Niedzielne wybieganie z dreszczykiem!

Przed długim, niedzielnym wybieganiem postanowiłam zadać sobie bardzo ważne pytanie, które miało zadecydować o mojej dalszej „drodze” biegowej. Zgodnie z planem treningowym, który mocno odbiegał od mądrych publikacji zamieszczanych na portalach biegowych – miałam przebiec niedzielne 12 kilometrów. To miał być pierwszy taki dystans, który pokonam a jednocześnie sprawdzian mojej sprawności i siły ogólnej. Tydzień wcześniej rozpoczęłam przygotowania do Półmaratonu Praskiego. Pierwsze tygodnie zwiększonych kilometrów miały mi uzmysłowić czy jestem gotowa i pomóc w podjęciu ostatecznej decyzji o udziale w półmaratonie. To nie tylko sprawdzian nóg, mięśni, wiązadeł, stawów to egzamin z psychicznej wytrzymałości a nade wszystko z systematycznej pracy w kierunku wymarzonego celu biegowego. Tutaj musiałabym przystanąć – wymarzony cel biegowy brzmi mocno patetycznie. Przecież nigdy nie marzyłam aż tak, żeby dotrzeć do tego momentu – owszem pamiętam jak kiedyś w korporacji podczas zabawy przy okazji "integracji" trzeba było powiedzieć o sobie dwie rzeczy, o których nikt w firmie nie wie – jedna miała być prawdą, druga fałszem. Pozostali mieli odgadnąć co jest prawdą a co prawdą nie jest. Pamiętam, że powiedziałam wtedy, że tańczę flamenco i przebiegłam półmaraton (bo sądziłam, że jak powiem maraton to już wyda się całkiem absurdalne). Jednogłośnie stwierdzono, że tańczę flamenco – co było zgodne z prawdą ale pomyślałam (a wtedy właśnie zaczynałam przygodę z bieganiem), że skoro tak – to ja im jeszcze pokażę. 

 


W przygotowaniach do celu najbardziej frustruje mnie konieczność utrzymania stałego, powtarzalnego ciągu, pewnego rodzaju wyrzeczeń i narzucenia na siebie samodyscypliny, co ma ostatecznie wymuszać na mnie wykonywanie pewnych czynności wg określonego schematu. W bieganiu cenię niesystematyczność, fakt że do biegania wystarczą wyłącznie dobre buty a moje są nie tylko dobre ale i piękne i sam ich widok zobowiązuje mnie do dawania z siebie wszystkiego. W bieganiu doceniam nierozsądek, szaleństwo, wolność – zamiana spontanicznego biegania na rutynowe bieganie zgodnie z określonym planem wprowadziła w moje życie wiele pytań, na które dzisiaj – podczas długiego wybiegania miałam poszukać odpowiedzi. Co prawda parkrun’owy kolega zapowiedział się, że może mi potowarzyszyć na rowerze ale po cichu liczyłam na to, że to spotkanie może przesunie się w czasie – tak abym mogła zastanowić się czy ja właściwie to bieganie kocham. I czy kocham je na tyle mocno, żeby przełamywać barierę odległości i czasu – ryzykując w najlepszym wypadku zwyrodnienie stawów w wieku starczym.

 

Wybiegłam spokojnie – w tempie 6:30, które chciałam utrzymywać podczas długich niedzielnych treningów. Postanowiłam dzisiaj słuchać mniej muzyki, więcej się rozglądać, zajrzeć do wnętrza głowy, zapytać serca. Najpierw minęłam park nad Balatonem, potem knajpkę z której zadzierali w moim kierunku głowy mężczyźni popijający piwo – to już z dwojga złego wolę biegać – pomyślałam. Choć zimne piwo nie jest złe – ale coś za coś – piwo po bieganiu ponoć nie służy.

Powietrze było rześkie, wcześniej popadało, podświadomie liczyłam że zacznie w trakcie i ten deszcz po mnie spłynie, oczyści mnie i moje wątpliwości – zamiast deszczu był lekki wietrzyk i kurtka przewiązana w pasie, które przez cały trening dyndała i przypominała o sobie. Tak jakby chciała dać sygnał – i Ty szukasz nierozsądku, skoro w upalny dzień zabierasz kurtkę na wypadek deszczu?! I gdzie to całe szaleństwo. A ja wcześniej dokonałam dogłębnej analizy czy lepiej zmoknąć i czy jak zmoknę na starcie to nie zmarznę potem, bo przecież te 12 kilometrów to dla mnie nie przelewki.


Wybiegłam w ulicę Fieldorfa w stronę mostu Siekierkowskiego – założenie było biec dalej wałem – co prawda było już grubo po 20:00 i miałam świadomość, że gdy będę wracać ściemni się ale nie dywagowałam pod kontem kwestii bezpieczeństwa, poza tym Marcin może dojedzie na tym rowerze a jeśli nie to przecież wykorzystam ten czas aby pomyśleć...



Na pierwszym kilometrze słuchałam głośno muzyki, nie zauważyłam jak obok mnie znalazła się męska postać na dużym rowerze, którego koloru nie zdołałam spamiętać. Starszy Pan dłuższą chwilę się przyglądał aż wreszcie zapytał:



- Czy Pani ma coś przeciwko, że sobie popatrzę? Ładna, wysportowana sylwetka to i jest na czym oko zawiesić.



- Nie, nie mam nic przeciwko. Odpowiedziałam grzecznie, bo przecież nie wypada być niegrzecznym dla starszych ludzi.



- A czy Pani wie, że ja przebiegłem wiele tych maratonów? A Pani dobrze biegnie, tylko wolno. Żeby przebiec maraton musi Pani lekko biegać codziennie 10 kilometrów.



- Ja biegam od niedawna. Przygotowuję się do półmaratonu. Skwitowałam, starając się nie tracić oddechu na rozmowy – to dopiero drugi kilometr, myślałam.



- A czy Pani wspomaga się odżywkami białkowymi?



- A czy myśli Pan, że na takim etapie amatorskiego biegania są mi potrzebne? Spytałam



- No bo wie Pani odżywki białkowe to dobra rzecz dla wszystkich, którzy uprawiają sport wyczynowo. Sylwetka dobra tylko wie Pani – biegaczki to mają mały biust – to ważne, bo większy przyciąga do ziemi.



Starszy Pan mierzy mnie wzrokiem i ocenia wielkość mojego biustu, po czym dodaje.



- No taki może być. Czy nie ma Pani nic przeciwko temu, że będę Pani towarzyszył? Pani w kierunku mostu?



- Nie, nie mam nic przeciwko. Odpowiadam bezwiednie, choć na 3 kilometrze zaczynam żałować, że zdjęłam te słuchawki.



- A jak Pani ma na imię?



- Magda. Odpowiadam.



- A czy Magdalena wie, że to bieganie jest wyniszczające?



- Bezruch też jest wyniszczający. Odpowiadam elokwentnie.



- Tak racja – liczy się umiar, za dużo sportu może zaszkodzić – podobnie jak jego brak.



- A czy Pan żałuje tych maratonów? Pytam, żeby zgłębić dzisiejszą filozofię biegową.



- Nie, zupełnie nie. Serce mam teraz mocne, jeżdżę na rowerze i pływam, bieganie rzuciłem.



- A czy kochał Pan bieganie? Czy tylko je uprawiał?



- Na początku chciałem się pozbyć nadwagi. Traktowałem je jak narzędzie do zrzucenia nadmiaru kilogramów, potem pokochałem.



- A czy Magdalena biega w jakimś klubie? Niech Magdalena się zapisze do klubu biegacza, to na zawody za granicę Panią wyślą. No dobrze Pani biega, dobrze – ładna sylwetka, odbicie na śródstopiu, sprężysty krok. Ale to bieganie to wyniszcza, nie polecam. Biegałem tylko do 35 roku życia (ha, myślę ja w tym wieku dopiero zacznę biegać maratony!) i nabawiłem się zwyrodnienia stawów. Trzeba brać no ten - 4Flex.



Cały czas biegnę myśląc o prawidłowej postawie – jestem zadowolona, że starszy Pan ocenia mój bieg w takich superlatywach – ładne odbicie, sprężysty krok – to dobrze, ostatecznie cały czas podlegam samokontroli. Podczas analizy biegu dowiedziałam się, że niewłaściwie stawiam stopy, potem przeczytałam, że trzeba biegać na śródstopiu, następnie, że głowa ma być prosto, spojrzenie przed siebie – nie pod, barki opuszczone, ramiona otwarte, ręce luźno ale mają pracować a na koniec Czarodziej z Oz uświadomił mi, że oddychać to powinnam nosem – długi, głęboki wdech co parę kroków i że tylko takie oddychanie jest efektowne. Bieganie więc momentami stało się dla mnie walką z utrwalaniem tych poprawnych schematów – możecie sobie wyobrazić, że kiedy opuszczałam barki, źle pracowały moje ręce, a kiedy myślałam o śródstopiu – barki znowu wędrowały do góry, jak zaczęłam podejmować próby oddychania nosem – koślawiłam znowu stopy. Każda pochwała mojego biegu łechtała moje ego – jak też stało się dzisiaj.



- Jestem za stara na kluby. Odpowiedziałam starszemu Panu, kiedy to z wału musieliśmy przejechać pod mostem Siekierkowskim. Wtedy po raz pierwszy przyjrzałam mu się dokładniej. Wysoki, wysportowany jak na swoje lata, siwy, z krzaczastymi brwiami, w koszyku miał butelkę wody – dawałam mu około 70 lat a mógł mieć znacznie więcej, na dłoniach miał białe, ogrodowe rękawice – i to właśnie one spowodowały, że poczułam dreszcz.



- Za stara – pyta? Nie wygląda Pani.



- A ile mi Pan daje?



- No jeszcze parę lat do trzydziestki.



- Niezupełnie. Już parę lat po.



- A czy Magdalena wie, że bieganie pozwala zachować młodość? Ile mi Pani daje?



- Coś ponad 60 (odpowiadam grzecznie).



- 60 może być – mówi z przekąsem.



- A jak Magdalena ma swojego chłopca to wie co powinna zrobić przed maratonem? Czy Magdalena wie, co robią przed zawodami wszystkie światowe biegaczki? Umawiają się ze swoimi trenerami i wie Pani, no robią to. A wie Pani dlaczego?



Starszy Pan przestawia mi po krótce skład męskiego nasienia – a we mnie kiełkuje absurdalny dylemat – skoro męskie nasienie ma w sobie tyle protein i tak bogaty skład – to co One z nim robią? I jaki jest najlepszy sposób jego wchłaniania :) (oszczędzę resztę przemyśleń aby ochronić czytelników nieletnich).



Na wale zaczyna się ściemniać – ludzi jak na lekarstwo, od czasu do czasu mija nas jakiś biegacz czy rowerzysta a ja wpatruję się w białe rękawiczki starszego Pana i kiełkuje w mojej głowie myśl, że znalazłam się obok seryjnego mordercy, który zaraz zajedzie mi drogę, obezwładni, wykorzysta a potem zamorduje z zimną krwią.



- Mam w domu taką książkę – Poradnik biegacza. Czy Magdalena czytała?



Czuję, że pytanie o książkę to próba zbawienia mnie w Jego sidła – cokolwiek by nie spytał – oczywiście, że czytałam – tę akurat mam.



- Tak, mam ją w domu. Dodaję



- Dobrze Magdalena biegnie – tylko wolno. A ja muszę zdążyć do sklepu przed 22:00 to pozwolę sobie Magdalenę tu zostawić.



(Wolno!? Do 5 kilometra biegnę w tempie 6:00 – pochwalenie mojej techniki biegu dało mi siłę biegową J)



- Czy Magdalena powie mi coś miłego?



- Nie! Mówię nie zastanawiając się ani sekundę. Bo ja wcale nie jestem miła! Mówię stanowczo. (tylko zimna i wyrachowana, dodaje w myślach rozglądając się rozpaczliwie za Marcinem, który miał dojechać na tym rowerze a przecież teraz po ciemku miałam wrócić jeszcze 6 kilometrów sama po wale).



Starszy Pan odjeżdża na 5 kilometrze. Oddycham z ulgą ale boje się założyć słuchawki, widzę z daleka Jego odblaskową kamizelką, która widoczna pozostaje przez kolejny kilometr. Z myślą, że może gdzieś się na mnie zaczai – postanawiam dobiec do 6 kilometra i zawrócić, wtedy zjawił się Marcin. Opowiadam mu o całej historii i cieszę, że nie jestem już sama na moim długim, niedzielnym wybieganiu.



Cały czas gadamy, uciekamy przed komarami, zakres mojego tętna zapewne znacznie przewyższa normy. Na 10 kilometrze słabnę. Energia zaczyna mnie powoli opuszczać, powraca na 12 i z godnością przebiegam jeszcze jeden kilometr. Tym samym pokonuje moje pierwsze w życiu 13 kilometrów ze świadomością, że mogłabym biec dalej. Jestem niemal szczęśliwa a na pewno podekscytowana.



Dochodzi  1:00 – siedzę w kompresji i spisuję historię dzisiejszego biegania. Nie miałam okazji wszystkiego dobrze przemyśleć, nie miałam okazji nawet porządnie się spocić, nie znalazłam odpowiedzi na moje dylematy i nie wiem czy przetrwałam pierwszy tydzień przygotowań pod półmaraton – nie wiem, bo dopiero jutro a w zasadzie dzisiaj dostanę sygnały od moich nóg, mięśni, wiązadeł i ducha.



Rozkosznie zmęczona, z pustą miską po bobie i szklanką wody z cytryną – zamykam komputer i udaje się w senne otchłanie nierealności. Rozwiązania zjawiają się same w najmniej oczekiwanych okolicznościach. Tak jak nieoczekiwania zjawia się miłość – miłość, do rzeczy i ludzi, którzy raz spotkani na naszej drodze zawsze już będą głęboko w naszej głowie. Jeszcze nie wiem czy kocham bieganie. Ale mam zamiar sprawdzić to przy okazji następnego długiego, niedzielnego wybiegania :).

Share on Google Plus

0 komentarze: