10 km "AVON kontra przemoc - biegnij w Garwolinie"

15 CZERWCA 2014 NA ZAWSZE ZAPISZE SIĘ W MOIM KALENDARZU BIEGOWYM. DLACZEGO? BO WŁAŚNIE WTEDY PO RAZ PIERWSZY POKONAŁAM DYSTANS 10 KM - PODCZAS BIEGU "AVON KONTRA PRZEMOC - BIEGNIJ W GARWOLINIE".

Jechałam na start pewna wątpliwości i niewiary we własne siły, z pełną gamą dolegliwości żołądkowych i symptomów stresu, które dawały o sobie znać bardziej jak GPS pokazywał 10 minut do Garwolina.  Znałam cały proces przygotowawczy i wiedziałam, że moje treningi stały się ostatnio zbyt jednostajne - co przekładało się na siłę biegową i szybkość. Od pewnego czasu moje wyniki na 5 km oscylowały powyżej 30 minut - mimo iż był w maju taki dzień, kiedy wyszłam na trening i przeleciałam piątkę w 26 minut. Daleko mi jeszcze do odpowiedniej sprawności - myślałam - daleko mi, żeby przebiec dychę poniżej godziny, znam ludzi którzy przez 4 miesiące przygotowali się do maratonu. Ale mnie plany treningowe nudzą, całe te bieganie w zakresach tętna, skrupulatne wyliczenia przebieżek, podbiegów -  moje 4 miesiące niesystematycznego biegania - nie zapowiadały więc sukcesów. Owszem ostatnio dodałam trochę podbiegów, ćwiczeń ogólnych i każdy wolny czas spędzałam na rolkach ale może za mało w tym biegania i treningu typowo biegowego - to, co robię to taki mix sportów ogólnych z przewagą biegania. Może po trochu dlatego, żeby z biegania nie robić religii ani filozofii.



Latanie jest dobre na stres przedstartowy, podobnie jak taniec :P


Myślę, że o bieganiu nie można pisać zbyt poetycko, bo nazwano je tyloma określeniami, że więcej już nie zdołam. Może przez to, że wolę RADOŚĆ i ENERGIĘ - kiedy piszę o bieganiu a nie wszechobecne endorfiny, które bez wątpienia są pochodną radości i energii - albo radość i energia jest pochodną życia z pasją.


 Myślę, że kocham bieganie jak taniec, spacer po deszczu, zdobywanie szczytów w Tatrach wysokich, jak wiatr we włosach, kiedy jadę szybko na rowerze, jak to wszechobecne, naturalne zmęczenie po jakiejkolwiek aktywności sportowej. Jestem żywiołem i energią, która wypełnia mnie w każdym centymetrze - mieszka pod skórą i prosi się o możliwość ujścia przez ruch. Bo życie to ruch. Nie ma stanu permanentnego szczęścia a warunkiem doświadczenia takiej chwili nie jest fakt posiadania, status, tytuły i zasługi ale miłość do rzeczy, w których możemy zatracić się całkowicie - do utraty tchu - taki reset od wszystkiego innego. Wydaje mi się, że najbardziej szczęśliwa czuję się w tańcu i w górach, kiedy biegam dla siebie i dopada mnie narkotyczna radość z przełamywania granicy czasu i kilometrów, kiedy coś odkrywam, kiedy leżę na trawie i patrzę w niebo, kiedy budzę się rano i słyszę najcieplejsze i najsłodsze "kocham Cię Mamo".

Gdybym mogła wybierać to, co chciałabym teraz robić to tańczyć i śpiewać, grać w teatrze, biegać, organizować wyprawy rowerowe, podróżować po świecie, odkrywać lądy nieznane,  znikać na tygodnie spędzone na wyprawach górskich, chciałabym pisać o tym, co zobaczyłam, przeżyłam, doświadczyłam, smakowałam - przeplatając to wszystko życiowymi doświadczeniami i prawidłami, które nie raz przewartościowały wszystkie oczywistości. Idealnie byłoby tak pracować. Szkoda, że tylko nieliczni mają taką sposobność aby praca była całkowicie związana z ich pasją - a może często jest tak, że na początku nie mamy ugruntowanej wizji i nie wiemy w jaką stronę idziemy - to zupełnie jak start w biegu na nieznanym dystansie, w nowym miejscu. Wiecie ile w głowie rodzi się pytań? Czy zasadne jest to, czy to, czy utrzymać tempo czy zwolnić, czy za zakrętem będzie już tylko do przodu, czy pod górę - niewiarygodne ale biegi długodystansowe mają coś z chodzenia po górach z plecakami. Zwłaszcza po tych nieznanych, obcych szlakach, które na każdym kroku dostarczają nam wrażeń ale też otwierają się na nas a my na nie.

Medytacja...:)


Na bieg w Garwolinie jechałam z Madzią - poznałyśmy się przez moją FB stronę latających butów https://www.facebook.com/mflyingshoes - wyruszyłyśmy z Warszawy bardzo wcześnie, bo grubo przed 9:00 - nie zastanawiałam się co będziemy robić do godziny 12:00 - ból brzucha i masa kłębiących się w głowie myśli - trochę wyciszała rozmowa i muzyka.


Madzia :)

Zabrałam aparat z nadzieją na wykonanie kilku latających zdjęć z podróży - w rezultacie czego prawie 3 godziny skakałyśmy po przeróżnych zakątkach okolicznego placu przy miasteczku biegowym w Garwolinie. Mało tego - jak tylko muzyka zaczęła wybrzmiewać z głośnika to tak zwyczajnie, impulsywnie zaczęłyśmy tańczyć - wzbudzając zainteresowania organizatorów biegu - którzy nie omieszkali wykorzystać tej okazji na pamiątkową fotografię. Zostałyśmy zapytane na jaki czas biegniemy :) - na 50 min? - Pytali? Ja mówię niezupełnie - biegniemy, żeby dobiec, to nasz pierwszy raz :)!  Mój wyraz twarzy na zdjęciu wskazuje naturalny haj - to nie są bynajmniej objawy rzewnego płaczu :).






To było cudowne tańczyć na ulicy, mając za nic rzeczywistość i spojrzenia przechodniów! Ach jak się wtedy cieszyłam, że jestem tam z kimś kompletnie szalonym i wyluzowanym, kto odzwierciedla osobowość całkowicie niezrównoważoną jak ja!:)








Gdy wybiła 12:00 stałam sztywno za balonikami na 65 minut - odprawiając bezustanną mantrę "uda się, uda się, uda się, uda się, dam radę...itd" Baloniki miały biec w tempie 6:30 - którego utrzymywanie nie wychodziło mi ostatnio podczas treningów dłuższych niż 5 km. Założenie było więc takie, żeby dobiec i nie być ostatnią :) - a więc chciałam dobiec maksymalnie w godzinę i kilkanaście minut. Trasa Garwolińskiego biegu nie należała do łatwych - liczne wzniesienia nie pomagały w utrzymaniu dobrego i równego tempa - tak sądziłam na początku, kiedy po kilkuset metrach pojawił się podbieg. Pogoda za to dopisała bezbłędnie! Prawie 20 stopni, bez słońca, bez deszczu - wręcz idealnie.

Po pierwszym kilometrze okazało się, że biegniemy w tempie 6:19 lecz Pani z balonikami uspokajała, że zaraz zwolnimy. Biegło mi się dobrze, lekko, moja muzyka wrzucona o północy brzmiała idealnie, tańczyłam w biegu, biegłam myśląc o tym jak stoję na parkiecie i wywijam w takt ulubionych utworów. Czułam w sobie moc pokonywania niemożności, nienaturalna i wyimaginowana energia, która wypełniła moje nogi i głowę - która nagle - wtedy, kiedy jeszcze było z wiatrem - postanowiła oderwać się od grupy i utrzymać tempo w okolicach 6 minut na km - choć rozsądek mówił: "zmęczysz się i staniesz po 5 km" - nie zmęczyłam się i nie stanęłam ani przez chwilę. Prosta po Garwolińskiej ulicy była cudowna - ludzie niesamowici! Bo jak to wytłumaczyć, kiedy z lewej mijają nas Ci lepsi a Ci wolni - często bardziej zmęczeni, debiutanci - krzyczą i dopingują, przybijają piątki, klaszczą - a Ci lepsi uśmiechają się i tymi uśmiechami dodają siły i szybkości biegowej.
Nie wiem czy miałam kryzys - może chwilowe zwątpienie na 6 km - kiedy zegarek zaczął pokazywać, że biegnę 5:50 a  potem 5:35 - a żeby złamać godzinę należało utrzymać to tempo. Biegłam szczęśliwa - z pełnym uśmiechem, koncentracją ale niespotykaną lekkością ruchów. Przez ostatnie 3 kilometry walczyłam aby utrzymać tempo ale myśl o tym, że tańczę i że godzinny bieg to nic - skoro na parkiecie potrafię podskakiwać zdecydowanie dłużej :) - pozwoliły mi przyspieszyć jeszcze na ostatnim kilometrze. Ciągle jestem laikiem w obsługiwaniu mojego Garmina - i nie zdobyłam się na to aby trening z zegarka zassać do jakiegoś programu, który pokaże mi statystykę biegu. Jedno jest pewne - przekraczając linię mety byłam kimś wielkim. Zdobyłam nowy dystans, nie zatrzymałam się, pokonałam strach i czające się w głowie demony niepowodzenia. Miałam poczucie, że już dalej może być tylko lepiej. 58:39! Wspaniale pomyślałam a zaraz potem zakradła się myśl - hmm w zasadzie gdybym od początku biegła na 6 i przyspieszyła.... :) Taaak myślę, zaczyna się...



Jak wróciłam do domu byłam podekscytowana biegiem, Garwolinem, nowymi znajomościami, Madzią - z którą do końca świetnie się razem bawiłam - niedaleko domu rozstawiło się Wesołe Miasteczko - zabrałam tam Alę i pokręciłyśmy się na maksa wysoko na różowym łabędziu :). Byłam w chmurach - dosłownie i w przenośni.




Z Renatą i Darkiem - Renata była "zajączkiem na 55 minut - to żelazna Kobieta, która ma w sobie MOC! Poznaliśmy się w Parku Skaryszewskim 7 lat temu, kiedy zaczynałam - ja do biegania powracam a Oni  nigdy nie przestali...Cudownie aktywni ludzie!





Bo zabrakło łyżek :P
Potem przyszło zmęczenia i refleksja - co dalej? Czy na amatorskim bieganiu należy się nazbyt koncentrować, skupiać, poświęcać, oddawać? Przecież jesteśmy amatorami z pasją - która będzie pchać do kolejnych startów i coraz dłuższych dystansów - o ile wystarczy motywacji i energii. A może lepiej biegać ot tak, dla siebie, po lesie, nie egzaltować się każdym medalem, czasem, nie pokazywać zdjęcia zegarków, butów, chwil uchwyconych w kadrach biegowego/sportowego życia - nie robić z tego filozofii, religii, sposobności, żeby istnieć w sieci. Lubię pisać - generalnie. Ostatecznie internet to osobista przestrzeń, wystawiona na publiczną ocenę. Choć zawsze pozostawia pole aby omijać strony, które nie wpadają w nasze gusta. Mam nadzieję, że trafiłeś tu, bo szukasz inspiracji albo Twoje życie jest wypełnione energią...

Blogi to taka forma ekshibicjonizmu a jednocześnie okazja aby podzielić się z kimś zupełnie anonimowym i pokazać mu swoją radość - zobacz - ja teraz jestem szczęśliwa - znajdź swoje pole do bycia szczęśliwym. Myślisz, że istnieje permanentne szczęście? Nie - ale odnajdziesz go w takich właśnie chwilach, kiedy ruszysz tyłek i zaczniesz robić coś, co sprawi, że choć na chwilę wypełni Cię fala, o której nie należy pisać - trzeba ją poczuć. Zastanów się więc... "Co pijesz? Wodę czy falę?" John Fowles



Do zobaczenia Garwolinie! Za rok postaram się pobiec na 50 minut! :)
Share on Google Plus

9 komentarzy:

  1. Ja się dopiero szykuje do pierwszej dyszki, biegam met. Gallowaya, ale on też doradza, by start na danym dystansie w zawodach podejmować, gdy nie mamy problemów z przebiegnięciem 2-5km więcej, bo zawody to zupełnie co innego niż luźne bieganie na treningu. Może za rok zobaczymy się w Garwolinie. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trzymam kciuki za pierwszą dyszkę i spotkanie w Garwolinie - co by oznaczało, że za rok nadal będziemy się bieganiem cieszyć :)

      Usuń
  2. Brawo!!! Gratulacje za świetny czas;-) Ja ciągle czekam na swój debiut na dychę;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję ! I życzę, żeby się udało - ja teraz powolutku myślę o półmaratonie...ale na spokojnie - może w marcu jak zdrowie pozwoli :)

      Usuń
  3. gratuluję pierwszej 10-tki! :) też myślałam o tym biegu, ale nie wyszło :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Dziewczyny jesteście świetne. Trzymam kciuki za Waszą forme

    OdpowiedzUsuń
  5. chyba biegaliśmy razem: http://naostatniejprostej.com/2014/06/16/pojedynek/, pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak :) widzę, że dobiegłeś poniżej 50 min! Super! :) Gratuluję i do zobaczenia przy okazji następnych startów.

      Usuń