Biegnij Warszawo 4.10.2015 r.

"Biegnij Warszawo to impreza sportowa z wielkimi tradycjami. Jest jednym z największych biegów masowych w Polsce. Od 2010 roku biegaczom towarzyszą także piechurzy uczestniczący w akcji „Maszeruję – Kibicuję”. W 2014 roku została uznana za NAJLEPSZĄ IMPREZĘ BIEGOWĄ w kategorii BIEG ULICZNY 5-10-15 km."

Biegnij Warszawo to zaproszenie do przygody z bieganiem, to promocja najprostszej formy ruchu, to możliwość spotkania ludzi podobnych, pasjonatów, to kibice jakich nie spotkacie na żadnym biegu ulicznym. Czyste szaleństwo.



Atmosfera.

Klimat Biegnij Warszawo jest niepowtarzalny. Niepowtarzalny na tyle, że zdecydowanie wolę biec wolniej, wykorzystując maksymalną ilość czasu na obcowanie z ludźmi, którzy współtworzą całe to wydarzenie. Biegacze i kibice, setki znajomych spotykanych na trasie, dziesiątki przybitych piątek, nowe znajomości, szczękościsk od uśmiechania się i zdarte gardło. 











Trasa.

Pamiętam swój pierwszy start w Biegnij Warszawo w 2007 r. - ekscytacja z biegania po ulicach Warszawy bezcenna, wtedy pokonanie podbiegu było dla mnie wyzwaniem, dziś wiem, że to wyzwanie podejmuje setki a może tysiące osób i że często ten bieg staje się początkiem przygody. Przygody, która może odmienić całe życie - choć brzmi to jak frazes, to z bieganiem często tak właśnie bywa. 
Założenia.

Mimo przepustki do strefy VIP postawiłam na dobrą zabawę. Dla mnie Biegnij Warszawo to zawody, w których w przyszłości  chcę wykorzystywać maksymalnie dużo z 2 godzinnego limitu :). Tym samy ogłaszam nową życiówkę na 10 km - 1:19 :) - to najdłuższe i najbardziej odlotowe 10 km w historii. 

Ludzie. 





Kocham z Wami biegać. Dziękuję za każdą chwilę w biegu. Wszystkim znanym, poznanym a przede wszystkim uściski dla: Mentolada,  Fitpozytywna, Bieganie mnie uskrzydla, Lena Biega, Labrunner.

Na szczególne podziękowanie zasługuje nasz najlepszy fotograf ever! Nie śpię bo biegam. 

Fit Fighterka - szkoda, że nie było Cię tym razem w naszej ekipie! 

Reasumując chciałabym zacytować słowa organizatora Biegnij Warszawo - Bogusława Mamińskiego:

"Bo bieganie drodzy Państwo... powinno cieszyć! I właśnie tworząc tę edycję chciałem, aby Biegnij Warszawo nie było Waszym kolejnym biegiem na życiowe tempo, ani też tym, który wiąże się z trapiącym wysiłkiem. Chciałbym aby Biegnij Warszawo cieszyło tak, jak cieszy samo bieganie i aby było dla wszystkich - nie zważając na wiek, płeć, sylwetkę. Aby w tym jednym dniu każdy mógł się po prostu bawić bieganiem. Bo nic tak człowieka nie odmładza jak radość z realizacji pasji." 

Nie mam nic do dodania. Do zobaczenia za rok!


0 komentarze:

Bieganie w spódniczce - zabawa czy manifest kobiecości?

Jak to się zaczęło.

Kiedy zadzwonił do mnie redaktor z Runner's World i spytał mnie - "jak to się właściwie zaczęło?" do głowy przyszedł mi zaraz Sopot i nasz babski wypad na półmaraton. 


Wydaje mi się jednak, że sama koncepcja biegania w spódniczce zrodziła się wcześniej - na drążkach. 


To właśnie wtedy zaczęłam łączyć kobiecość i siłę. Coraz częściej otrzymywałam też sygnały, że moje ciało ewaluuje w "złym" kierunku - że moje mięśnie na rękach stają się typowo męskie, że tracę subtelność, smukłość, delikatność. 



Chciałam powiedzieć, że można ćwiczyć siłę i wytrzymałość nie tracąc kobiecego wdzięku. Bo ja czułam się wówczas wyjątkowo pięknie - a co najważniejsze przy systematycznych ćwiczeniach street workout moja siła wzrosła kilkukrotnie. Wtedy też zobaczyłam jak mocny core wpływa na szybkość i wytrzymałość w biegu.

Manifest czy radość?

"Czym jest dla niej ta spódniczka? Kiedyś była przypadkiem, zabawą, żartem. Dziś to manifest kobiecej siły." Niezupełnie. Nadal to zabawa i zwyczajny manifest radości. Pokazuje też, że mam do siebie dystans. Nie tylko do wyników i presji bicia rekordów. Mówię przez to: jeśli chcę mogę w spódniczce przebiec Runmageddon i trafić na wysoką pozycję - jeśli nie, mogę biec półmaraton w 3 godziny i świetnie się bawić. Jest czas na bicie rekordów i czas na zabawę bieganiem - tak, to chyba mój cel nadrzędny. Nigdy nie stracić radości z biegania. 

Runmageddon. Maj 2015r.
Reakcje.

Dotychczas spotykałam się ze skrajnym odbiorem mojej kreacji :). Docierają do mnie sygnały różne - te bardzo pozytywne jak i wymowne, które chcą zakomunikować "słodka idiotka" albo "co ona tutaj robi", ostatecznie jeśli ktoś zna mój status i wie, że jestem matką dodaje "matka wariatka", pojawiają się też opinie "taka stara, a nadal niepoważna" czy "ekshibicjonistka biegowa" (zaznaczam, że zawsze biegam w spodenkach - nawet jeśli ich nie widać :) ). 
Niektórzy pytają czy nie pomyliłam imprezy albo na jaką potańcówkę biegnę :).

Natomiast zdecydowana większość reakcji jest mega pozytywnych - co najlepsze wyrazy sympatii dostaję od obu płci. Moja spódniczka w górach wywołała wiele uśmiechów, była powodem do sympatycznych zaczepek, głośnych owacji, motywem do rozpoczęcia konwersacji i powoli staje się także znakiem rozpoznawczym. A to szalenie miłe, kiedy ktoś wyłapuje mnie na biegu właśnie po niej. 

Ksywa.

Tancerka. Baletnica. Góralka. 

Październik 2015r. Runner's World Polska
Plany.

Orlen Maraton w spódniczce, Rzeźnik w spódniczce, Krynica - 100 km w spódniczce. Każdy w innej TUTU - specjalnie uszytej na powyższe biegi. 


Puenta.

Przełamuj szarość radością i pasją. Miej w sobie moc aby być innym. Zachowaj w sobie szaleństwo dziecka. Nie poddawaj się presji społecznej. Bądź pozytywnym wariatem - niezależnie od statusu Twojego życia. Kropka.

(Jeśli szyjesz TUTU i chcesz zrobić dla mnie wyjątkową spódniczkę na biegi to napisz na m.czechoska@gmail.com).

0 komentarze:

Festiwal Biegów w Krynicy - Bieg 7 Dolin - 34 km.

12 września 2015 r. stanęłam na starcie pierwszego biegu górskiego na dystansie 34 km. Bieg górski rozgrywany jest na ostatnim fragmencie trasy Biegu 7 Dolin (Piwniczna Zdrój - Krynica). Sama trasa przez organizatorów opisywana jest jako trudna, wyznaczona w Beskidzie Sądeckim, z licznymi podbiegami i zbiegami. Limit na jej pokonanie to 8 godzin - aż tyle i jak się potem okazuje tak niewiele gdyby coś nie zagrało. Bo oprócz tego, że w każdej chwili może zawieść ciało to istnieje przecież ryzyko, że zawiedzie głowa. 


