Filozofie z długiego wybiegania

Za każdym szaleństwem kryje się zwykle drugie dno. Jakieś niespełnienie, tęsknota, pustka do wypełnienia, nierozładowane zasoby energii, stres w życiu codziennym, problem, choroba, smutek, nostalgia, bezradność. Często jest tak, że sport staje się rekompensatą i sposobem na załatanie wolnego czasu w schemacie dnia codziennego. Nie bez powodu ludzie ćwiczą 7 dni w tygodniu a trening staje się rutyną dnia powszedniego - mówimy to nasza pasja, odrywając się od codziennych obowiązków aby wreszcie sam na sam, lub w doborowym towarzystwie pokonać kolejne naście kilometrów czy wycisnąć naście kilogramów na siłowni.



Ja zaraz wtedy myślę o filozofii złotego środka. Myślę o tym, kiedy biegnę dłużej niż 10 km - te moje naście, o tym drugim dnie, o tym jak żyć w odpowiednich proporcjach i skutecznie zarządzać własnym czasem...



Kiedy pasja z półśrodka staje się kwestią kluczową, priori - przed innymi, ważnymi sprawami, łatwo jest dokonać niewłaściwej kalkulacji i te proporcje zachwiać, łatwo też przewartościować całe swoje życie, w imię miłości do aktywności ruchowej. 

Sport rozładowuje wszystkie namiętności i w rezultacie nie potrzebujemy potem tylu innych bodźców - łapię się na tym, że intensywny trening wycisza mnie ze wszelkich psychicznych i fizycznych napięć, złota tabletka na dobre samopoczucie, depresję, bezradność, samotność, problem, dobry sen. Choć podobnie jak w przypadku przedawkowania innych używek - nadmiar i przeciążenie grozi stanem osłabienia psycho-ficznego, pojawia się brak sensu, zmęczenie i bezsenność.



Jedno jest pewne - w biegu po raz pierwszy w życiu doznałam swoistego oświecenia - to taki stan, kiedy zdobywasz tajemną prawdę o sobie i swoim miejscu w hierarchii świata, to taka chwila, kiedy wiesz, że NIE ISTNIEJĄ RZECZY, LUDZIE, MIEJSCA, CZAS i OKOLICZNOŚCI, które w sposób bezpośredni mogą wyznaczać nam poziom odczuwanego szczęścia. Dopiero gdy zrozumiesz, że najważniejsze to żyć w zgodzie ze sobą i dostrzegać drobnostki w codziennych zawirowaniach, wtedy masz szansę uwolnić się od wiecznego przekonania, że szczęście gwarantuje nam status posiadania czegoś lub kogoś. Przez większość mojego życia, pełnię czułam dopiero w przypadku buzującej we krwi adrenaliny - w stanach ekscytacji, miłości, zakochania, swoje zadowolenie warunkowałam posiadaniem kogoś, kto w sposób bezpośredni wpływał na to, kim byłam i kim się stałam, zapominając przy tym, że dawać i brać można dopiero, jak pokocha się samego siebie. Pokocha kompletnie - z całym inwentarzem nawyków czy ułomności ciała i ducha.

Im dłuższe wybieganie, tym dłuższa rozmowa ze sobą. Być może po trochu próbuję bieganiem zrekompensować sobie pewne luki i braki w życiu - ale uciekając czy goniąc za czymś - nadal mam możliwość obcować sama ze sobą. Im dłużej jestem sama, tym mocniej zatapiam się do wnętrza, pojmuję nagle sprawy, które wcześniej wydawały się zbyt trudne i nazbyt zawiłe. To takie uczucie, kiedy biegniesz przez dłuższy czas i odczuwasz realne zmęczenie i brak siły, aż przychodzi moment, gdy przekraczasz granicę i nagle nogi niosą Cię same - to zupełnie jak przełamywanie bariery snu.



Bilans zysków i strat mówi, że sport to zdrowe uzależnienie. Jednak co dzieje się wówczas, gdy "zdrowe" przemienia się w "obsesyjne", co jest następstwem obsesji, która pcha nas do nieustannego bycia lepszym, szybszym, silniejszym czy bardziej medialnym? W dzisiejszych czasach walczymy bowiem nie tylko o bycie sprawniejszym, zdrowszym, czy doskonalszym - walka trwa o stopień medialnej rozpoznawalności, ilość polubień (dotyczy to w szczególności osób, które postanowiły dzielić się swoją pasją w formie medialnego ekshibicjonizmu - ale nie tylko - wiele osób startuje w masowych biegach raz do roku, dla tej wyjątkowej fotki na Facebook).

Trzeba być nad wyraz silnym i mądrym, żeby pasja nie przysłoniła nam prawdziwego świata, w którym żyjemy. Niezwykle elastycznym aby godzić codzienny schemat z często - solidnym treningiem ciała. Odpornym aby zachować proporcję między pracą, pasją, dziećmi, innymi obowiązkami a snem w odpowiedniej ilości, odpoczynkiem, który jest konieczny dla dobrego funkcjonowania mózgu i ciała.

Zagłębiając się we wszystkie aspekty życia i jego ulotności - ostatecznie zwykle dochodzę do jednego wniosku - niezależnie od motywów, które nas pchają do uprawiania sportów, czy zupełnie innych stacjonarnych pasji - to najgorszym nieszczęściem człowieka jest nie mieć żadnej, osobistej ścieżki, na której czuje się spełniony i szczęśliwy.



Nie istnieje permanentne szczęście i bezwzględne zadowolenie - życie jest sumą zmiennych nastrojów i ewaluujących po sobie stanów, które wpływają na to, jak danej chwili możemy się czuć. Wiele z tych przekonań znajduje się w naszej głowie. To od nas zależy jak spoglądamy na świat i ile pozytywów potrafimy dostrzec - w nawet najbardziej trudnych okolicznościach.

Więc jak to jest? Lepiej mieć pasję i obsesyjnie przedkładać ją przed wszystko czy nie mieć nic i z każdym rokiem stawać się coraz bardziej zgorzkniałym i smutnym? A może wystarczy złapać odrobinę dystansu aby uprawiane czynności były idealnym dopełnieniem życia...

Jakkolwiek - każdy sam musi odpowiedzieć sobie na to pytanie. Każdy ma swoją filozofię z "długiego wybiegania" albo pożądaną pustkę w głowie, z buzującym w środku endorfinowym szałem.

Share on Google Plus

5 komentarzy:

  1. kurcze dziewczyno! ale to pięknie napisałaś... filozofia złotego środka... to jest to samo co ja juz od dluzszego czasu wyznaje w zyciu :) tak jak i ty ttrening traktuje po to aby chwile pobyc ze soba...pieknie jest moc siebie poznawac, ogladac swoje wszystkie emocje z boku, probowac je nazywac i ... akceptowac :) ciesze sie ze coraz wiecej ludzi widzi potrzebe ruchu. nie TYLKo dlatego aby uatrakcyjnic swoje cialo, zeby schudnac czy aby zylo sie zdrowiej...ciesze sie ze sa ludzie, ktorzy widza podwojne dno treningu. dozenie do perfekcji nie tylko fizycznej ale i duchowej :) kochana brawo :) JESTEM POD WRAZENIEM :) ściskam. ps. u mnie tez nowosci. stworzylam nowy trening outdoor, upieklam pyszne ciasteczka orkiszowe (jest przepis na nie) no i .... zostalam ambasadorką VICHY idealia !! ale jaja - wpadnij :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Obserwuje Cię i podziwiam! Masz MOC i widzę jak bardzo sportem się bawisz :) Cieszę się, że masz możliwość pasjonować się nim w większym wymiarze - wykorzystaj to! Gratulację ambasadorko :P

      Usuń