Festiwal Biegów w Krynicy - Bieg 7 Dolin - 34 km.

12 września 2015 r. stanęłam na starcie pierwszego biegu górskiego na dystansie 34 km. Bieg górski rozgrywany jest na ostatnim fragmencie trasy Biegu 7 Dolin (Piwniczna Zdrój - Krynica). Sama trasa przez organizatorów opisywana jest jako trudna, wyznaczona w Beskidzie Sądeckim, z licznymi podbiegami i zbiegami. Limit na jej pokonanie to 8 godzin - aż tyle i jak się potem okazuje tak niewiele gdyby coś nie zagrało. Bo oprócz tego, że w każdej chwili może zawieść ciało to istnieje przecież ryzyko, że zawiedzie głowa. 


Przygotowania.

Do Festiwalu Biegowego w Krynicy przygotowywałam się od wielu tygodni - choć sam start nie był do końca planowany i warunkowałam go aktualnym statusem rzeczywistości, to przygotowania rozpoczęłam stosunkowo wcześnie, wplatając w mój trening wybiegania na falenickiej ścieżce biegowej, ćwiczenia siły ogólnej, core oraz wszystkie te poprawiające stabilizację kolan i wzmacniające mięśnie nóg. Prócz ćwiczenia siły i wytrzymałości ogólnej dbałam o suplementację witamin, minerałów oraz preparatu chroniącego stawy, pamiętałam również o prawidłowym nawadnianiu. Na tydzień przed startem przeszłam cykl odstawiania i ładowania węglowodanów.
Czułam, że jestem przygotowana - wystarczająco fizycznie, jednak do końca nie wiedziałam jak zachowa się moja głowa. Stres potęguje strach przed nieznanym a każdy nowy bieg jest jak podróż na nowe obszary naszej świadomości. Nie wiedziałam co mnie czeka i jakie mam w sobie pokłady siły i wytrzymałości.

Emocje.

Emocje przed trudnym startem a taki bez wątpienia miał być bieg górski na 34 km, doprowadzały mnie do palpitacji serca. Bałam się trasy, rozczarowania jeśli cokolwiek zawiedzie, bólu, progu wytrzymałości psychicznej, który mogłam przekroczyć. Dodatkowo, dzień wcześniej w "zabawnych okolicznościach" pogryzły mnie osy - 3 obrzęki na nogach spowodowały, że mój strach urastał do granic rozsądku. Jak się potem okazało - stan zapalny, który wytworzył się po ugryzieniach przy starciu potu, kompresji, itd -  był najdłuższym i najbardziej uporczywym skutkiem wyjazdu do Krynicy - bo po biegu było na tyle poważnie, że groził mi antybiotyk a zaczerwienienia utrzymywały się do wczoraj a minęło już 1.5 tygodnia od biegu :)*



Start.

W okolicach 10:00 zostaliśmy wywiezieni na start z Krynicy do Piwnicznej Zdrój. Nie byłam już sama - od tego momentu towarzystwa dotrzymywał mi Artur (Nie śpię, bo biegam - moja droga do ultra) - tym samy stres rozkładał się na dwa, można było go "przegadać", rozciągnąć w czasie, oddalić - bo w Piwnicznej czeka się na start ponad godzinę. Człowiek walczy wtedy z różnymi myślami i dolegliwościami żołądkowymi. Dla ultrasów i stałych bywalców biegów górskich taki dystans to niedzielna przebieżka - dla nas była to nowa historia, nowe wyzwanie, sprawdzian tego, co wypracowaliśmy na treningach.




W biegu.

Mimo deszczowego poranka, do godziny 12:00 zrobiło się parno i ciepło, słońce wyszło na dobre i już na starcie temperatura znacznie wzrosła. Pierwsze kilometry od początku dawały w kość - strome podbiegi rekompensowały cudowne widoki. Na całej trasie bowiem ukazywały się krajobrazy niezwykłe, przepiękne rejony Beskidu Sądeckiego. Czysta natura. Zupełnie inaczej wspominam start w Bieszczadach - tam 10 km minęło błyskawicznie - tu trasa była zdecydowanie bardziej wymagająca. Podbiegi były znacznie bardziej strome a suma przewyższeń sięgała + 1720 m.



Pierwszy punkt kontrolny (Mała Wierchomla) zaliczyliśmy z czasem 1:30. Wejście i zbieg z Wierchomli były najdotkliwsze. Za kolejnym punktem kontrolnym biegło się już z górki. Z jednej strony świadomość, że cel jest coraz bliżej, z drugiej syndrom bariery 27 km - czyli granicy kilometrów jakie dotychczas pokonałam. Im bliżej 30 km tym bardziej wariowała moja głowa. A na 26 km dostałam dokuczliwej kolki, która w zasadzie ustąpiła dopiero na ostatnich kilometrach. Nie miałam większego kryzysu, może tylko chwilowe spadki mocy. Nie cierpiałam na ból kolan, palców, pleców - wszystko sprawowało się jak należy. Biegłam cały czas przepełniona radością i emocjami, bez stresu, że nagle mogłabym stanąć. Miałam zapas siły i mocy  a ostatnie kilometry biegłam już na skrzydłach. Sama końcówka wywołuje we mnie moc wzruszeń. Dobiegliśmy z czasem 5 godzin i 47 minut.



Co jest najważniejsze.

Jakbym miała podsumować co wg mnie odgrywa największą rolę w przygotowaniach do biegów górskich to stawiam na siłę - silny korpus, nogi, ręce, stabilizatory kolan, uda. Stawiam na siłę a konto bezmyślnego zaliczania kilometrów na asfalcie. Prócz tego siła głowy - pasja, obycie w górach, radość z biegania, szczypta miłości, walka.

Myślę też, że zupełnie INACZEJ biega się w górach samemu. Dla mnie towarzystwo na trasie było nieodzownym czynnikiem aby ten bieg ukończyć z uśmiechem na ustach. To nie tylko wspieranie siebie w małych i większych kryzysach, to możliwość podzielenia wątpliwości, stresu, zagadania dłużących się odcinków, świadomość że w chwili zagrażającej zdrowiu nie zostaniemy zdani sami na siebie. Dlatego oficjalnie dziękuję mojemu biegowemu partnerowi za te 34 km, za pomoc, wsparcie, użyczenie jednego kijka (a wręcz odkryłam, że z jednym kijkiem biega się lepiej niż z dwoma :) ), za obecność na szlaku i humor, który wypełniał cały start.

Jak wróciłam z Krynicy odkryłam też, że biegi górskie wywołują we mnie tkliwość - tkliwość, która rośnie proporcjonalnie do ilości przebiegniętych kilometrów. To nie tylko wyzwanie, pasja, filozofia środka - to obcowanie z naturą i samym sobą, to setki myśli, które układają się w głowie, to nowe koncepcje, cele i plany. To każdorazowe przewartościowanie życia i rozłożenie go na drobne.

Potem wpadam do domu - późno, w nocy - a rano spontanicznie rzucają się na mnie dzieci (za nic mają moje zmęczone czworogłowe) z pytaniem:
- co nam przywiozłaś? :)
a ja na to, że medal (bo medale rozdaje moim pluszakom naprzemiennie) i dzisiaj jest kolej Tosia.
I Tosiek bierze mój medal i wiesza go sobie nad łóżkiem razem z innymi a potem siedzimy nad mapą i studiujemy profil trasy, snujemy biegowe historie i zarażam ich miłością do gór. To nic, że następne dwa dni będą pytać: - Mamo, czy już zawsze będziesz tak dziwnie schodzić po schodach? Ja wtedy śmieje się w duchu i wyszukuje nowe biegowe historie i nie ma w tym za grosz egoizmu. Uważam, że każdy powinien mieć swoją przestrzeń - coś ponad partnera, dzieci, nawet przyjaciół - takie miejsce, do którego może uciekać w chwilach słabości i zwątpień, taką przestrzeń, która pozwoli mu odkryć swoje prawdziwe ja, w której zanurzy się do wnętrza siebie, miejsce radości i wyzwolenia, odskocznię od szarej codzienności. Niech każdy sam odnajdzie swoją pasję - ale niech nigdy nie ustaje w poszukiwaniach a jak już ją odnajdzie - niech pielęgnuje ją każdego dnia...

Festiwal Biegowy  w Krynicy to impreza najwyższej rangi, na której każdy biegacz powinien pojawić się choć raz. Organizacja, scenariusz biegów - wszystko na najwyższym poziomie! Impreza niezwykła ze względu na miejsce, ludzi, moc wrażeń. Ja rezerwuje już weekend na festiwal biegowy w przyszłym roku. I kto wie - może wówczas spełnię oczekiwania organizatorów i przebiegnę pierwszą w życiu setkę - a o tym poniżej w "historii żółtych numerków" :)

***

Historia żółtych numerków.

W oczekiwaniu na start biegu okazało się, że organizatorzy zrobili nam "żart". Generalnie każdy dystans Biegu 7 Dolin był oznaczony innym kolorem numerów. Dzięki temu można było rozróżnić ile kilometrów przemierza dany zawodnik. I tak fioletowe numery to 34 km, zielone numerki 64 km a żółte 100 km. My dostaliśmy żółte prawdopodobnie dlatego, że obydwoje odbieraliśmy pakiety bez przypisanych numerów startowych i taki kolor się ostał. Tym samym staliśmy się lokalnymi bohaterami, którzy przez większość trasy z uśmiechem na ustach i bez cienia zmęczenia przemierzali trasę (dla postronnych i uczestników) 100 km - bo na to wskazywał kolor naszych numerów. Nie zapomnę tych reakcji, owacji a pojawiały się nawet zastrzeżenia czy biegniemy na dopalaczach :). Sama końcówka i sprint do mety wywołał burzę! Mogliśmy również zgarnąć medale za 100 ale uczciwie przyznaliśmy się do swoich 34 :) - pięknych 34 km. Może w tej pomyłce było nieco wyższego planu bo w naszych głowach urósł pewien plan. Plan na 100 km za rok czy dwa...



*Po biegu poszłam do sanitariuszy medycznych bo obrzęk nóg był coraz większy a wylew sięgał całej łydki. Pytają mnie jaką mam pewność, że to na pewno były osy :). Ja na to 100%, bo nasikałam im do gniazda :). Także tego kochani - zasada nr 1 - tupiemy zanim załatwimy potrzeby fizjologiczne :)
Share on Google Plus

2 komentarze:

  1. Hahha, no powiem, że pomyłka z żółtymi znacznikami była mistrzowska :P Udało się! 100 km! :P

    OdpowiedzUsuń
  2. Historia z osami wybitna :). Zazdroszczę ci tych biegów, ale wiem, że może za 2-3 lata uda mi się też taki pokonać!

    OdpowiedzUsuń