Przygotowania.

Do Festiwalu Biegowego w Krynicy przygotowywałam się od wielu tygodni - choć sam start nie był do końca planowany i warunkowałam go aktualnym statusem rzeczywistości, to przygotowania rozpoczęłam stosunkowo wcześnie, wplatając w mój trening wybiegania na falenickiej ścieżce biegowej, ćwiczenia siły ogólnej, core oraz wszystkie te poprawiające stabilizację kolan i wzmacniające mięśnie nóg. Prócz ćwiczenia siły i wytrzymałości ogólnej dbałam o suplementację witamin, minerałów oraz preparatu chroniącego stawy, pamiętałam również o prawidłowym nawadnianiu. Na tydzień przed startem przeszłam cykl odstawiania i ładowania węglowodanów.
Czułam, że jestem przygotowana - wystarczająco fizycznie, jednak do końca nie wiedziałam jak zachowa się moja głowa. Stres potęguje strach przed nieznanym a każdy nowy bieg jest jak podróż na nowe obszary naszej świadomości. Nie wiedziałam co mnie czeka i jakie mam w sobie pokłady siły i wytrzymałości.

Emocje.

Emocje przed trudnym startem a taki bez wątpienia miał być bieg górski na 34 km, doprowadzały mnie do palpitacji serca. Bałam się trasy, rozczarowania jeśli cokolwiek zawiedzie, bólu, progu wytrzymałości psychicznej, który mogłam przekroczyć. Dodatkowo, dzień wcześniej w "zabawnych okolicznościach" pogryzły mnie osy - 3 obrzęki na nogach spowodowały, że mój strach urastał do granic rozsądku. Jak się potem okazało - stan zapalny, który wytworzył się po ugryzieniach przy starciu potu, kompresji, itd -  był najdłuższym i najbardziej uporczywym skutkiem wyjazdu do Krynicy - bo po biegu było na tyle poważnie, że groził mi antybiotyk a zaczerwienienia utrzymywały się do wczoraj a minęło już 1.5 tygodnia od biegu :)*



Start.

W okolicach 10:00 zostaliśmy wywiezieni na start z Krynicy do Piwnicznej Zdrój. Nie byłam już sama - od tego momentu towarzystwa dotrzymywał mi Artur (Nie śpię, bo biegam - moja droga do ultra) - tym samy stres rozkładał się na dwa, można było go "przegadać", rozciągnąć w czasie, oddalić - bo w Piwnicznej czeka się na start ponad godzinę. Człowiek walczy wtedy z różnymi myślami i dolegliwościami żołądkowymi. Dla ultrasów i stałych bywalców biegów górskich taki dystans to niedzielna przebieżka - dla nas była to nowa historia, nowe wyzwanie, sprawdzian tego, co wypracowaliśmy na treningach.




W biegu.

Mimo deszczowego poranka, do godziny 12:00 zrobiło się parno i ciepło, słońce wyszło na dobre i już na starcie temperatura znacznie wzrosła. Pierwsze kilometry od początku dawały w kość - strome podbiegi rekompensowały cudowne widoki. Na całej trasie bowiem ukazywały się krajobrazy niezwykłe, przepiękne rejony Beskidu Sądeckiego. Czysta natura. Zupełnie inaczej wspominam start w Bieszczadach - tam 10 km minęło błyskawicznie - tu trasa była zdecydowanie bardziej wymagająca. Podbiegi były znacznie bardziej strome a suma przewyższeń sięgała + 1720 m.



Pierwszy punkt kontrolny (Mała Wierchomla) zaliczyliśmy z czasem 1:30. Wejście i zbieg z Wierchomli były najdotkliwsze. Za kolejnym punktem kontrolnym biegło się już z górki. Z jednej strony świadomość, że cel jest coraz bliżej, z drugiej syndrom bariery 27 km - czyli granicy kilometrów jakie dotychczas pokonałam. Im bliżej 30 km tym bardziej wariowała moja głowa. A na 26 km dostałam dokuczliwej kolki, która w zasadzie ustąpiła dopiero na ostatnich kilometrach. Nie miałam większego kryzysu, może tylko chwilowe spadki mocy. Nie cierpiałam na ból kolan, palców, pleców - wszystko sprawowało się jak należy. Biegłam cały czas przepełniona radością i emocjami, bez stresu, że nagle mogłabym stanąć. Miałam zapas siły i mocy  a ostatnie kilometry biegłam już na skrzydłach. Sama końcówka wywołuje we mnie moc wzruszeń. Dobiegliśmy z czasem 5 godzin i 47 minut.



Co jest najważniejsze.

Jakbym miała podsumować co wg mnie odgrywa największą rolę w przygotowaniach do biegów górskich to stawiam na siłę - silny korpus, nogi, ręce, stabilizatory kolan, uda. Stawiam na siłę a konto bezmyślnego zaliczania kilometrów na asfalcie. Prócz tego siła głowy - pasja, obycie w górach, radość z biegania, szczypta miłości, walka.

Myślę też, że zupełnie INACZEJ biega się w górach samemu. Dla mnie towarzystwo na trasie było nieodzownym czynnikiem aby ten bieg ukończyć z uśmiechem na ustach. To nie tylko wspieranie siebie w małych i większych kryzysach, to możliwość podzielenia wątpliwości, stresu, zagadania dłużących się odcinków, świadomość że w chwili zagrażającej zdrowiu nie zostaniemy zdani sami na siebie. Dlatego oficjalnie dziękuję mojemu biegowemu partnerowi za te 34 km, za pomoc, wsparcie, użyczenie jednego kijka (a wręcz odkryłam, że z jednym kijkiem biega się lepiej niż z dwoma :) ), za obecność na szlaku i humor, który wypełniał cały start.

Jak wróciłam z Krynicy odkryłam też, że biegi górskie wywołują we mnie tkliwość - tkliwość, która rośnie proporcjonalnie do ilości przebiegniętych kilometrów. To nie tylko wyzwanie, pasja, filozofia środka - to obcowanie z naturą i samym sobą, to setki myśli, które układają się w głowie, to nowe koncepcje, cele i plany. To każdorazowe przewartościowanie życia i rozłożenie go na drobne.

Potem wpadam do domu - późno, w nocy - a rano spontanicznie rzucają się na mnie dzieci (za nic mają moje zmęczone czworogłowe) z pytaniem:
- co nam przywiozłaś? :)
a ja na to, że medal (bo medale rozdaje moim pluszakom naprzemiennie) i dzisiaj jest kolej Tosia.
I Tosiek bierze mój medal i wiesza go sobie nad łóżkiem razem z innymi a potem siedzimy nad mapą i studiujemy profil trasy, snujemy biegowe historie i zarażam ich miłością do gór. To nic, że następne dwa dni będą pytać: - Mamo, czy już zawsze będziesz tak dziwnie schodzić po schodach? Ja wtedy śmieje się w duchu i wyszukuje nowe biegowe historie i nie ma w tym za grosz egoizmu. Uważam, że każdy powinien mieć swoją przestrzeń - coś ponad partnera, dzieci, nawet przyjaciół - takie miejsce, do którego może uciekać w chwilach słabości i zwątpień, taką przestrzeń, która pozwoli mu odkryć swoje prawdziwe ja, w której zanurzy się do wnętrza siebie, miejsce radości i wyzwolenia, odskocznię od szarej codzienności. Niech każdy sam odnajdzie swoją pasję - ale niech nigdy nie ustaje w poszukiwaniach a jak już ją odnajdzie - niech pielęgnuje ją każdego dnia...

Festiwal Biegowy  w Krynicy to impreza najwyższej rangi, na której każdy biegacz powinien pojawić się choć raz. Organizacja, scenariusz biegów - wszystko na najwyższym poziomie! Impreza niezwykła ze względu na miejsce, ludzi, moc wrażeń. Ja rezerwuje już weekend na festiwal biegowy w przyszłym roku. I kto wie - może wówczas spełnię oczekiwania organizatorów i przebiegnę pierwszą w życiu setkę - a o tym poniżej w "historii żółtych numerków" :)

***

Historia żółtych numerków.

W oczekiwaniu na start biegu okazało się, że organizatorzy zrobili nam "żart". Generalnie każdy dystans Biegu 7 Dolin był oznaczony innym kolorem numerów. Dzięki temu można było rozróżnić ile kilometrów przemierza dany zawodnik. I tak fioletowe numery to 34 km, zielone numerki 64 km a żółte 100 km. My dostaliśmy żółte prawdopodobnie dlatego, że obydwoje odbieraliśmy pakiety bez przypisanych numerów startowych i taki kolor się ostał. Tym samym staliśmy się lokalnymi bohaterami, którzy przez większość trasy z uśmiechem na ustach i bez cienia zmęczenia przemierzali trasę (dla postronnych i uczestników) 100 km - bo na to wskazywał kolor naszych numerów. Nie zapomnę tych reakcji, owacji a pojawiały się nawet zastrzeżenia czy biegniemy na dopalaczach :). Sama końcówka i sprint do mety wywołał burzę! Mogliśmy również zgarnąć medale za 100 ale uczciwie przyznaliśmy się do swoich 34 :) - pięknych 34 km. Może w tej pomyłce było nieco wyższego planu bo w naszych głowach urósł pewien plan. Plan na 100 km za rok czy dwa...



*Po biegu poszłam do sanitariuszy medycznych bo obrzęk nóg był coraz większy a wylew sięgał całej łydki. Pytają mnie jaką mam pewność, że to na pewno były osy :). Ja na to 100%, bo nasikałam im do gniazda :). Także tego kochani - zasada nr 1 - tupiemy zanim załatwimy potrzeby fizjologiczne :)

2 komentarze:

Bieganie w górach - miłość i szaleństwo.

W życiu często liczy się jedna decyzja - im mniej racjonalna i szalona - tym więcej nieoczekiwanego może nam przynieść. Może się tak zdarzyć, że popchnie nas na zupełnie inne tory i nagle odkryjemy w sobie nowe pokłady energii i pasji, swoje prawdziwe ja, źródło satysfakcji i samospełnienia. 


 
W życiu często lepiej podejmować ryzyko i stawiać wszystko na jedną kartę. Działać nie czekać. Podejmować kroki pomimo strachu. Bo za każdym nieracjonalnym i przerażającym nas działaniem może czekać prawdziwe szczęście. Wychodzę z założenia, że lepiej pić falę niż wodę - dlatego też zdecydowałam się na biegi ekstremalne i pierwszy w tym roku i życiu bieg górski (Rzeźniczek).


Rozpoczynając moją przygodę z bieganiem nawet nie zakładałam "zaliczania" dystansów dłuższych niż półmaraton - owszem nadal chcę przebiec maraton i taki cel obrałam na początku 2015 roku ale moje myślenie i odczuwanie zmieniło się diametralnie od startu w Rzeźniczku na 27 km. 

Festiwal biegowy w Krynicy stał się punktem zaczepienia i nowym wyzwaniem na obecny rok. Plan uczestnictwa w maratonie odszedł na dalszy plan, moje cele zostały całkowicie przewartościowane a to wszystko przez jeden, jedyny bieg górski w Bieszczadach.


Myślę, że kiedy posmakujesz czegoś co przynosi Ci satysfakcję i spełnienie, wtedy Twoja pasja jawi się w zupełnie innym wymiarze. Nie chcesz już niczego innego. Miłość bezwarunkowa.



Co jest takiego w fenomenie biegania po górach? Jak wytłumaczyć szczęście z obcowania z bezkresnym pięknem? Jak opisać te procesy, które zachodzą w głowie i w ciele? 


O górach nie można zbyt wiele pisać - góry albo się kocha albo nie. Wchodzisz w to albo nie czujesz nic. Białe albo czarne. Ja zakochałam się w górach od pierwszego wejrzenia. Brakowało mi tchu na sam widok. Przeszłam naprawdę trudne szlaki, zdobyłam najwyższe szczyty w Tatrach - w Polsce i na Słowacji. Niejednokrotnie zmierzałam się z trudnościami czy zmęczeniem ale nigdy nie czułam się tak jak w górach. Szczęśliwa bezwarunkowo.

2007 - pierwszy raz w Tatrach.
Po tym jak wystartowałam w Rzeźniczku okazało się, że nawet trening mam ustawiony pod góry, że tam bardziej liczy się siła nie szybkość, wytrzymałość psychiczna a nie ilość przebiegniętych kilometrów. I żeby biegać po górach nie trzeba zaliczać setek kilometrów tygodniowo, tylko trenować całe ciało, wzmacniać nogi i korpus. Żaden ze mnie ekspert biegowy - ale wierzę w moją intuicję popartą doświadczeniem prawdziwych ultrasów. O tym jak przygotowuje się do biegów górskich, o suplementach, o sprzęcie jakiego używam napiszę niebawem a może poczekam do debiutu w Krynicy, kiedy okaże się czy moje metody nie zawiodły.

Rysy - zejście od strony Polskiej.

Dzisiaj chcę Wam powiedzieć, że warto smakować niepoznanego - ja również nie zakładałam, że kiedykolwiek stanę na starcie biegu górskiego. Wydawało mi się, że to wykracza poza granice moich możliwości - siłowych i mentalnych. A teraz kiedy mam za sobą dwa debiuty - start w Bieszczadach i samotny bieg w Tatrach na Giewont - wiem, że mamy w sobie nieograniczone pokłady możliwości i siły. Tylko żeby je uruchomić trzeba zrobić choć jeden krok na przód, porzucić strach i dać się ponieść szaleństwu. 

Rysy. Słowacja 2015r.
12 września 2015 przebiegnę swoje pierwsze 34 km - pierwsze w górach. Mam nadzieję, że Beskidy okażą się dla mnie łaskawe, że przyjadę z milionem wspomnień i wrażeń, z milionem wzruszeń. Kocham i czekam.


1 komentarze:

II BMW Półmaraton Praski 30.08.2015

II BMW Półmaraton Praski był dla mnie nie tylko sprawdzianem formy przed zbliżającym się biegiem górskim w Krynicy (na 34 km) ale przede wszystkim testem odporności psychicznej. Po raz kolejny bowiem musiałam zmierzyć się nie tylko z upałem ale własną słabością i brakami treningowymi, które zaczęły obnażać mnie już na 13 km. 



Trasa półmaratonu była szybka i sprzyjała do bicia rekordów. Były podbiegi, ostre zakręty, proste na których wolniejsi dopingowali szybszych, były uściski dłoni, aktywni kibice (choć frekwencja bardzo słaba) i prywatne grono wsparcia. Wystarczyło. 

Założeniem było złamać 2 godziny. Wiedziałam, że muszę utrzymać tempo w okolicach 5'30''/km. Zaczęłam szybciej - do 11 km zegarek pokazywał czasy 5'17 - 5'27 - niosły mnie emocje i muzyka. Po 12 km poczułam pierwszy kryzys - monotonia z biegania po nagrzanym asfalcie, upał - który momentami stawał się nie do zniesienia, pojawiające się zmęczenie i myśl, że mogę nie dać rady. 





Wsparcie najbliższych na trasie jest bezcenne. Moja siostrzyczka <3
Moje jednostki treningowe w miesiącu poprzedzającym start nie były zbyt urozmaicone - biegałam jednostajnie a interwały i siłę robiłam na wakacjach z dzieciakami - w wózku biegowym. W ostatnim czasie zaniedbałam mocno street workout i ćwiczenia na core, rozciąganie i odpowiednią ilość regeneracji. Odczułam te braki - podczas biegu, bezpośrednio po i w dzień następny...



W okolicach 13 km miałam ochotę przejść do marszu i zaczęłam przeliczać kilometry. Jeszcze tylko 8 - myślałam - nie możesz się poddać. Oczywiście przerost ambicji nie pozwolił mi się zatrzymać, ba! nawet zwolnić - dopiero na 16 km tempo zdecydowanie spadło - najwolniejszy kilometr przebiegłam w czasie 5:55. Od pewnego momentu bieg stał się walką o przetrwanie - nie było tam przyjemności z biegania samego w sobie. Myślę, że wiele osób wtedy się przeliczyło - świadczyła o tym ilość omdleń na trasie. Zbyt szybkie tempo? Zbyt słabe nawodnienie? Przegrzanie? Ja dbałam o to aby pić na każdym punkcie żywieniowym, korzystałam z bananów, izotoników i chłodziłam się w każdy możliwy sposób. W tej edycji biegu wody nie brakowało - było aż nadto - nie tylko do picia ale organizatorzy zadbali aby na trasie pojawiły się kurtyny wodne oraz pojemniki z wodą, w których można było moczyć gabki dołaczone do pakietu startowego. Pomijam groteskowy moment kiedy wylałam sobie na głowę różowy izotonik - to była konsekwencja głośnej muzyki w słuchawkach :)



Na metę wbiegłam z czasem 1:59:17 - z jednej strony byłam zadowolona - życiówka została zrobiona - wynik z zeszłego roku poprawiony o ponad 15 minut ale czułam się upodlona i wyeksploatowana. Kręciło mi się w głowie i musiałam przysiąść zaraz za metą - zabawne, że Paulina Holtz już po raz drugi pojawiła się jako dobra dusza i podała mi pomocną dłoń - dobra z niej kobieta. Jak wstałam przechwycił mnie sanitariusz medyczny - haha rzeczywiście wzrok miałam mętny i bardzo wysokie tętno. Musiałam odsiedzieć swoje w wygodnym leżaku z "obsługą" :) Były zimne napoje, miła atmosfera i w ciągu 15 minut przewinęło się całe multum ludzi. Upał zrobił swoje!



Całe miasteczko biegu zostało zorganizowane na terenie Parku Skaryszewskiego - strzał w dziesiątkę - było intymniej niż na błoniach Stadionu Narodowego, klimatycznie, można było poleżeć bezkarnie na trawie, patrząc w niebo i obmyślając strategie na kolejne starty. Meta też sprawiała wrażenie - tym bardziej jak ktoś ostatkiem sił dobiegał do końca. 

Ja po biegu byłam mocno wkurzona - na swoją głupotę - na bieg bez nakrycia głowy, na brak snu w odpowiedniej ilości, na ogromne zmęczenie zaraz po, na bieganie po asfalcie, na udowadnianie sobie, że mogę być jeszcze lepsza. Zapowiedziałam nawet, że nigdy więcej półmaratonów o maratonie nie wspomnę...Ale zaraz zaczęłam przeliczać i kombinować ile jestem w stanie urwać :) Tak - pokonywanie siebie też często mnie satysfakcjonuje i szybkość też bywa szalenie przyjemna...


Uważam że w zawodach często bardziej niż czas liczy się klimat, zabawa, cała biegowa rodzina, przyjaźnie, wyzwanie, bliskość najważniejszych dla nas osób, które czekają na trasie i wywołują wzruszenie, moc dopingu, programowanie głowy na pokonywanie przeciwności, wzmacnianie charakteru, podróż do wnętrza siebie...



Dziś jeszcze mam tkliwe palce u stóp i cierpię na nieznośny ból mięśni ale już z uśmiechem spoglądam na zdjęcia z trasy i czerpie z nich siłę. Bo każdy start to ogromna dawka mocy i feeria barw, które rozświetlają monotonię codzienności. 

BMW Półmaraton Praski to mój drugi półmaraton, który pokonałam na czas i sądzę, że mimo wszystko nie ostatni...


2 komentarze: