Rzeźniczek 6.06.2015 r.

Od czego się zaczęło...



6.06.2015 r. stanęłam na starcie biegu górskiego - pierwszego w życiu na dystansie 26 km. 




Dokładnie tydzień wcześniej dowiedziałam się, że zwolnił się jeden pakiet na Rzeźniczka w Bieszczadach - miałam dwa dni na podjęcie decyzji a przy tym pełną świadomość na jakim poziomie wytrenowania jestem. Mój ostatni długi bieg wypadał w czasie Półmaratonu w Sopocie, potem był Runmageddon Classic i długo, długo nic - ot krótkie bieganie bez konkretnego planu. W niedzielę zdecydowałam się jechać, w poniedziałek zrobiłam ostatnie długie wybieganie na 20 km. Byłam przestraszona i niepewna swojej siły - nawet kolejny rekord w plank (6 minut) nie wyciszał wątpliwości - może i core mam mocny ale czy nogi - myślałam. Decydując się na podróż w nieznane - stawiamy wszystko na jednej szali - a bieg w górach to nie tylko podróż do wnętrza siebie ale test naszej odporności psychicznej i wytrzymałości fizycznej. W górach słabości obnażają nas szybko, bezwzględnie a z każdym kolejnym podbiegiem wzrasta niepewność jak zachowa się nasze ciało.


Niepewność...

Od początku wyjazd stał pod znakiem zapytania. Wypadł nagle - musiałam przeorganizować całe życie osobiste, zebrać sprzęt a co gorsza znaleźć nocleg i transport. W czasie długiego, czerwcowego weekendu w Cisnej tętni życie - bardzo ciężko o nocleg i przejazd. Do końca nie wiedziałam jak jadę, gdzie nocuję a co gorsza jak wrócę do Warszawy. Dreszczyk niepewności i targające mną lęki o własne życie - spowodowały, że cały tydzień chodziłam ciężko zestresowana :) Postępujący stan przedzawałowy.




Fart czy zrządzenie losu...?



Dzień przed biegiem rozmawiam ze znajomym, który oferuje się pomóc z przejazdem do Cisnej. Podróż jest długa i męcząca, po 8 godzinach jazdy dostaje tradycyjnej migreny. Stres - czy przejdzie do rana, bo z bólem głowy nie wystartuje. Mimo zmęczenia i migreny nie odmawiam sobie wyjścia na Chatkę Puchatka.






Czuję zachwyt, widoki zapierające dech w piersiach, pierwsze kroki biegania po górach - wolność, rozwiane włosy, przestrzeń, szaleństwo. Jak jestem w górach zaraz dopada mnie nostalgiczna przypadłość a każda migawka górskiego krajobrazu doprowadza do wzruszenia. Tak - wzruszam się na widok gór a jednocześnie doznaję tam uczucia bezwarunkowego szczęścia.



Jak wracamy z wycieczki - przebiega nam drogę czarny kot. O ile nie wierzę w przesądy to tamta chwila była jak dreszczyk grozy :).
Do 22:00 trzyma mnie koszmarny ból głowy, udaje mi się znaleźć nocleg w pensjonacie Perełka - mam piękny widok a przez całą noc zagląda mi w okno księżyc. Nie mogę zasnąć. Przez kilka godzin męczy mnie przyspieszone tętno - tłumaczę, że to podróż, stres, zmęczenie, zbyt duża dawka coffeiny. Zasypiam o 2:00 - na chwilę, bo uczestnicy biegu Rzeźnika tłumnie opuszczają pokoje. Muzyka ze strefy biegu rozbrzmiewa przez dobrych kilka godzin. Ustaje nad ranem - zasypiam raptem na trzy godziny.



Runmageddon jest wszędzie...

W piątek rano mam 2 godziny, żeby się ogarnąć i zwolnić pokój. Zabieram cały swój bagaż i o 10:00 wyruszam w kierunku centrum Cisnej. Nie mam planu - od 15:00 zaczynają wydawać pakiety, mam 5 godzin, założeniem jest odpoczynek ale ciągnie mnie na szlak. Udaje się więc spacerkiem do schroniska pod Honem - z miejsca zakochuję się. 


Uwielbiam klimatyczne, górskie schroniska - te z gitarą, z otwartymi ludźmi, z turystami, z dobrą kawą i swojskimi specjałami. Kocham rozmowy z ludźmi spotkanymi na szlaku i to poczucie, że mogę być kim chcę, tam gdzie chcę - że mam ze sobą bagaż i mogę tu zostać albo pójść dalej. Na miejscu spotykam uczestników Rzeźnika, którzy z racji kontuzji ukończyli bieg na 55 km - pytam ich o wskazówki, słucham ich opowieści, czerpię inspiracje. A potem hamak - beztroska, cudowna chwila zawieszenia. Tak! To miejsce gdzie pojadę za rok! Przy okazji jest bardzo blisko startu Rzeźniczka.



Pod Honym spotykam hardcorów :) - rozpoznajemy się po chustach Runmageddon. Wchodzimy na szczyt, żeby potem spotkać się na mecie biegu. Potem okaże się, że dzięki Nim mam transport w kierunku Warszawy - dokładnie do Kielc, skąd blabla car'em udaje mi się dorwać chłopaka, który jedzie na Gocław :). Mało tego w luźnej rozmowie schodzi na biegi ekstremalne i od słowa do słowa okazuje się, że mój "kierowca" pracuje z Madzialeną ES - harpaganem, który wygrywa wszystkie Runmageddony :). Świat jest taki malutki...

Wracając ze schroniska dosłownie wpadam na Madzię - Strong & Fit Women i jej przesympatycznych znajomych :) Od teraz mam towarzystwo - bo co jak co - raźniej w nieznane jechać z ludźmi. Wieczorem z przygodami docieramy do Polańczyka. Zasypiam w miarę sprawnie, jest wesoło - choć adrenalina rośnie z każdą minutą.


Na start...

Nad ranem poziom emocji osiąga epicentrum - już czuję przyspieszone tętno i ból brzucha Zjadam dwie bułki z nutellą i bananem, popijam wszystko kolorowym izotonikiem, na drogę biorę 2 żele, gumy energetyczne sqeezy, które kiedyś uratowały mi życie na hardcorze :) oraz energetycznego batona. W bukłaku mam 2 litry wody (teraz wiem, że zdecydowanie zbyt dużo), na nogach kompresy Royal Bay, biegnę w butach trailowych Adidas Kanadia 7 (które otrzymałam do testów dzięki uprzejmości sklepbiegowy.com).



Plecak zakupiony na dwa dni przed biegiem firmy Camelbak okazał się must have tego biegu. Myślę, że prócz głowy, core i obycia w górach niezbędny jest plecak z bukłakiem i dobre trailowe buty. Mój model wyposażony jest w 2 kieszonki na pasie biodrowym, które pozwalają pod ręką zgromadzić najpotrzebniejsze rzeczy - żele, telefon, itp. W środku jest jeszcze miejsce aby zabrać bluzę czy kurtkę. Jestem zachwycona jego funkcjonalnością  i bardzo zadowolona z tego spontanicznego zakupu.





Uważam, że byłam dobrze przygotowana technicznie. Plecak, buty, odpowiednia ilość żeli, baton który dał mi kopa na ostatnich kilometrach, kompresy dzięki którym moje nogi w zasadzie nie bolą po biegu - prócz kolan, które zostały mocno wyeksploatowane. Jeśli chodzi o przygotowanie fizyczne i mentalne - pozostawało to do końca wielką niewiadomą.

O 7:45 stajemy na stacji bieszczadzkiej kolejki wąskotorowej, która wywozi nas na start do Solinki. 



Tam zaczyna się bieg - dokładnie o 9:00 ruszamy, ekscytacja, znajome twarze i narastający upał (termometry w czasie biegu będą wskazywać ok 30 stopni). 






Pierwsze kilometry to szutrowa droga  - jeśli ktoś walczy o czas - powinien już na początku zadbać o dobrą pozycję - szeroka droga kończy się przed lasem, w którym wiele kilometrów biegnie się w "korku". Wąska dróżka i małe odstępy nie wróżą niczego dobrego. Zbieganie jest ciężkie bo nie widać gdzie stawiać stopy a na podbiegach z reguły większość uczestników przechodzi do marszu - na pierwszych kilometrach wąskiej ścieżki w zasadzie nie da się wyprzedzać. Musisz biec tak jak wyznacza Ci "kolejka" na ścieżce. Na 9 km łykam pierwszy żel. Do 12 km biegnie się w miarę lekko, pamiętam jeden większy podbieg na 12 km, potem już z górki. Cały czas biegnie mi się dobrze, nie odczuwam momentów hiperwentylacji jak na górkach w Falenicy, czekam na kryzys, zniechęcenie, upodlenie - nie staram się także przyspieszać, zbiegam ostrożnie - jednak myślę o tym aby nie spinać nóg. Myślę, że przy zbiegach liczy się obycie w górach - przechodziłam już wiele szlaków i dzięki temu łatwiej mi stawiać stopy i wyszukiwać dobre miejsca. Czuję jednak, że potrzebna mi jakaś technika w stąpaniu, wiedza o tym jak balansować ciałem na stromych zboczach. Wpada mi do głowy, że ważny jest balans - liczy się elastyczność całego ciała - stabilizacja ogólna i silny brzuch. Słyszę potem jak wiele osób skarży się na ból w lędźwiach - mnie bolą tylko kolana i obite na zbiegach palce u stóp (standardowo zejdzie mi jeden paznokieć :)).



Po 14 km słychać okrzyki - zbliża się punkt kontrolny na Przełęczy nad Roztokami - siła dopingu niesie jak na skrzydłach. Niewyobrażalne jak po 14 km spędzonych na górskiej ścieżce, cały czas w lesie, bez otwartych przestrzeni - nagle docierają do nas okrzyki cywilizacji. Energia! Wypijam izotonik i kubek zimnej, pysznej wody, schładzam kark, włosy i polewam się wodą. Nie wiedząc jaki jest stan mojej wody w bukłaku proszę o dolewkę - co skutkuje przelaniem :) i zalaniem telefonu ( o czym dowiaduje się dopiero na Okrągliku jak sięgam po aparat aby uwiecznić ten moment). W punkcie spędzam ok 5 minut. Czuję presję, że jeśli zatrzymam się na dłużej wypadnę z rytmu. Po 15 km zaczyna się podejście - nawet nie podbieg - które wykańcza najbardziej twardych zawodników. Nie zatrzymuje się - szukam kijka w lesie i z jego pomocą wdrapuje się w rytmie do góry - jestem przekonana, że to ostatni stromy podbieg - ktoś jednak uświadamia mnie, że czeka kolejny - równie mocny i stromy. Daje radę - w zasadzie na każdym zbiegu i łagodnym podbiegu -  delikatnie truchtam. Czekam na kulminacje - mam w głowie syndrom 21 km - tj granicy dystansu jaki kiedykolwiek przebiegłam po asfalcie. Po wdrapaniu się na Okrąglik doznaje dodatkowej mocy, trasa wreszcie robi się bajeczna - znużona biegiem w lesie wreszcie czuje się w swoim żywiole - góry - piękna, nieoswojona przestrzeń, upał łagodzą powiewy wiatru na grani. Czerpię tam siłę aby biec dalej. Byłam przygotowana, że w razie kryzysu odpalę muzykę, przez chwilę pod koniec szukałam słuchawek ale tylko po to aby dodać patosu tej chwili. 
Na 22 km wiem, że kryzysu nie będzie, że nawet jeśli potem zacznie się długi, wyczerpujący zbieg, że mimo iż przeklinam w duchu przez ostatnie 4 km to czuje się silna, lepsza, zmotywowana, bez spadku mocy i jeszcze fakt iż w każdym biegu na ostatnim kilometrze siada moja głowa - to tu na koniec oszukał ją zegarek, który pokazywał 26 km a nie 27 jak miało być. A tłum kibiców tuż przed metą krzyczał, że to już tylko 400 metrów. :) 



Wbiegam na mostek wzruszona i szczęśliwa, bieg kończę z czasem 4:07 - właśnie pokonałam siebie, nowy dystans, spełniłam marzenie i zrealizowałam cel. Nie mam negatywnych rozważań - takich, że nigdy więcej - mało tego, pierwszą myślą po przekroczeniu mety jest rzeźnik na raty. 



Bezwzględnie...

Kocham góry całą sobą, kocham przestrzeń, zmęczenie które rekompensuje krajobraz, wychodzenie ponad granicę swoich możliwości, oddawanie się bezkresom piękna. Jeśli góry to Twój drugi dom to musisz tam być, a jeśli kochasz wyzwania to wpisz Rzeźniczka na listę biegów na 2016 r.- albo sięgnij dalej i posmakuj co to prawdziwe upodlenie i wybierz dystans 77 km. 

Dziękuję Wam za wszystko - za pomoc techniczną, za wsparcie i siłę, za każdy wyraz troski, uznania, radości - bez Was zrealizowanie tego wyzwania nie smakowałoby tak dobrze. Bo jak ktoś mi kiedyś powiedział - jeśli nie ma się ludzi, z którymi można podzielić się pięknem - wtedy staje się tylko pustym aktem samotności. Jestem szczęśliwa, że tyle osób pomogło mi w zrealizowaniu tego marzenia i że jest jeszcze więcej, z którymi mogę się tym podzielić. 



W górach jestem szczęśliwa bezwarunkowo. I planuję jeszcze tam wrócić w tym roku...
Share on Google Plus

6 komentarzy:

  1. W górach musi być coś niesamowitego, że tyle osób do nich wraca. Widać, że było pięknie i na pewno niesamowite przeżycia. Serdecznie gratuluje!! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Wspaniale!!! Jeszcze raz Gratuluję Madziu! :-) Dzięki Tobie dowiedziałam się, że jest wogóle Bieg Rzeźniczek :-) Wiedziałam że jest bieg ultra Rzeżnik na 77km. Jestem zauroczona Twoją opowieścią i zachorowałam na taki bieg :-) Góry, te widoki, piękna przyroda, górskie strumyki, polany :-) Już chcę tam być :-) Teraz mam cel na nowy rok :-) Jako że maratonu wogóle nie planuję to Rzeźniczek będzie wspaniałym celem. Mam nadzieję, że uda nam się pojechać w te Bieszczady razem! :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Śliczna relacja. Zazdroszczę ci Przygody :). Musiało być niesamowicie :)

    OdpowiedzUsuń
  4. PIękne widoki, ale ja na początku przeczytałam rzeżączka :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Super relacja - bardzo szczegółowa i zdjęcia i wiele Twoich emocji. Tak czytam i czytam i myślę - może ja w przyszłym roku na Rzeźniczka się odważę ? :) Wielkie gratulacje dla Ciebie :) Serdecznie pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Świetna relacja! Gratuluję wyniki ;) i do zobaczenia za rok

    OdpowiedzUsuń