Doskonała wersja siebie


Jestem na drodze do doskonałej wersji siebie. Po 33 latach wiem, że równowaga wynika z akceptacji, wyrozumiałości i swoistego dystansu dla nadchodzących (szybciej niż myśl i wolniej niż procesy starzenia) zmian. Człowiek po trzydziestce łapie się każdej okazji aby przy zachowaniu resztek godności, zabłysnąć jeszcze przed światem pokładami niespożytych możliwości i drzemiącej w nas (cóż z tego, że z bólem kręgosłupa w tle) energii, która pozwala nam góry zdobywać; dosłownie i w przenośni.




Jestem na dobrej drodze w kierunku samorealizacji. Nie dysponuję wielkim dorobkiem i osiągnięciami, chyba że w bilansie zysków i strat mogłabym uwzględnić genetycznie uwarunkowane jednostki żywe, czytaj – dzieci, własną działalność artystyczną (do której nieustannie dokładać trzeba), rzeczy nabyte jako wyraz konsumpcjonizmu, pasje – w których nigdy nie zostanę ekspertem i wiecznie irracjonalny, nieznośnie lekki, surrealizm w byciu. Mój byt od zawsze zakrawał na historię dramatyczną, która dobrze uchwycona, mogłaby stać się scenariuszem telenoweli, generującej wysoką oglądalność. Jednym z elementów fabuły mogłyby być moje niespełnione miłości oraz aspiracje do bycia gwiazdą wielkiego teatru i pióra.

Aby nie utracić obranego kierunku na drodze do doskonałej wersji siebie, postanowiłam tchnąć w moje życie element jakże niezbędny dla równowagi psycho – fizycznej; czytaj sport przez duże „S”. 
Nie omieszkałam w odpowiednim wymiarze egzaltować się tą nowiną w mediach społecznościowych. 
Założyłam więc bloga Flying Shoes oraz jego bezpośrednią stronę na Facebook, na której z częstotliwością posiłków i treningów, publikowałam „selfie” z owsianką w tle, fotografie w stylu  #aftersex i #jestemzsiebiedumna. 

Zainteresować sobą czytelników – pasjonatów zdrowego trybu życia to bułka z masłem, wróć – to bułka z pastą z awokado i nie byle jaka bułka ale wieloziarnista, ze wszystkimi gatunkami pestek i ziaren oraz najlepszej gatunkowo mąki razowej, bez substancji spulchniających. Fit społeczność jest ważna – to twoja motywacja, grupa wsparcia, ludzie z doświadczeniem i wiedzą merytoryczną, 
którzy doskonale Cię ukierunkują. Zapamiętaj zasadę – gdy ich lubisz, oni lubią ciebie, kiedy nie lubisz, nie jesteś lubiany; gdy zwyciężasz, dostaniesz poklaski; gdy dopada cię chandra – lepiej odpuść sobie pisanie, bo sportowiec musi zarażać optymizmem i zagrzewać do walki! Never give up! Krzyczą banery z zaprzyjaźnionych stron a w tobie urasta przekonanie, że musisz działać za wszelką cenę! 

Klikasz: „lubię to”, odrywasz się od własnego marazmu, odstawiasz na bok racuchy z bitą śmietaną (smażone w głębokim tłuszczu) i wykonujesz szybkie #selfie z miską kiełków, potem trzaskasz kilka interwałów, 100 przysiadów i 300 brzuszków, które doprawiasz słynnym już i cenionym w sporcie plank. Nie wiesz co to plank?! Nie jesteś sportowcem przez duże „S”!

Od rana znowu selfie, z owsianką w roli głównej – w środku przynajmniej kilka gatunków owoców, płatki, ziarna i pestki, jogurt naturalny i odrobina miodu ale najpierw woda z cytryną jako must have w społecznościach uprawiających sport. I pamiętaj! Sportowiec się nie poddaje! Kim jesteś?! – Jestem zwycięzcą! – krzyczę do lustra i wykonuje 4 minuty w plank. Po trzeciej minucie moje ciało trzęsie się jak galareta ale zaciskam pięści i wytrzymuje jeszcze 60 sekund, o k....! cedzę przez zęby – tak aby dzieci nie usłyszały. Bo ćwiczenia ogólnorozwojowe robię wtedy, kiedy dzieci leżą już w łóżkach i wywiązałam się z przeczytania bajek. Następnie moją rolę przejmuje audiobook a ja mam już „święty spokój” i całkowity brak wymówek. 
- Mamo siusiu! Woła trzyletni Antek i błagalnym wzrokiem spogląda z łóżeczka. 
- Nie teraz! Wykrztuszam, parskając przy tym śliną – jeszcze tylko dwie serie!

Potem przysiady – jak przysiady to tylko z obciążeniem. Nie mam sztangi ani odpowiednich hantli, więc sięgam po 5 litrową butlę z wodą i wyobrażam sobie, że właśnie ćwiczę z kettlebell, którym w pewnym momencie zaczynam wymachiwać nad głową, plastikowy uchwyt urywa się a butla ląduje na podłodze (dobrze, że nie w łóżeczku). Jak ABS to tylko w internecie, odpalam telefon i wykonuje 6 ćwiczeń, w 3 seriach po 20 powtórzeń. Na koniec pompki – męskie, pół roku ćwiczeń do czegoś zobowiązuję. Sapiąc i krztusząc się kończę poszczególne obwody i zasłużona poleguję na kanapie przy łóżeczkach moich dzieci. Patrzę potem do lustra i myślę – jest progres. A w ciągu dnia mimo zdrowej diety nie wytrzymuje i cały efekt zażeram czekoladowym batonem i zapijam butelką coli. A tutaj nie jest modna cola i baton – w modzie jest dieta bez cukru – także uważaj, kiedy pokazujesz co dzisiaj zjadłeś!

Moja przygoda ze sportem zaczęła się wiele lat temu ale tak naprawdę ostatnie pół roku nauczyło mnie, że hasło: chcieć to móc, to żaden frazes. Faktycznie – wystarczy systematyka, determinacja, cel oraz odrobina wiedzy jak bezpiecznie do niego podążać. Wybrałam bieganie – bo każdy Ci powie, że biegi to najbardziej dostępny sport ze wszystkich, do tego nawet mając 33 lata możesz 
wystartować w zawodach i zdobyć medal (bo zapłacisz za to w pakiecie startowym). Pierwsze kroki są zawsze trudne – zaczynanie od nowa to mozolna, ciężka praca – taki czas, że serce ci wali i nie możesz nabrać oddechu, wytrzymujesz 20 minut i rzucasz buty w cholerę. Nienawidzisz biegania. Jeśli nie odpuścisz i nie nałapiesz się pierwszej kontuzji – bieganie dostarczy Ci pewnego rodzaju 
satysfakcji a może tchnie w twoje życie zupełnie nowego smaku. Może je pokochasz a może nigdy więcej nie spróbujesz – przekonaj się, to nic nie kosztuje (zachęcają na wielu forach internetowych). 

Stop! Bieganie kosztuje, bo jeśli planujesz biegać to najpierw kosztuje tyle, ile buty biegowe. Bo jeśli wpadniesz w euforię – kosztuje więcej o dodatkową odzież techniczną. A jeśli masz słabość do trendów – przepadasz z miejsca, bo największe firmy sportowe w ostatnich latach wypuszczają takie kolekcje, że pędzisz do sklepu pozbawiając siebie racjonalnego myślenia. Kolory boskie, materiał boski, leżą bosko! Ostatecznie na ścieżkach biegowych wyglądać trzeba! A fundusze topnieją. 

W bieganie można wpaść natychmiastowo, nie daj Bóg, jak dorwie cię jakaś fanatyczna grupa, która odpowiednio cię poprowadzi i ukierunkuje na starty w zawodach... wtedy przepadłeś – dreszcz 
rywalizacji, monitorowana trasa, zastrzyk naturalnego haju, który do tej pory zażywałeś tylko w odpowiedniej dawce środków odurzających (seks, alkohol, narkotyki). A należy wspomnieć, że biegi masowe nie są za darmo. I za każdy medal płacisz z własnej kieszeni. Tylko ta satysfakcja, ten szał, te wylewające się wszystkim otworami endorfiny – tego nie da się na pieniądze przeliczyć.

W pewnym momencie zaczynasz bieganie kochać, uciekać do niego, sponiewierać się przez nie po niepowodzeniach wszelakich, traktować jak narzędzie - gubić na każdym kilometrze emocje 
negatywne, złość, niechęć, niemoc – twoje myśli rosną w siłę, twoja psychika zaczyna pracować na nieznanych dotąd częstotliwościach. Mówisz wszystkim o bieganiu, publikujesz zrzuty z aplikacji biegowych, chwalisz się każdym medalem, twoje myśli błądzą wokół treningu, wyliczasz czasy, ustalasz metody, zmieniasz dietę, topisz kasę na suplementy i odżywki energetyczne, to ostatecznie moja pasja tłumaczysz innym, nabywając kolejne pary butów. Miłosne odurzenie. Pełnowartościowy produkt uboczny, stworzony pod wpływem wydzielanych endorfin. 

Wszystko jest trochę poza tobą – jak wtedy, kiedy zjawia się miłość. Błądzisz na etapie słodkiego niedopowiedzenia, powoli i subtelnie zanurzasz palce w nieznanej materii, koncentrujesz cały swój czas, wszystkie myśli, który natychmiastowo burzy Jego uśmiech i przenikliwość oczu. Miotasz się – im bardziej miłość platoniczna i niepewna – tym więcej wizjonerskich obrazów na przyszłość. A czasem trzeba przeczekać etap drżenia serca, bo często ten pierwszy jest tylko strzępkiem w całej miłosnej historii. Jednak miłość nie ma ugruntowanej strategii – zjawia się nagle i równie spektakularnie się kończy. Melancholijna, cudowna, pełna marzeń chwila przeciągającej się ekstazy. 

Każda faza ma swoją anty-fazę. Skutki uboczne rozrzedzenia w komórkach mózgowych bywają trwałe. W najlepszym razie o jej końcu i początku będą przypominać ci dzieci, w najgorszym długa i kosztowna terapia psychologiczna. 

W bieganiu miłość prędzej czy później przechodzi na inny etap zażyłości. Myślę, że może trwać do pierwszego niepowodzenia, pierwszej biegowej niemocy albo do pierwszego treningu, na który 
nie chcesz wyjść na rzecz racuchów z bitą śmietaną i dobrego filmu w TV. Lenistwo w sporcie to rzecz naturalna – jednak brak inwencji może zabić każdą miłość, nawet najlepszą. Krach w miłości biegowej przynosi kontuzja oraz kiepski start, przeciągająca się niechęć do treningów oraz nieprzychylne 
komentarze na stronach społecznościowych. 

Bywają takie ciche dni, kiedy wciskam buty w kąt i przy pudełku ptasiego mleczka śledzę dokonania innych, klikając ze łzami w oczach „lubię to”. Nowe, pełne motywacji hasła, zagrzewają mnie do tego, aby czekoladki skończyć i przez jakiś czas nie kupować – zakładam wówczas techniczny strój sportowy, odziewam techniczne buty, w uszy wkładam firmowe słuchawki do biegania (bez kabli), przypinam zegarek – pulsometr z GPS, na głowę wkładam komin lub czapkę renomowanej firmy sportowej. W pełni gotowości wyruszam – zwykle do parku i po krótkiej rozgrzewce zaczynam biec. 

Każdy bieg to nowa przygoda, zwłaszcza jak truchtasz po nieznanych drogach. Możesz wtedy wyobrażać sobie wszystko, kawałek obcego świata, który czai się za kolejnym zakrętem, możesz biegać z muzyką lub wsłuchiwać się w odgłosy wiatru, możesz zaglądać w siebie lub obserwować zmieniający się krajobraz, możesz myśleć o czymkolwiek chcesz i jeśli możesz 
to poczujesz się wolnym. Bieganie to taki manifest wolności do chwili, kiedy mało co nie wybijesz zębów, jak pod nogi wybiegnie ci pies czy dzieciak, albo usłyszysz komentarze w stylu: „co tak wolno” albo „co tak długo”, natrafisz na przydrożnych pijaczków albo będziesz zmuszony uciekać przed podejrzanie wyglądającym lub natrętnie dotrzymującym ci towarzystwa typem, nie mówiąc już o spuszczonych ze smyczy wiejskich burkach. Wolność trwa do chwili, w której oddychasz regularnie i nie musisz przystawać aby uspokoić wysokiego tętna, do czasu gdy nie złapie cię kolka, tudzież skurcz albo nie nadwyrężysz mięśnia, o którego istnieniu nie miałeś pojęcia. Wolność przestaje być wolnością do pierwszego pytania – które miejsce zająłeś w tym biegu?, albo – po co się tak męczysz?, albo – biegać w taką pogodę??? A endorfinowy szał ulatuje szybko, kiedy wpadasz do domu z medalem w ręku a dzieci od progu wołają – Mamo jesteśmy głodni. Ciskasz medal do kolekcji, razem z innymi i z półmaratończyka stajesz się zwykłym, banalnym, powszednim człowiekiem w nadchodzącym (zgodnie z teorią M. Kundery) wieku starczym. Bo w Kunderowych powieściach 30 latki to kobiety, które wypadają z obiegu – ciekawe czy pomyślał wtedy o tym, że w bieganiu długodystansowym to najlepszy czas na bicie rekordów. A i ponoć po trzydziestce właśnie osiągamy kwintesencję kobiecości. 

Biegam tylko/aż 6 miesięcy. Tak krótko, żeby mówić o miłości i nienawiści. A jednak tyle wystarczy aby bieganie namieszało w głowie. Podobnie jest z miłością. Pół roku to nazbyt dużo aby się 
zauroczyć i otrząsnąć. I mi też ta biegowa miłość namieszała we łbie, poprzestawiało klepki i ukierunkowała na bycie lepszym za wszelką – jakże wysoką momentami cenę. Po 6 miesiącach 
biegania, 31 sierpnia br. stanęłam bowiem na starcie swojego pierwszego półmaratonu. 

Półmaraton to jeszcze żaden wyczyn – ale bez gruntownego przygotowania nie będziesz w stanie przebiec ciągiem 21 km, chyba że masz ku temu specjalne predyspozycje, uprawiasz inne sporty wydolnościowe i masz mocne nogi i charakter. 
Ja byłam przygotowana – robiłam długie wybiegania (do 17 km) i co drugi wieczór ćwiczyłam ogólnorozwojowo. Fizycznie – całkiem dobrze. Nie, żeby biec na wynik, ale żeby biec i dobiec. 
Na początku nie mówi się o tym, że w bieganiu nie liczy się tylko mocne ciało ale mocna głowa, która będzie nas prowadzić jak nogi zaczną zawodzić. Mnie głowa zawiodła, bo w dzień startowy dostałam okropnej, obezwładniającej migreny. Wściekły ból, który sprawił, że pierwszy półmaraton wspominam jak okruch czegoś, co działo się poza mną. Bo migrena taka już jest. 
Ale byłam zwycięzcą! Tym gorzej, że dobiegłam w zakładanym czasie i nie zatrzymałam się - choć całe 2 godziny umierałam fizycznie i mentalnie. Taki wynik daje ci złudne poczucie, że teraz to już możesz wszystko. I dlatego chyba miłość się kończy – bo przecież pewność niepewną jest.

Bieg z bólem jednak zrobił swoje. Zafundował mi dwa tygodnie przerwy, w której po raz pierwszy po 6 miesiącach wyszłam biegać bez zegarka, bez presji, bez telefonu, bez natychmiastowej publikacji zdjęć na stronie, zwyczajnie, naturalnie – bez szamotania się aby dobiec w danym zakresie. 

Kiedy zrzucasz z siebie brzemię przynależności do czegoś lub kogoś, wtedy tak naprawdę masz prawo mówić o byciu wolnym. Wolność w najczystszej formie, cyber-kosmiczna, tkliwa, namacalna pod skórą. 

Jestem na drodze do doskonałej wersji siebie. Jestem na drodze – mojej, ciągle szukam i celebruje zaprzeszłe historie, które wydarzyły się właśnie mnie. Jestem im wdzięczna za wszystkich 
napotkanych ludzi (którzy kształtowali moje poglądy na życie i miłość), jestem im wdzięczna za wszystkie tajemnice egzystencji, zwłaszcza te poznane zupełnym przypadkiem. 

Od jutra znowu przejdę na zbilansowaną dietę - odstawię cukier i wrócę do owsianki, nie będę używać masła i podjadać między posiłkami, wieczorem zrobię ABS, plank i pompki (koniecznie 
męskie), napiszę post i wyślę go w eter. A potem zaśmieje się w duchu – tak jak śmieje się człowiek, który odnalazł prawdę absolutną. Klucz do zachowania właściwych proporcji. Za rok przebiegnę maraton – nie zapominając przy tym, że tak naprawdę liczy drugi etap miłości i że już niczego nie muszę.

*tekst został napisany we wrześniu - zaraz po półmaratonie, obecnie przygotowuję się do Runmegeddon Hardcore :P







Share on Google Plus

9 komentarzy:

  1. :), chyba czasem jesteś zbyt krytyczna dla siebie, czasem łatwo popaść w spiralę "fit", która narzuca nam sztywne reguły, a przecież jesteśmy ludźmi, którzy żyjąc w wolnym, wyzwolonym kraju strasznie bronią się przed takimi regułami. Ważna jest równowaga w życiu, żeby osiągnąć szczęście, które niestety nie jest wartością daną raz, trzeba wciąż za nim podąrzać. Obserwuję Cię ostatnio i czuję, że jesteś na szcześliwej drodze :) że znalazłaś to co aktualnie daje Ci wielką radość, ciesz się tym, bez żadnego ale!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Problem tkwi w tym, że mi wiele rzeczy sprawia radość a ciągle szukam czegoś nowego :) W każdym razie kocham dwie rzeczy - sport i pisanie - i to jest oczywistość :)

      Usuń
  2. Świetny wpis. Ja nigdy nie mogę się zmobilizować do regularnego biegania, ale bardzo fajnie czyta się, że komuś sprawia to tyle radości :)
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do bieganie jest zmobilizować się najłatwiej - nie ma innej dyscypliny, która wymaga tak mało wysiłku z Twojej strony. Polecam! :)

      Usuń
  3. Bardzo fajne!!!!!

    OdpowiedzUsuń
  4. selfie z owsianką :) rozśmieszyłaś mnie bardzo:) znam to:) sport kocham - przez małe i duże S :)
    fajny wpis, widać, że masz zdrowe podejście do całego fit zamieszania :) grunt to równowaga, mam wrażenie, że po 30 o nią łatwiej, bo niektóre fitbloggerki są trochę... przerażające w swoim fanatyzmie :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Człowiek się uczy całe życie, siebie i wszystkiego naokoło ;-) Grunt to w siebie wierzyć i absolutnie niczego nie robić na siłę, albo dlatego, że inni patrzą. Wtedy jest najpiękniej ;-)

    OdpowiedzUsuń