pozytywnych reakcji w kwestii spódniczki. Najlepszy komplement zasłyszany na biegu:
- te biegaczki górskie mają takie fajne pupy
powiedzieli mijający mnie biegacze
- wy też macie całkiem fajne
dodałam, co było oczywiście całkiem zgodne z prawdą, bo co jak co, ale bieganie wpływa na "jakość" naszych pośladków :)

Czy mogę dotknąć ten materiał? - padło pytanie od fotografa. - Ja to bym chyba bał się w tym biegać :P

Odkąd zgubiliśmy szlak na 15 km, nasz poziom demotywacji wszedł na najwyższą skalę, zaczęliśmy bardziej iść, niż biec. Przechodziło nam też przez głowę, aby się z biegu wycofać. Chyba energii dodali nam wolontariusze na kolejnym punkcie z wodą (22 km), potem było już "z górki" aż do 30 km. Czułam wtedy, że mam parę w nogach, ale miałam też świadomość, że walka o wynik i czas się skończyła. Założenie było takie, żeby biec do końca - więc biegliśmy tak sumiennie, że minęliśmy ostry skręt w prawo, zbiegając w dół ponad 3 km. 3 km, które trzeba było wejść (o w bieganiu nie było już mowy) pod górę. Według aplikacji (bo garmin rozładował mi się dokładnie po 6 godzinach) przebiegliśmy w sumie 45 km, wg moich skrupulatnych wyliczeń, mogło być nawet ok 48 km. Bieg ukończyliśmy z czasem 7:42 - z co najmniej 1.5 godzinną stratą. 





Na Beskidzki Topór jechałam dobrze przygotowana. Może nawet bardziej niż sądziłam. Godziny treningów biegowych, bardzo silny core, najwyższy poziom stabilizacji kolan, zbilansowana dieta i odpowiednia suplementacja. Dodaj do tego rolowanie, które zagościło na dobre w moim planie treningowym i zbawienne dla regeneracji kąpiele w SALCO. Kiedy emocje już opadły i trzeba było zmierzyć się z brutalną rzeczywistością, kąpiele w SALCO były dla mnie najlepszą formą regeneracji. Salco plus automasaż działają cuda.
To wszystko zostało zaprawione na koniec ogromną dawką wiedzy i motywacji od wieloletniego ultrasa (Andrzej Wróblewski FB) Rady Andrzeja były dla mnie usystematyzowaniem całego chaosu, z jakim wyruszałam na nowy bieg. Pierwszy maraton.

Do tego momentu trenowałam sama – rozpisywałam sobie jednostki treningowe i stosowałam je zamiast sztywnego planu, na który w ferworze codziennych obowiązków nie miałam zupełnie czasu. Jestem z siebie dumna, bo dokładnie 6 dni po biegu jestem już po wieczornych tańcach, a moje ciało i nogi mają się świetnie. Najlepiej ze wszystkich dotychczasowych startów. Przez cały okres dbałam nie tylko o ćwiczenia siły ogólnej, stabilizację kolan i mięśnie głębokie – mocno skupiałam się również na odpowiedniej diecie i suplementacji witamin i minerałów. Ostatnie dni pofolgowałam z witaminą c (podobno duże dawki wit c przed startem zapobiegają zakażeniom i zwiększają zdolność regeneracji po wysiłku) – i dzień po biegu spadła mi znacząco odporność. Chwile grozy jakie przeżyłam, zasługują na odrębnego posta. Ku przestrodze, ale też aby uspokoić – na niektóre dolegliwości po długich biegach jesteśmy po prostu bardziej podatni – np. te dotyczące układu moczowego. Ale nie warto ich bagatelizować, bo normalnie niezauważalny rozpad mięśni, który ma miejsce przy wszystkich biegach wielogodzinnych, może prowadzić do ostrej niewydolności nerek. Uspokoję Was, że moja morfologia robiona dwa dni po maratonie górskim nie odbiegała od norm laboratoryjnych. Czyli znaczących strat nie było. No chyba, że do strat można zaliczyć naruszone paznokcie, które najprawdopodobniej zejdą (minimum dwa) przed sezonem letnim.

Bieg był dla mnie czystą przyjemnością. Nie miałam kryzysów. Nie miałam dolegliwości. Nie było ściany. Była tylko chwilowa, ale potężna demotywacja, wtedy kiedy pierwszy raz zgubiliśmy się na trasie. Kryzys głowy. Za drugim razem też nie było łatwo - świadomość, że musimy wracać pod górę kilka kilometrów, nie nastrajała pozytywnie. Do 30 km miałam szansę na podium w kategorii k30, błądząc po lesie wiedziałam już, że to nieosiągalne. Został niedosyt i poczucie, że za rok chciałabym te swoje błędy poprawić. Bo to, że wrócę na Beskidzki Topór nie podlega dyskusji.



Ekwipunek i żywienie.


W trakcie...
Po biegu :)

Na Beskidzki Topór zabrałam wszystko co najważniejsze, niezastąpione i sprawdzone (no prawie wszystko – tu zaufałam w 100% Andrzejowi i zdałam się na Jego doświadczenie, z ryzykiem nagłych dolegliwości żołądkowych, które ku mojej uciesze nie miały miejsca) Więc najpierw o paliwie, potem o modzie:
  • Numer jeden w moich doświadczeniach biegowych - żele węglowodanowe, batony i żelki energetyczne od Squeezy, które polecam całą sobą. Nigdy nie odczuwałam po nich dolegliwości żołądkowych, szybko uzupełniały straty energii, a żelki są jak wisienka na torcie i nie raz uratowały moją głowę. Nie zmieniam producenta żeli od listopada 2014, kiedy przebiegłam pierwszy wielogodzinny półmaraton (zimowy Runmageddon Hardcore). Zawsze sprawdzały się niezawodnie. Na trasę zabrałam 7 żeli, żelki energetyczne i batona energetycznego squeezy – zjadłam 5 i kilka żelków http://squeezy.com.pl/.
  • 1 szt Nutridrink (koktajl dostępny w każdej aptece – suplement diety dla osób niedożywionych, wysoko energetyczna kombinacja białka i tłuszczy) – strzał w 10. Na wielogodzinny bieg nie wystarczą same węglowodany (o ile zależy Ci na szybkiej regeneracji) – jeśli korzystamy tylko z odżywek w postaci płynnych, nie ma lepszej opcji.
  • Poza tym: czekolada 75% 4 kostki, BCAA (przed biegiem, bo zapomniała w trakcie, a po nastąpiło kompletne pofolgowanie - w tym miejscu się kajam), 2 szoty z magnezu i oczywiście pełen bukłak wody. Na punktach odżywczych jadłam pomarańcze, rodzynki - owoce moczyłam w soli. 

To teraz moda :) Z tych perełek:
  • Biegłam w personalizowanym zestawie odzieży marki TAFF.one. Od pierwszego momentu zachwyciła mnie kolorystyka i unikatowe wzornictwo, opcja personalizacji sprawiła, że nie wahałam się długo, aby zamówić swój własny strój startowy. Grafik TAFF.one spisał się na medal – wyczarował mi piękne skrzydła, ze smakiem rozplanował napisy i kolorystykę. Materiał w pełni oddychający, lekki, wygodny, luźny, sprawdził się podczas 8 godzin górskiego biegu (choć początkowo miałam zastrzeżenia do kroju koszulki – okazało się, że luźna i nieobszyta góra w niczym nie przeszkadza). Żywa kolorystyka, jakość materiałów i niekończąca się ilość możliwości, jeśli chodzi o indywidualne nadruki, sprawia, że ta firma TAFF.one zagości na długo w mojej kolekcji sportowej. Planuję już kolejne zestawy na następne starty.



  • Na najwyższą uwagę zasługuje mój niepowtarzalny, unikatowy i wykonany specjalnie dla mnie wianek na głowę. Dziewczyny z THE SISTERS CRAFTS robią to świetnie! Wianek wyglądał zjawiskowo, był wykonany z najwyższą starannością i dbałością o detale. Czułam się w nim pięknie, a pierwszy maraton zasługiwał na wyjątkową oprawę. Zachęcam Was serdecznie do promowania rękodzieła, w które wkłada się tyle serca i emocji! Wianek towarzyszył mi nie tylko na biegu  - stał się elementem rodzinnych sesji zdjęciowych, jeszcze nie raz do niego wrócę. Polecam na wszelkiego rodzaju okoliczności, lub subtelne dekoracje do naszych domów - http://www.pieknewianki.pl/


Każdy bieg górski daje mi dodatkową dawkę siły - mocy do życia. Każdy bieg górski dostarcza mi ogromną ilość nostalgii i wzruszenia. Krajobrazy z Beskidów na zawsze zapiszą się w moim sercu. Wszystkie emocje, rozterki, próby charakteru, euforia, zwątpienia, radość. To najwyższa forma autorefleksji, dystansu do siebie, okazja do odkrywania w sobie pokładów energii i mocy, sposób na przekraczanie granic – tych rzeczywistych i tych, które tworzymy sami, w głowach. Każdy z Nas ma w sobie ogromną siłę, takie biegi pokazują nam, jak wiele jesteśmy w stanie znieść, i ile jeszcze przed nami. I że zawsze jest nadzieja.



Dziękuję organizatorom biegu, wolontariuszom, mieszkańcom Andrychowa za ciepło i gościnność, dziękuję Wam za moc wzruszeń, pokazanie pięknych krajobrazów szlaku Beskidu Małego. Dziękuję za wsparcie przed biegiem Andrzeju, dziękuję squeezy, salco, The sisters crafts. Dziękuję za każde słowo wsparcia, wirtualne odruchy, które nakręcały mnie przed i w trakcie biegu! A przede wszystkim dziękuję Tobie Artur. Nawet jeśli miałoby się okazać, że nie pobiegniemy już razem w górach, to byłeś częścią mojego pierwszego maratonu, współtowarzyszem zwątpienia, euforii i sukcesu. Wsparciem i pocieszeniem na trasie. Bo we wszystkich biegach najważniejsi są ludzie. Dzielić z kimś emocje w czasie, czy po biegu – to najlepsze doznanie. Bezcenne. Do zobaczenia za rok!

4 komentarze:

OSHEE 10 km - ORLEN Warsaw Marathon (Jak złamałam 50 minut ;))

24.04.2016 r. miałam przyjemność być częścią wielkiego wydarzenia - ORLEN Warsaw Marathon - tym razem wybrałam bieg OSHEE na 10 km, choć w planach na ten rok miał być debiut na królewskim dystansie. Dlaczego nie zdecydowałam się na udział w maratonie? Z prostej przyczyny - mój osobisty plan treningowy nie przewidywał bardzo długich wybiegań w tym okresie :) Za 4 tygodnie bowiem stanę na starcie górskiego biegu (Beskidzki Topór) na 43 km. 




Założenia.

W przeddzień startu założyłam, że biegnę z dziewczynami dla czystej radości - przygotowałam standardowy strój - tiul, kwiatki, i z tą myślą obudziłam się rano. 



Wyglądam przez okno, a tam szaro, buro i deszczowo. Nie, pomyślałam - trzeba to załatwić szybko :) Tak też zrobiłam.



Oczekiwania vs Rzeczywistość.

Wybierając strefę startową wiedziałam już, że chcę pobiec na pograniczu komfortu - zakładałam 51-52 minuty. Żebym biegła szybciej, sama - musiałabym osiągnąć stan głębokiego wkurzenia (zdecydowanie najbardziej niesie mnie wewnętrzna złość, mówiąc delikatnie...:)) - ponieważ mój stan psychiczny tego dnia był całkiem niezły, potrzebowałam zająca, co by mnie w momentach kryzysowych zmobilizował, pchnął i sponiewierał. Z pomocą przyszedł mi Artur (Ultra Tata) :)



Biorąc pod uwagę dziki tłum i wózek, z którym biegł Artur, już na pierwszym kilometrze zwątpiłam w wykręcenie dobrego czasu. Tym bardziej, że organizatorzy zaserwowali nam wąskie gardło i ciągnący się przez kilometr zator - w którym bardziej uprawialiśmy marszobieg, ba! nawet marsz - i wołanie "lewa" na nic się zdała, bo obiektywnie i bez wózka ciężko było stąpać nogami. 


Fot. http://www.festiwalbiegowy.pl/ (Moment zatoru - moment chilloutu :P)
Średnia po 1 km 5:58. Bosko, pomyślałam, dalej to możemy biec już rekreacyjnie...ale NIE! Artur, wydając z wózka, do tej pory świdrujący w mojej głowie dźwięk dzwonka, parł do przodu i nasze tempo powoli zaczynało wychodzić poza strefę mojego komfortu. Tak myślę, bo nie osiągnęłam jeszcze w mojej przygodzie biegowej prawdziwej hiperwentylacji, mdłości, i totalnego sponiewierania. Może kiedyś się wreszcie odważę i pozbędę się tej towarzyszącej mi asekuracji oddechowo - wydolnościowej. 

Patrząc na zegarek i nasze średnie tempo na drugim i trzecim kilometrze (4:45, 4:48) - na trzecim dopadło mnie psychiczne przekonanie, że nie dam rady. Nie dam i już. Zwolnij krzyczałam (ha! jeszcze byłam w stanie krzyczeć :)) do Artura, kiedy z brzęczącym dzwonkiem, biegł jak monster, taranując wszystkich, którzy znaleźli się na linii strzału - tj. wózka :) W sumie momentami było to całkiem fajne, tłumy rozstępowały się, a my spokojnie mogliśmy biec w tym swoim zawrotnym tempie narastającym. Był taki moment na 6 czy 7 km, że zwolniliśmy do 4:58 - drugi kryzys. 
Ten moment, kiedy zaczynam lekkie charczenie, i pozwalam sobie na głośne: o k....a! nie wytrzymam :) A wtedy słyszę za sobą:
- majtki Ci widać! 
Podnoszę tiul do góry, pokazując, że to nie majtki a normalne, krótkie spodenki :P Sytuacja rozładowana, Artur daje mi potem łyka żelu z cofeiną - wmawiam sobie, że działa, jestem dziwnie spokojna i zrelaksowana. Tak - w sumie przez 9 km - mogłam spokojnie oddychać, myśleć i mówić w tempie 4:48. Nowy zakres konwersacyjny (nie mylić z konserwacyjnym :P). 

Na 8 km tłum nas rozdziela, wiem, że jak zaczekam to nie dobiegnę poniżej 50 minut. A jednocześnie potrzebuje bata nad głową, żeby nie zwolnić. Z oddali jeszcze słyszę dzwonek (mimo muzyki w słuchawkach :))

Potem biegnę już sama i obserwuję reakcje innych biegaczy, kiedy mijam ich obok w tej mojej tiulowej kiecce i kwiatach we włosach. Niektórzy nadymają się na tych biegach, podobnie jak w życiu - i dorabiają do tego całą ideologię, lub w najlepszym razie traktują nas jak słodkie idiotki. Wyobraź sobie to rozgoryczenie, kiedy ta słodka idiotka, biegnie do końca 4:45, zostawiając maruderów w tyle z efektem powiewającego tiulu :). Tak! To też lubię na biegach masowych - łamać stereotypy i pokazywać, że można bieganiem się bawić, mieć do siebie dystans, pozwalać sobie na spontaniczność, szaleństwo dziecka i można w tej zabawie być całkiem niezłym. Bo może jesteś z innej kategorii szybkości i dla Ciebie te moje 49:52 to pestka. Ale dla mnie to uwieńczenie samotnych treningów i własnego schematu treningowego, mojego chaosu, elastyczności i elementów, które niezmiennie stosuję w przygotowaniach do biegów górskich. I ja z tej złamanej 50 czuje się dumna. Bo doszłam do tego własną pracą i systematyką. I pewnie gdyby nie zator złamałabym 49 - czyli apetyt rośnie, żeby jeszcze w tym roku spróbować pobiec szybciej :). Może w Garwolinie - tak, Garwolin to dobra trasa na nową życiówkę :).

Koło 9 km nie słyszę już dzwonka z wózka. Wiem, że muszę czerpać energię z tłumu, biegaczy, kibiców, wypatruje punktów zaczepienia i walczę. Zawsze, niezmiennie na ostatnim kilometrze walczę ze swoją głowa. Mówię wtedy dużo do siebie - że dam radę, że to ostatnie metry, że nie mogę się poddać, że trzeba walczyć do końca, że jestem silna, mam moc i kto jak nie ja :) 

Meta.

Wpadam na metę z czasem 49:52 - zaraz po mnie dobiega Artur. Jestem szczęśliwa i już na mecie wypełnia mnie myśl, że przecież można było szybciej, mocniej. Ale przecież będzie jeszcze tyle okazji, tyle momentów i zaraz przerzucam uwagę na zbliżający się górski maraton. Tak, emocje zaczynają narastać. 4 tygodnie...góry..Beskidy - debiut! Love it!



PASJA - ULTRA - LOVE - INFINITY

ps. Dziękuję Artur - choć mogłeś bardziej na mnie krzyczeć :)

2 komentarze:

Moja metamorfoza.

"Życie jest zmianą, jeśli przestaniesz się zmieniać, przestaniesz żyć."

Spektakularna metamorfoza powinna wyglądać tak:



Często jednak spektakularność zmian, nie wynika z gwałtownego spadku kilogramów - sport wpływa bowiem nie tylko na nasze ciało, ale sposób patrzenia na świat. Dosłownie. Tylko ten, kto systematycznie oddawał się aktywności, będzie wiedział o czym piszę. Sport zmienia całe życie - uczy nas systematyki, pokory, wytrwałości, łagodzi stres, pomaga oswajać się z każdą porażką, wyostrza wrażliwość, zwraca uwagę na potrzeby innych, uczy empatii, wyrozumiałości, pozwala bardziej zrozumieć siebie, własne uczucia, przewartościowuje nasze myśli, pomaga wyznaczać cele, wymusza w nas konsekwencję i upór. Uspokaja, wycisza, leczy. Często myślę, że odnalezienie swojej pasji w życiu, to prawdziwy sukces. A jeszcze większym sukcesem jest elastyczność i umiejętność dostosowywania się do zmieniającej się rzeczywistości. 

"Jedyną stałą rzeczą w życiu jest zmiana."

Moja metamorfoza nie jest spektakularna. Owszem od 2011 roku zrzuciłam 6 kg, ale na zdjęciach "w ubraniu" zmiany są mało widoczne. A w praktyce? - zmieniłam drastycznie proporcje masy mięśniowej i tkanki tłuszczowej, wysmukliłam ciało, zarysowałam mięśnie, i najważniejsze - zbudowałam gorset mięśniowy dla kręgosłupa. Od dwóch lat moje problemy z bolącymi lędźwiami, nie istnieją. Jestem sprawnym, silnym człowiekiem. Widzę po sobie, że zrobiłam krok milowy, mało tego - wreszcie po dwóch latach biegania i zabawy street workout'em, odnalazłam najlepsze dla mnie metody treningowe. Teraz, kiedy przygotowuje się do pierwszego, górskiego maratonu, robię ćwiczenia, skoncentrowane już na kształtowanie tych miejsc, które chciałabym "poprawić" - tj. brzuch i pośladki. 



Im szybciej uświadomisz sobie fakt, iż nie istnieje człowiek idealny, bez żadnych ułomności, tym łatwiej będzie Ci zaakceptować zmiany, które będą przychodzić. 

Nie zgadzam się jednak z przekonaniem, iż należy godzić się ze wszystkim - pewne rzeczy nadal zależą od nas, i tylko nasza determinacja i chęć zmian, może zaprowadzić nas w kierunku lepszej wersji siebie. I odnosi się to nie tylko do wymarzonego ciała, ale całego życia. Wszystkie transformacje wymagają naszego samozaparcia i upartego dążenia do celu. Nie jesteśmy idealni, ale należy wykorzystać wszystkie środki, by zawalczyć o swoje szczęście, zdrowie, samopoczucie czy ciało. Uważam, że dbanie o siebie to już nie kwestia trendów, to naturalny element życia, który powinien odbywać się automatycznie. Dbać o siebie - to zażywać ruchu, pielęgnować swoje ciało, rozpieszczać je czasem. Dbanie o siebie - to sport, sen, regeneracja, relaks, a także nieustanny rozwój osobisty. 

Flying Shoes istnieje prawie 3 lata. Od tylu lat systematycznie uprawiam sport, Ale sport w moim życiu był zawsze. Kochałam adrenalinę, smak ekstremalnych wyzwań - góry, wspinaczkę, taniec, flamenco, biegi, rajdy na orientację, narty i inne sezonowe aktywności. To właśnie w sporcie czułam, że żyję. Wiatr we włosach, zmęczenie, upodlenie, wrażenia i emocje, które na zawsze zapisywały się w głowie. Podobne uczucie euforii i bezdechu, ogarniało mnie tylko, kiedy miałam możliwość zobaczyć jakieś nowe, piękne miejsce w Polsce, czy na świecie. Bo kocham podróże - najbardziej te aktywne, z plecakiem, tam kolekcjonuje najwięcej emocji. Nie jest tak, że nagle po 34 latach poczułam potrzebę ruchu i egzaltowania się nim w sieci. Dwa lata temu wiedziałam już, że chce to robić na większą skalę - chce biegać, ćwiczyć, dzielić się wrażeniami, zarażać innych i sport wdrożyć w moje życie na dobre - nie tylko w pasji, ale w pracy z ludźmi. 

Czuje się spełniona i szczęśliwa w tym działaniu, szczera i prawdziwa. A pasja pomaga mi podążać za marzeniem, choćby dla innych była to kolejna utopia. Teraz wiem, że nie zrezygnuję z aktywnego życia, bo to najlepsza inwestycja w siebie. I najlepsze lekarstwo na wszystkie smutki i rozczarowania. Bo jeśli nie można już naprawdę nic zmienić, to zawsze da się to wybiegać i nabrać dystansu. 



2 komentarze:

Biegi górskie - plan na 2016

"Myśl o tym, co najlepsze, bo twoje myśli zamieniają się w rzeczywistość"

Rok 2016 zaczęłam bez planu, bardziej marząc i lecząc rany po losowaniu na Bieg Rzeźnika, w którym nie przeszliśmy dalej. Wiedziałam, że na pewno chcę pobiec w Krynicy. Pojawiła się też opcja "zaliczenia" maratonu w kwietniu. W zasadzie już byłam zadeklarowana na dystans maratoński w Warszawie, ale pojawiła się alternatywa. Bieg górski na dystansie maratonu, no może ciut ponad, bo na 43 km. Pomyślałam czemu nie - co prawda to nie 80 km w Bieszczadach, ale Beskidy są równie piękne, a może rozsądniej będzie stopniowo zwiększać kilometraż - tym bardziej, że na wrzesień zaplanowałam już 64 km w Krynicy.


Właśnie przyszło mi na skrzynkę potwierdzenie rejestracji na Beskidzki Topór. Jeszcze nie mam euforii, ale w głowie zaczynają tworzyć się obrazy. Nowa przygoda w górach - cudownie!



Beskidzki Topór (http://beskidzkitopor.pl/) jest pierwszą edycją imprezy, która przebiegnie malowniczymi ścieżkami Beskidu Małego. Do wyboru są dwa biegi - na 43 i 73 km. Dlaczego tam? Bo to (póki co) jedna z nielicznych imprez górskich w PL, na które nie obowiązuje losowanie. Na ten moment nie ma ograniczonych miejsc. Do 31.01.2016 obowiązuje niższe wpisowe! A więc został ostatni moment, aby dokonać rejestracji w atrakcyjnej cenie! Dodatkowo istnieje możliwość zdobycia punktów kwalifikacyjnych do prestiżowego biegu UTMB. W bonusie - organizatorzy oferują uczestnikom 20% zniżki na nocleg w hotelu Czarny Groń.

Na wrzesień postawiłam sobie ambitniejszy cel i znacznie większy kilometraż. B7D na 64 km podczas Festiwalu Biegowego w Krynicy (Festiwal Biegów). 


Myśl o ponownym starcie w Biegu 7 Dolin sprawia, że chce mi się trenować. To cel i wyzwanie. Pozostawiam sobie jednak przestrzeń na rozsądek i elastyczność. 


Treningi rozpisuje sama, nie mam konkretnego planu, a przy napiętym grafiku ciężko o systematyczność. Skupiam się przede wszystkim na sile biegowej i sprawności ogólnej. Kieruje się filozofią tych ultrasów, którzy nie tłuką kilometrów, a wzmacniają ciało przez elementy siły biegowej i silnego core. Długie wybiegania (jeśli akurat żadne z dzieci nie choruje lub nie wypada mi turnus rehabilitacji z najmłodszym Tosiem) staram się wykonać raz na dwa tygodnie. Generalnie w ciągu tygodnia biegam 3-4 razy (4 jeśli wypada długie wybieganie), przynajmniej dwa razy w tygodniu wykonuje trening street workout, codziennie lub prawie codziennie walczę z deską (plank) i brzuchem w podporze. 

Jestem amatorem w bieganiu. Nie chce za wszelką cenę zabiegać radości w tej pasji. Dlatego nie narzucam sobie konieczności zdobywania ciągłego progresu. Zostawiam spontaniczność i elastyczność w planach startowych. Kiedy mam chęć, biegnę szybko. Kiedy chcę kontemplować - biegnę wolno. Kiedy chce się bawić startem, to wykorzystuje cały limit czasu. Nie mam presji czasu i kilometrów. To nie brak ambicji - to wybór. Cały czas trenuję i wiem, że muszę walczyć o systematykę, aby nie wypaść z gry - ale celem nadrzędnym dla mnie jest zdrowie. Mogę podjąć każde ryzyko, ale potrafię też wycofać się w sytuacji obiektywnej. To chyba właśnie filozofia złotego środka w bieganiu, którą zyskałam właśnie w górach. Bo w biegach górskich można się zakochać całkowicie. A potem już nic nie jest takie same.

2 komentarze: