DŁUGIE, NIEDZIELNE WYBIEGANIE - 15 KM - BO BIEGANIE TO FORMA PODRÓŻY.

DO PÓŁMARATONU PRASKIEGO ZOSTAŁO DOKŁADNIE 47 DNI. Jeszcze aż tyle albo tak niewiele do przeżycia zupełnie nowego, do sprawdzenia siebie i weryfikacji wszystkich, samodzielnych kroków, które poczyniłam aby stanąć na starcie i dobiec do mety. CEL - gdzie on jest?, po każdym długim wybieganiu zastanawiam się czy celem jest półmaraton, czy przełamywanie granic własnych, a może to ucieczka aby nie stać dłużej na rozstaju - z nadzieją, że wysiłek fizyczny oczyści moją głowę i wniesie nowe idee i koncepcje, natchnie, otworzy, nakieruje na właściwe tory.




CZASEM OBAWIAM SIĘ, że dyscyplina jakiej muszę się poddać aby realizować plan treningowy - przysłania nieco inne priorytety i oddala na bok sprawy, którymi powinnam się zająć w pierwszej kolejności. Całkiem niedawno przeczytałam bardzo trafne spostrzeżenie na temat obsesji w jaką wpaść można - kiedy bieganie staje się dla nas narzędziem do nieustannego bicia rekordów. A każdy kto biega wie - że nie tylko wytrenowanie świadczy o ostatecznym wyniku - owszem - systematyka w bieganiu, siła biegowa i ćwiczenia ogólne mają diametralne znaczenie ale bardzo dużą rolę w startach odgrywa też głowa, aura, stan naszego psyche w tym konkretnym dniu ale może i poziom hormonów, ciśnienie powietrza - cokolwiek w końcu, co może zrujnować nasz plan na bycie lepszym. Nie będziemy za każdym razem robić "życiówki". To jak biegamy dalej?



NA POCZĄTKU JEST ŁATWIEJ - bo możemy zaliczać konkretne dystanse (5,10, 15, półmaraton, maraton, 100? :)) - i zajmie nam to przynajmniej kilkanaście miesięcy. Potem zostaje "tylko" poprawianie wyników, biegi ekstremalne, myśl o triatlonie a na koniec ultra. Koniec. Dla wielu z nas bieganie stało się życiem albo życie zostało mu podporządkowane. Niebezpieczeństwo myślę - kiedy kolejny tydzień moje myśli kręcą się tylko wokół biegu, treningu, a w głowie dokonuję nieustannej analizy biegowej i rozkładam na czynniki pierwsze własne międzyczasy - kalkulując w jakim tempie jestem skłonna przebiec te 21 kilometrów. Istne uzależnienie. A gdzie radość z biegania?

Wczoraj, żeby pobiegać musiałam pokonać 5 km na rowerze, żeby podrzucić Tosia Babci :P

Ciągle poszukuje skutecznych patentów na to, co zrobić z głową Tośka jak usypia mi w rowerowym foteliku :)

Brudni ale "cudni" :)

Nie ma takich gór, których nie można zdobyć...Wystarczy dobry plan treningowy :)


A BIEGANIE TO NIE TYLKO TRENINGI BIEGOWE - ale ćwiczenia ogólne, na które też trzeba poświęcić czas - krótkie programy są zbawienne ale wykonanie kilku - jeden po drugim zajmuje zwykle pół godziny. Dla zdrowia myślę i kładę się do mojego zestawu ABS, kiedy skończę czytać bajki na dobranoc a moje czytanie zastępuje audiobook. Prawda jest taka, że bez tych dodatkowych aktywności nie byłabym w stanie osiągnąć takiej formy - wiem to na pewno - bo 7 lat temu w ogóle nie ćwiczyłam. W ciągu zaledwie 3 miesięcy biegania miałam co najmniej 3 kontuzje a na koniec dość poważne problemy z kręgosłupem. I myślę, że nie jest istotne jaki dystans pokonujesz i w jakim tempie biegasz, czy biegasz rekreacyjnie czy na poważnie - ćwiczenia wzmacniające brzuch, nogi, ręce i plecy a także tzw. core stability (wzmacniają mięśnie głębokie) są moim zdaniem konieczne aby biegać 3-4 razy w tygodniu w sposób bezpieczny.

DLA MNIE ISTOTNE ZNACZENIE ODGRYWA TEŻ KOMPRESJA - i choć panuje takie przekonanie, że mięśnie rozleniwiają się, kiedy nadużywamy skarpet czy opasek kompresyjnych to z mojego krótkiego doświadczenia mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że nogi znacznie szybciej się regenerują i od czasu zakładania kompresji do krótkich czy długich wybiegań - nie odczuwam żadnych dolegliwości bólowych. Pomijam już ryzyko jakie niesie za sobą bieganie po epizodach zakrzepowych - jakie miałam - więc kompresja to dla mnie nie tylko metoda na ochronę przed mikrouszkodzeniami ale ochrona przed uszkodzeniem zastawek, które swoje już parę lat temu przeszły.

MIT, ŻE BIEGANIE NIC NIE KOSZTUJE ZOSTAŁ JUŻ WIELOKROTNIE OBALONY - oprócz środków, które musisz i będziesz przeznaczać na buty, odzież biegową, udział w imprezach, suplementy, odżywki, wyjazdy - poświęcisz bieganiu ogrom swojego czasu i myśli. Nie wierzę w to, że ktoś kto zaczyna brać udział w zawodach z pobudek subiektywnych przestanie to robić. Nic bardziej nie napędza, nie pobudza, nie ładuje energią jak start na określonym dystansie. To jak naturalny haj. Wiesz potem, że wszystko jesteś w stanie osiągnąć.

NIE WIEM CZY TYLKO MNIE DOPADA TAKA MASA WĄTPLIWOŚCI - albo po-startowy marazm, kiedy emocje opadają i trzeba ustanowić nowy kierunek, nowy cel, nowy start albo przewartościować wszystko i wyrzucić garmina aby od tej chwili biegać bez presji, bez kontroli, z naturalnymi, pierwotnymi instynktami.

15 km w tempie ślimaczym - średnia 6:27


WCZORAJ PRZEBIEGŁAM PIERWSZE 15 KILOMETRÓW - myślałam o wolności, o życiu, o marzeniach, o planach, o tym co miałam zrobić wczoraj, o oddychaniu przez nos, o ustawianiu stóp na śródstopiu, o otwartych ramionach, o tym czy wolę jak słońce świeci mi po twarzy czy na plecy, o pozdrowieniach biegowych, o dystansie, który dotychczas pokonywałam tylko rowerem, o tym czy kocham bardziej rower czy bieganie, o zagrożeniach, o ludziach mijanych obok, o muzyce, o tańcu, o chwili, kiedy spotykają się spojrzeniu oczu i uśmiech, o tajemniczości jaka tkwi w niedopowiedzeniu, o tym jak zaczyna się podróż i dokąd może mnie zaprowadzić...


10 komentarze:

Niedzielne wybieganie z dreszczykiem!

Przed długim, niedzielnym wybieganiem postanowiłam zadać sobie bardzo ważne pytanie, które miało zadecydować o mojej dalszej „drodze” biegowej. Zgodnie z planem treningowym, który mocno odbiegał od mądrych publikacji zamieszczanych na portalach biegowych – miałam przebiec niedzielne 12 kilometrów. To miał być pierwszy taki dystans, który pokonam a jednocześnie sprawdzian mojej sprawności i siły ogólnej. Tydzień wcześniej rozpoczęłam przygotowania do Półmaratonu Praskiego. Pierwsze tygodnie zwiększonych kilometrów miały mi uzmysłowić czy jestem gotowa i pomóc w podjęciu ostatecznej decyzji o udziale w półmaratonie. To nie tylko sprawdzian nóg, mięśni, wiązadeł, stawów to egzamin z psychicznej wytrzymałości a nade wszystko z systematycznej pracy w kierunku wymarzonego celu biegowego. Tutaj musiałabym przystanąć – wymarzony cel biegowy brzmi mocno patetycznie. Przecież nigdy nie marzyłam aż tak, żeby dotrzeć do tego momentu – owszem pamiętam jak kiedyś w korporacji podczas zabawy przy okazji "integracji" trzeba było powiedzieć o sobie dwie rzeczy, o których nikt w firmie nie wie – jedna miała być prawdą, druga fałszem. Pozostali mieli odgadnąć co jest prawdą a co prawdą nie jest. Pamiętam, że powiedziałam wtedy, że tańczę flamenco i przebiegłam półmaraton (bo sądziłam, że jak powiem maraton to już wyda się całkiem absurdalne). Jednogłośnie stwierdzono, że tańczę flamenco – co było zgodne z prawdą ale pomyślałam (a wtedy właśnie zaczynałam przygodę z bieganiem), że skoro tak – to ja im jeszcze pokażę. 

 


W przygotowaniach do celu najbardziej frustruje mnie konieczność utrzymania stałego, powtarzalnego ciągu, pewnego rodzaju wyrzeczeń i narzucenia na siebie samodyscypliny, co ma ostatecznie wymuszać na mnie wykonywanie pewnych czynności wg określonego schematu. W bieganiu cenię niesystematyczność, fakt że do biegania wystarczą wyłącznie dobre buty a moje są nie tylko dobre ale i piękne i sam ich widok zobowiązuje mnie do dawania z siebie wszystkiego. W bieganiu doceniam nierozsądek, szaleństwo, wolność – zamiana spontanicznego biegania na rutynowe bieganie zgodnie z określonym planem wprowadziła w moje życie wiele pytań, na które dzisiaj – podczas długiego wybiegania miałam poszukać odpowiedzi. Co prawda parkrun’owy kolega zapowiedział się, że może mi potowarzyszyć na rowerze ale po cichu liczyłam na to, że to spotkanie może przesunie się w czasie – tak abym mogła zastanowić się czy ja właściwie to bieganie kocham. I czy kocham je na tyle mocno, żeby przełamywać barierę odległości i czasu – ryzykując w najlepszym wypadku zwyrodnienie stawów w wieku starczym.

 

Wybiegłam spokojnie – w tempie 6:30, które chciałam utrzymywać podczas długich niedzielnych treningów. Postanowiłam dzisiaj słuchać mniej muzyki, więcej się rozglądać, zajrzeć do wnętrza głowy, zapytać serca. Najpierw minęłam park nad Balatonem, potem knajpkę z której zadzierali w moim kierunku głowy mężczyźni popijający piwo – to już z dwojga złego wolę biegać – pomyślałam. Choć zimne piwo nie jest złe – ale coś za coś – piwo po bieganiu ponoć nie służy.

Powietrze było rześkie, wcześniej popadało, podświadomie liczyłam że zacznie w trakcie i ten deszcz po mnie spłynie, oczyści mnie i moje wątpliwości – zamiast deszczu był lekki wietrzyk i kurtka przewiązana w pasie, które przez cały trening dyndała i przypominała o sobie. Tak jakby chciała dać sygnał – i Ty szukasz nierozsądku, skoro w upalny dzień zabierasz kurtkę na wypadek deszczu?! I gdzie to całe szaleństwo. A ja wcześniej dokonałam dogłębnej analizy czy lepiej zmoknąć i czy jak zmoknę na starcie to nie zmarznę potem, bo przecież te 12 kilometrów to dla mnie nie przelewki.


Wybiegłam w ulicę Fieldorfa w stronę mostu Siekierkowskiego – założenie było biec dalej wałem – co prawda było już grubo po 20:00 i miałam świadomość, że gdy będę wracać ściemni się ale nie dywagowałam pod kontem kwestii bezpieczeństwa, poza tym Marcin może dojedzie na tym rowerze a jeśli nie to przecież wykorzystam ten czas aby pomyśleć...



Na pierwszym kilometrze słuchałam głośno muzyki, nie zauważyłam jak obok mnie znalazła się męska postać na dużym rowerze, którego koloru nie zdołałam spamiętać. Starszy Pan dłuższą chwilę się przyglądał aż wreszcie zapytał:



- Czy Pani ma coś przeciwko, że sobie popatrzę? Ładna, wysportowana sylwetka to i jest na czym oko zawiesić.



- Nie, nie mam nic przeciwko. Odpowiedziałam grzecznie, bo przecież nie wypada być niegrzecznym dla starszych ludzi.



- A czy Pani wie, że ja przebiegłem wiele tych maratonów? A Pani dobrze biegnie, tylko wolno. Żeby przebiec maraton musi Pani lekko biegać codziennie 10 kilometrów.



- Ja biegam od niedawna. Przygotowuję się do półmaratonu. Skwitowałam, starając się nie tracić oddechu na rozmowy – to dopiero drugi kilometr, myślałam.



- A czy Pani wspomaga się odżywkami białkowymi?



- A czy myśli Pan, że na takim etapie amatorskiego biegania są mi potrzebne? Spytałam



- No bo wie Pani odżywki białkowe to dobra rzecz dla wszystkich, którzy uprawiają sport wyczynowo. Sylwetka dobra tylko wie Pani – biegaczki to mają mały biust – to ważne, bo większy przyciąga do ziemi.



Starszy Pan mierzy mnie wzrokiem i ocenia wielkość mojego biustu, po czym dodaje.



- No taki może być. Czy nie ma Pani nic przeciwko temu, że będę Pani towarzyszył? Pani w kierunku mostu?



- Nie, nie mam nic przeciwko. Odpowiadam bezwiednie, choć na 3 kilometrze zaczynam żałować, że zdjęłam te słuchawki.



- A jak Pani ma na imię?



- Magda. Odpowiadam.



- A czy Magdalena wie, że to bieganie jest wyniszczające?



- Bezruch też jest wyniszczający. Odpowiadam elokwentnie.



- Tak racja – liczy się umiar, za dużo sportu może zaszkodzić – podobnie jak jego brak.



- A czy Pan żałuje tych maratonów? Pytam, żeby zgłębić dzisiejszą filozofię biegową.



- Nie, zupełnie nie. Serce mam teraz mocne, jeżdżę na rowerze i pływam, bieganie rzuciłem.



- A czy kochał Pan bieganie? Czy tylko je uprawiał?



- Na początku chciałem się pozbyć nadwagi. Traktowałem je jak narzędzie do zrzucenia nadmiaru kilogramów, potem pokochałem.



- A czy Magdalena biega w jakimś klubie? Niech Magdalena się zapisze do klubu biegacza, to na zawody za granicę Panią wyślą. No dobrze Pani biega, dobrze – ładna sylwetka, odbicie na śródstopiu, sprężysty krok. Ale to bieganie to wyniszcza, nie polecam. Biegałem tylko do 35 roku życia (ha, myślę ja w tym wieku dopiero zacznę biegać maratony!) i nabawiłem się zwyrodnienia stawów. Trzeba brać no ten - 4Flex.



Cały czas biegnę myśląc o prawidłowej postawie – jestem zadowolona, że starszy Pan ocenia mój bieg w takich superlatywach – ładne odbicie, sprężysty krok – to dobrze, ostatecznie cały czas podlegam samokontroli. Podczas analizy biegu dowiedziałam się, że niewłaściwie stawiam stopy, potem przeczytałam, że trzeba biegać na śródstopiu, następnie, że głowa ma być prosto, spojrzenie przed siebie – nie pod, barki opuszczone, ramiona otwarte, ręce luźno ale mają pracować a na koniec Czarodziej z Oz uświadomił mi, że oddychać to powinnam nosem – długi, głęboki wdech co parę kroków i że tylko takie oddychanie jest efektowne. Bieganie więc momentami stało się dla mnie walką z utrwalaniem tych poprawnych schematów – możecie sobie wyobrazić, że kiedy opuszczałam barki, źle pracowały moje ręce, a kiedy myślałam o śródstopiu – barki znowu wędrowały do góry, jak zaczęłam podejmować próby oddychania nosem – koślawiłam znowu stopy. Każda pochwała mojego biegu łechtała moje ego – jak też stało się dzisiaj.



- Jestem za stara na kluby. Odpowiedziałam starszemu Panu, kiedy to z wału musieliśmy przejechać pod mostem Siekierkowskim. Wtedy po raz pierwszy przyjrzałam mu się dokładniej. Wysoki, wysportowany jak na swoje lata, siwy, z krzaczastymi brwiami, w koszyku miał butelkę wody – dawałam mu około 70 lat a mógł mieć znacznie więcej, na dłoniach miał białe, ogrodowe rękawice – i to właśnie one spowodowały, że poczułam dreszcz.



- Za stara – pyta? Nie wygląda Pani.



- A ile mi Pan daje?



- No jeszcze parę lat do trzydziestki.



- Niezupełnie. Już parę lat po.



- A czy Magdalena wie, że bieganie pozwala zachować młodość? Ile mi Pani daje?



- Coś ponad 60 (odpowiadam grzecznie).



- 60 może być – mówi z przekąsem.



- A jak Magdalena ma swojego chłopca to wie co powinna zrobić przed maratonem? Czy Magdalena wie, co robią przed zawodami wszystkie światowe biegaczki? Umawiają się ze swoimi trenerami i wie Pani, no robią to. A wie Pani dlaczego?



Starszy Pan przestawia mi po krótce skład męskiego nasienia – a we mnie kiełkuje absurdalny dylemat – skoro męskie nasienie ma w sobie tyle protein i tak bogaty skład – to co One z nim robią? I jaki jest najlepszy sposób jego wchłaniania :) (oszczędzę resztę przemyśleń aby ochronić czytelników nieletnich).



Na wale zaczyna się ściemniać – ludzi jak na lekarstwo, od czasu do czasu mija nas jakiś biegacz czy rowerzysta a ja wpatruję się w białe rękawiczki starszego Pana i kiełkuje w mojej głowie myśl, że znalazłam się obok seryjnego mordercy, który zaraz zajedzie mi drogę, obezwładni, wykorzysta a potem zamorduje z zimną krwią.



- Mam w domu taką książkę – Poradnik biegacza. Czy Magdalena czytała?



Czuję, że pytanie o książkę to próba zbawienia mnie w Jego sidła – cokolwiek by nie spytał – oczywiście, że czytałam – tę akurat mam.



- Tak, mam ją w domu. Dodaję



- Dobrze Magdalena biegnie – tylko wolno. A ja muszę zdążyć do sklepu przed 22:00 to pozwolę sobie Magdalenę tu zostawić.



(Wolno!? Do 5 kilometra biegnę w tempie 6:00 – pochwalenie mojej techniki biegu dało mi siłę biegową J)



- Czy Magdalena powie mi coś miłego?



- Nie! Mówię nie zastanawiając się ani sekundę. Bo ja wcale nie jestem miła! Mówię stanowczo. (tylko zimna i wyrachowana, dodaje w myślach rozglądając się rozpaczliwie za Marcinem, który miał dojechać na tym rowerze a przecież teraz po ciemku miałam wrócić jeszcze 6 kilometrów sama po wale).



Starszy Pan odjeżdża na 5 kilometrze. Oddycham z ulgą ale boje się założyć słuchawki, widzę z daleka Jego odblaskową kamizelką, która widoczna pozostaje przez kolejny kilometr. Z myślą, że może gdzieś się na mnie zaczai – postanawiam dobiec do 6 kilometra i zawrócić, wtedy zjawił się Marcin. Opowiadam mu o całej historii i cieszę, że nie jestem już sama na moim długim, niedzielnym wybieganiu.



Cały czas gadamy, uciekamy przed komarami, zakres mojego tętna zapewne znacznie przewyższa normy. Na 10 kilometrze słabnę. Energia zaczyna mnie powoli opuszczać, powraca na 12 i z godnością przebiegam jeszcze jeden kilometr. Tym samym pokonuje moje pierwsze w życiu 13 kilometrów ze świadomością, że mogłabym biec dalej. Jestem niemal szczęśliwa a na pewno podekscytowana.



Dochodzi  1:00 – siedzę w kompresji i spisuję historię dzisiejszego biegania. Nie miałam okazji wszystkiego dobrze przemyśleć, nie miałam okazji nawet porządnie się spocić, nie znalazłam odpowiedzi na moje dylematy i nie wiem czy przetrwałam pierwszy tydzień przygotowań pod półmaraton – nie wiem, bo dopiero jutro a w zasadzie dzisiaj dostanę sygnały od moich nóg, mięśni, wiązadeł i ducha.



Rozkosznie zmęczona, z pustą miską po bobie i szklanką wody z cytryną – zamykam komputer i udaje się w senne otchłanie nierealności. Rozwiązania zjawiają się same w najmniej oczekiwanych okolicznościach. Tak jak nieoczekiwania zjawia się miłość – miłość, do rzeczy i ludzi, którzy raz spotkani na naszej drodze zawsze już będą głęboko w naszej głowie. Jeszcze nie wiem czy kocham bieganie. Ale mam zamiar sprawdzić to przy okazji następnego długiego, niedzielnego wybiegania :).

0 komentarze:

Samsung Irena Women's Run - urodzinowe 5 km

29 CZERWCA 2014 r ODBYŁA SIĘ 5 EDYCJA BIEGU NA 5 KM POD PATRONATEM IRENY SZEWIŃSKIEJ - Samsung Irena Women's Run :)

 

Po podbiegu :)


29 czerwca jest dla mnie datą szczególną - 33 lata temu tego dnia właśnie było mi dane przyjść na świat. W czasie pobytu w Beskidach postanowiłam sobie, że każde kolejne urodziny chciałabym powitać w górach lub podczas biegu - tak, żeby zapoczątkować cykl starzenia się z godnością :) I choć z nostalgią patrzę teraz na zdjęcia z Hunt Run - biegu z przeszkodami, który w tym samym dniu odbył się w Bałtowie - to urodzinowy dzień zaliczam do bardzo udanych. Ostatecznie za rok na 100% odwiedzę miasteczko, do którego wiele lat temu jechałam z moim synem podczas ekstremalnej, rowerowej wycieczki. Bałtów jest bardzo przyjemnym miejscem. A biegi z przeszkodami i całe to taplanie się w błocie - odzwierciedla tylko moją naturę. 

 

Tańce pod sceną.


Samsung Irena Women's Run to impreza skierowana wyłącznie dla kobiet - dla małych, dużych, chudych i przy kości, dla tych co biegają i dla tych, które planują zacząć - dla Wszystkich. Atmosfera biegu zdecydowanie sprzyja do pierwszych startów. Było sprawnie, sympatycznie, wesoło, była kawa, tańce i mocne wsparcie mężczyzn, którzy dopingowali a tym razem nie biegli. 

 

z Adamem poznaliśmy się na Parkrun w Skaryszewku - dostałam przepiękną bransoletkę - i zrobił ją sam! Uznanie!


 

Urodzinowy bieg nie mógł odbyć się bez drobnych wpadek - więc najpierw spektakularnie wylałam na siebie kawę - tu pochwała technicznej koszulki, z której plama zeszła po oblaniu ją wodą (de facto był to jedyny płyn, którego mi potem szalenie brakowało przed startem - czyli po pół godzinnej rozgrzewce a chłopakami) a potem przez całą rozgrzewkę pod sceną tańczyłam w kałuży - w rezultacie czego moje piękne buty wyglądały rozpaczliwie. Przy czym sama rozgrzewka była tak fantastyczna, że nawet nie zauważyłam jak z saszetki wypadł mi dowód, kasa i inne drobiazgi, które sobie wesoło w błocie leżały na bieżni - tu podziękowania dla kobietki, która delikatnie wyrwała mnie z transu tanecznego i uświadomiła, że depczę po mojej karcie bankowej :). 

 



Ach jak ja kocham wszelkiego rodzaju taniec! Moje buty i kałuża :P


Potem było już tylko lepiej - tuż przed startem spotkałam Czarodzieja z Oz (jakkolwiek absurdalnie to nie brzmi) :), który zrobił mi bardzo sympatyczne zdjęcie w tłumie. Oczywiście przegapiłam linię startu i garmina uruchomiłam dużo później - co miało swoje pozytywne aspekty - ponieważ jeszcze nigdy nie udało mi się go wyłączyć od razu po przekroczeniu linii mety - tym razem też nie.

 

 

Sam bieg odbył się w zasadzie zaraz po burzy. Wydawałoby się, że powietrze będzie rześkie a było parne. Parowałam przed startem a jeszcze bardziej na podbiegu Belwederską. Choć zdjęcia wykonane zaraz "po" podbiegu szokują mnie do teraz. Wyglądam zupełnie świeżo i dobrze :).

 

Choć bieg przewidywał liczne atrakcje - tj na każdym kilometrze grały zespoły, które dodawały mocy - ja byłam pochłonięta muzyką ze słuchawek i tylko to trzymało mnie przy życiu. Nie wiem jak wy - ale ja w sytuacjach niemocy powtarzam sobie ciągle - nie możesz się zatrzymać - możesz zwolnić ale nie stanąć. Jakikolwiek postój w biegu - ma na mnie działanie dezorganizujące. Staram się więc regulować zmęczenie tempem biegu a nie postojami. To pozwala mi przełamywać momenty zmęczenia bez wybijania się z rytmu. Poza tym wiele do siebie mówię podczas startów - że dam radę, że nie mogę się poddać, że mam w sobie moc :) - taka tam mantra ku pokrzepieniu...

 

Bieg pokonałam w czasie 27:42 czyli ustanowiłam nową życiówkę na 5 km :)

 

 

 

 

Coś jeszcze muszę dodać - w piątek pofolgowałam sobie z trunkami - wiadomo - trzeba było oblać te urodziny - przy moim ostatnio zdrowym trybie życia - 2 wieczory przy winie (piątek i niedziela po biegu) - pozbawiły mnie całkowicie mocy - jeszcze do wtorku odczuwałam zgubne skutki picia wina po biegu (w poniedziałek byłam kompletnie nie do życia). Parę dni temu wpadł mi w ręce artykuł na temat picia piwa po bieganiu i generalnie wpływu alkoholu na systematyczne treningi - jak się możecie domyślać jak przygotowujemy się na wynik to zdecydowanie należy zrezygnować z picia - nie mówię o lampce wina, czy jednym piwie ale o wieczorkach towarzyskich, które mogą zaburzyć cały misternie budowany plan. A w mojej głowie - na kacu, w poniedziałek powstała myśl, żeby pokonać półmaraton Praski. I tym samym wybieram się dzisiaj na 2 trening skoncentrowany na półmaraton. Postanowiłam dać sobie czas do końca lipca - o ile nic nie zaburzy mojego planu i jeśli nogi podołają z większym kilometrażem to 31 sierpnia pokonam nowy biegowy dystans w moim życiu. 

 

W każdym działaniu, które skoncentrowane jest na jakiś wynik - liczy się konsekwencja, zawziętość, pokonywanie subiektywnych - mnożących się przeciwności, upartość w dążeniach ale również pokora wobec rzeczy, na które nie mamy wpływu. Trzeba być nade wszystko cierpliwym i elastycznym i mieć jakieś alternatywne rozwiązania jeśli planu nie będziemy mogli realizować z przyczyn obiektywnych. Postanowiłam podjąć wyzwanie - co dla mnie jest ogromną próbą charakteru - nie umiem zbyt długo biegać wg planu a tylko plan i systematyczność pozwoli mi ukończyć półmaraton. Boje się trochę, że moje nogi nie wytrzymają, że odezwą się jakieś problemy krążeniowe, że jestem za słaba, zbyt miękka, że się poddam w trakcie, że stanę i nie będę mogła ruszyć, że moja psychika jest zbyt słaba na tego typu przedsięwzięcia. 

 


Ale mimo wszystko spróbuje - spróbuję dlatego, bo Ci którzy się poddają nigdy nie mają szansy zwyciężyć.

8 komentarze: