KORDOWIEC - MOJE MIEJSCE MAGICZNE - BESKID SĄDECKI

BESKID SĄDECKI DARZĘ WIELKIM SENTYMENTEM - NIE TYLKO Z RACJI KRAJOBRAZÓW NIEZWYKŁYCH ALE WSPOMNIEŃ, KTÓRE GŁĘBOKO W GŁOWIE I W SERCU - RAZ NA JAKIŚ CZAS ODŻYWAJĄ NA NOWO I WYWOŁUJĄ WZRUSZENIE.



PONAD 6 LAT TEMU Z MOIM NAJSTARSZYM SYNEM ODBYLIŚMY SAMOTNĄ WYPRAWĘ Z PLECAKAMI, KTÓRA DO DZISIAJ WYWOŁUJE UŚMIECH NA TWARZY. TO NIE TYLKO REFLEKSJA NAD PRZYGODĄ I NIEZWYKŁYM SAM NA SAM ALE TĘSKNOTA ZA MIEJSCAMI I LUDŹMI, KTÓRZY POZNANI NA SZLAKU NA ZAWSZE POZOSTALI W MOJEJ PAMIĘCI.


Na szlaku - pasmo Radziejowej. 2008

Kordowiec 2008

Kordowiec 2008

Kordowiec 2008
 
Minęło 6 długich lat odkąd nie było mnie w górach. Szczyt tęsknoty za krajobrazem górskim przeważył szalę i tym samym decyzję o wyjeździe podjęłam w zasadzie z dnia na dzień, warunkując ją stanem zdrowia dzieci i ogólnymi nastrojami. Nie wiedziałam jeszcze jaka podróż mnie czeka - bo samochodem dotychczas wyprawiałam się tylko w kierunku morza. Zapakowana "jak na wojnę" - w jeden duży plecak i 4 torby - z 3 moich dzieci - wyruszyłam na nowo poczuć smak przygody. Nie zastanawiałam się zbytnio co by było gdyby - wiedząc, że tego typu rozważania mogłyby zniweczyć cały wyjazd.

Z cyklu jak się starzejemy z Bacą :) - 2008 :)

Z cyklu jak się starzejemy - 2014 :)

GPS czas dojazdu kalkulował na 5 godzin i 30 minut, nam droga zajęła praktycznie cały dzień - uznałam, że tym razem celem będzie wszystko - także podróż sama w sobie. Niejednokrotnie wyskakiwaliśmy z samochodu, żeby naładować się widokami z trasy, żeby pozbierać maki, powrzucać kamienie na plaży nad Wisłą a na godzinę przed Nowym Sączem zrobiliśmy całkowity reset z moczeniem stóp w Gródku nad Dunajcem. W miejscu tak pięknym, że można tam kontemplować godzinami (Ośrodek wypoczynkowy Barbara - Gródek nad Dunajcem).

Przeprawa promowa przez Wisłę.

Szkoła latania - na wysepce gdzie spędziliśmy dobrą godzinę :)


Ach jak tam było bajecznie!

Na rowerku wodnym.


Adaś - mój przystojniak :).





Celem naszej podróży było RYTRO - to właśnie tam wypakowaliśmy wszystkie nasze bagaże i zaopatrzeni w prowiant na najbliższych dni kilka - zostaliśmy wywiezieni przez opiekuna bacówki do KORDOWCA - NIEZWYKŁEGO SCHORNISKA, POŁOŻONEGO NA SZCZYTOWEJ POLANIE GÓRY KORDOWIEC (763 m n.p.m.) W BESKIDZIE SĄDECKIM W PAŚMIE RADZIEJOWEJ - (na stronie internetowej kontakt i dokładny opis) http://kordowiec.com/ 

Na dole w Rytrze.

Krajobraz do kawy :)

Antoś idzie na grzyby...

Widok z okna pokoju.

Kuchnia na Kordowcu.

Tosiek na szlaku.


Jak maszerować to z pieskiem :)

Reset na szlaków - zdjęcia, telefony, drzemka...


Poziomki były, jagody były, parę kurek było :)

Na Jaworzynie Krynickiej - z Rytra dojazd zajmuje ponad godzinę. Wjazd i zjazd kolejką.


Kordowiec 2014.


Ławeczka w drodze na Niemcową.





W kolejce na Jaworzynę.

Klasyka gatunku. Położył się i zasnął.
 

Wejście do schroniska na nogach z Rytra zajmuje około 1.5 godziny. Z małymi dzieciakami - zapewne jeszcze raz tyle. Ale jest wykonalne. Myślę, że Kordowiec jest idealną bazą do zaszczepiania w dzieciach miłości do gór. Dostępny dla wszystkich, położony z daleka od zgiełku współczesnego świata - taki azyl i sposobność, żeby oczyścić głowę z natłoku spraw, odciąć się od wiecznego pędu i rozmarzyć, zatracić w dźwiękach natury, zapomnieć o tym, co przysparza nam troski. Dla ludzi, którzy pragną cywilizacji - zdecydowanie odradzam - na Kordowcu gra tylko wiatr albo turyście na gitarze - zejście do sklepu zajmuje niespełna dwie godziny - więc się zwyczajnie nie schodzi. Na Kordowcu się jest.



Bacówka jest także idealnym punktem "startowym" do górskich biegów, które dla mnie okazały się bardzo wymagające i wyczerpujące. Po szlaku, który biegnie obok Kordowca biegają ponoć ryterscy biegacze - jedna prosta po czerwonym szlaku ma ok 2 km. Ja w sumie przebiegłam ponad 3 km i odezwały mi się wszystkie mięśnie zapomniane - również czworo-głowy, który bolał mnie przed startem na dychę w Garwolinie. W ciągu czterech dni pobytu w Kordowcu biegałam tylko raz - po trochu ze względu na konieczność wstawania o 4:00 - co by Adaś nie musiał borykać się z dziecięcymi, porannymi fanaberiami tudzież zmagać się z rozwikłaniem ich potrzeb psycho-fizjologicznych - biegałam raz również z powodu obciążenia, bólu mięśnia i niewłaściwych na górskie szlaki butów. Myślę, że warunkiem koniecznym jest sprawić sobie buty z podeszwą typową dla biegów górskich. Podejrzewam, że buty do biegania w terenie to będzie mój kolejny nabytek, zaraz po tych trekkingowych - do typowo górskich wycieczek z plecakami.

CAŁKIEM NIEDAWNO SPOTKAŁAM SIĘ Z CZŁOWIEKIEM, KTÓRY BYŁ DLA MNIE ZAWSZE MENTALNYM GURU - NIE TOLERUJĘ W SWOIM ŻYCIU LUDZI, KTÓRZY UZNAJĄ SWOJE RACJE ZA PRAWDY UNIWERSALNE I OPOWIADAJĄ O NICH JAK O PEWNIKACH, NA KTÓRYCH BAZUJE CAŁY ŚWIAT ALE W TEJ RELACJI JEST ZUPEŁNIE INACZEJ - MOŻE DLATEGO, ŻE JESTEŚMY W INNYCH PRZESTRZENIACH LAT, DOŚWIADCZEŃ I DZIELI NAS POKOLENIOWA PRZEPAŚĆ, A MOŻE PRZEZ TO - ŻE KAŻDA TEORIA WYPOWIEDZIANA PRZEZ TEGO WŁAŚNIE CZŁOWIEKA, NABIERA - W SPOSÓB ZUPEŁNIE IRRACJONALNY - KONKRETNEGO WYMIARU, KTÓRY POTRAFIĘ ZAAKCEPTOWAĆ A NAWET NA NIM SIĘ OPRZEĆ.

TO WŁAŚNIE ON POWIEDZIAŁ MI, ŻE MIŁOŚĆ TO PIĘKNO JAKIM CHCEMY SIĘ DZIELIĆ Z DRUGIM CZŁOWIEKIEM. PIĘKNO DOŚWIADCZANE W POJEDYNKĘ STAJE SIĘ NOSTALGICZNYM, PEŁNYM REFLEKSJI I ŻALU AKTEM SAMOTNOŚCI. JEŚLI DZIELIMY SIĘ MUZYKĄ, KRAJOBRAZEM, SŁOWEM, SPOSTRZEŻENIEM, RADOŚCIĄ Z INNYMI LUDŹMI, KTÓRZY SĄ NAM BLISCY - DOSTRZEGANA RZECZYWISTOŚĆ NABIERA INNEGO WYMIARU. MIŁOŚĆ TO PIĘKNO I RADOŚĆ Z DZIELENIA SIĘ TYM, CO W NASZEJ SUBIEKTYWNEJ OCENIE PIĘKNEM NAZYWAMY. COKOLWIEK BY TO NIE BYŁO - TYLKO MIŁOŚĆ JEST NAJWYŻSZYM DOZNANIEM, KTÓRE WYMYKA SIĘ ROZSĄDKOWI - POZOSTAWIAJĄC NAM UCZUCIA, KTÓRE OD WIEKÓW STARAMY SIĘ WŁOŻYĆ W KARTY POEZJI I POWIEŚCI.

KORDOWIEC JEST DLA MNIE POEZJĄ, KTÓRĄ PODZIELIŁAM SIĘ Z MOIMI DZIEĆMI, KTÓRĄ DZIELĘ SIĘ TERAZ Z WAMI. Myślę, że blog to taka forma dzielenia się pięknem, w subiektywnym znaczeniu tego słowa. Jeśli ktokolwiek w wirtualnej rzeczywistości może się nim zachwycić i przełożyć na realne działanie to nawet wart jest ku temu ekshibicjonizm w sieci. Bo jakby nie było opowiadam nie tylko o sporcie, muzyce, projektowaniu i dzieciach ale dzielę się tutaj myślą, która drzemie głęboko w mojej głowie.

7 lat temu Kordowiec wyglądał równie tajemniczo i dumnie - stał na szczycie pięknej polany a my oswajaliśmy nową rzeczywistość rozmowami do poduszki. Powstała tam pewna historia, teraz zawieszona wysoko pod niebem, które na Kordowcu jest na wyciągnięcie ręki.  Zajęło nam 7 długich lat aby podjąć decyzję o powrocie w tamto miejsce niezwykłe. Do krainy owianej sentymentalną nutą rozstań, pożegnań, tęsknoty, gdzie niebo jest na wyciągnięcie ręki. Być może istnieją rzeczywistości bardziej lub mniej oswajalne - Kordowiec kocha się bezwarunkowo, podobnie jak góry.

29.06 kończę 33 lata - być może urodziny sprzyjają refleksji nad własnym życiem a może to właśnie przez ten wyjazd dotarło do mnie, że NIE MOŻNA W NIESKOŃCZONOŚĆ ODKŁADAĆ W CZASIE RZECZY, KTÓRE NALEŻY ROBIĆ IMPULSYWNIE, TERAZ, NIE ZA 10 LAT ALE WŁAŚNIE W TEJ CHWILI, KTÓRA TRWA. TRZEBA PRZEZNACZYĆ CAŁĄ ENERGIĘ NA TEN MOMENT - PRZEZ 4 LATA JECHAŁAM W ODWIEDZINY DO BLISKIEGO MI CZŁOWIEKA, KTÓRY ZMARŁ NA TYDZIEŃ PRZED SKRUPULATNIE ZAPLANOWANĄ WIZYTĄ. ŻYCIE NIE JEST STERTĄ PEWNIKÓW, NIE BAZUJE NA OCZYWISTOŚCIACH - ŻYCIE TO ULOTNY BIAŁY OBŁOK, W KTÓRYM ZAPISANA JEST NASZA HISTORIA - TEN OBŁOK NIEUSTANNIE PRZEPŁYWA, PORUSZA SIĘ - WSZYSCY ZMIERZAMY W JEDNYM KIERUNKU I TEGO NIE DA SIĘ ZMIENIĆ ALE MOŻNA WŁAŚNIE DZISIAJ NIE ODKŁADAĆ WSZYSTKIEGO NA PÓŹNIEJ, MOŻNA ZADZWONIĆ DO KOGOŚ - KOGO CHCE SIĘ USŁYSZEĆ, MOŻNA SPOTKAĆ SIĘ Z LUDŹMI, KTÓRZY SĄ NAM BLISCY, MOŻNA PRZECZYTAĆ KSIĄŻKĘ, OBEJRZEĆ FILM, RZUCIĆ WSZYSTKO I WYJECHAĆ ZOBACZYĆ ŚWIAT, O KTÓRYM SIĘ MARZY, MOŻEMY WSZYSTKO - TYLKO NIEWIARA ZATRZYMUJE NAS W MIEJSCU. PODOBNO, KIEDY ZACZNIEMY POWTARZAĆ MANTRĘ "UDA SIĘ" - TO WSZYSTKO LEŻY W ZASIĘGU NASZYCH RĄK. A SKORO WSZYSTKO ZALEŻY OD NAS SAMYCH TO WYKORZYSTAJMY TO JAK TYLKO SIĘ DA - DOBRE I ZŁE CHWILE NA DZIAŁANIE I SPEŁNIANIE WŁASNYCH ŻYCZEŃ - PAMIĘTAJĄC PRZY TYM, ŻE JUTRO MOŻE NAS NIE BYĆ...


W moich słuchawkach jest kilka utworów do "refleksyjnego leżenia na trawie" - Cinematic Orchestra jest pozycją kultową - spróbuj tak czasem - położyć się i rozmarzyć, poczuć radość, miłość, nostalgię, tęsknotę...zapomnij się...zatrać...Oddychaj, płacz, śmiej się - ŻYJ.

Jedna tęcza to szczęście a dwie? To pełnia...



1 komentarze:

10 km "AVON kontra przemoc - biegnij w Garwolinie"

15 CZERWCA 2014 NA ZAWSZE ZAPISZE SIĘ W MOIM KALENDARZU BIEGOWYM. DLACZEGO? BO WŁAŚNIE WTEDY PO RAZ PIERWSZY POKONAŁAM DYSTANS 10 KM - PODCZAS BIEGU "AVON KONTRA PRZEMOC - BIEGNIJ W GARWOLINIE".

Jechałam na start pewna wątpliwości i niewiary we własne siły, z pełną gamą dolegliwości żołądkowych i symptomów stresu, które dawały o sobie znać bardziej jak GPS pokazywał 10 minut do Garwolina.  Znałam cały proces przygotowawczy i wiedziałam, że moje treningi stały się ostatnio zbyt jednostajne - co przekładało się na siłę biegową i szybkość. Od pewnego czasu moje wyniki na 5 km oscylowały powyżej 30 minut - mimo iż był w maju taki dzień, kiedy wyszłam na trening i przeleciałam piątkę w 26 minut. Daleko mi jeszcze do odpowiedniej sprawności - myślałam - daleko mi, żeby przebiec dychę poniżej godziny, znam ludzi którzy przez 4 miesiące przygotowali się do maratonu. Ale mnie plany treningowe nudzą, całe te bieganie w zakresach tętna, skrupulatne wyliczenia przebieżek, podbiegów -  moje 4 miesiące niesystematycznego biegania - nie zapowiadały więc sukcesów. Owszem ostatnio dodałam trochę podbiegów, ćwiczeń ogólnych i każdy wolny czas spędzałam na rolkach ale może za mało w tym biegania i treningu typowo biegowego - to, co robię to taki mix sportów ogólnych z przewagą biegania. Może po trochu dlatego, żeby z biegania nie robić religii ani filozofii.



Latanie jest dobre na stres przedstartowy, podobnie jak taniec :P


Myślę, że o bieganiu nie można pisać zbyt poetycko, bo nazwano je tyloma określeniami, że więcej już nie zdołam. Może przez to, że wolę RADOŚĆ i ENERGIĘ - kiedy piszę o bieganiu a nie wszechobecne endorfiny, które bez wątpienia są pochodną radości i energii - albo radość i energia jest pochodną życia z pasją.


 Myślę, że kocham bieganie jak taniec, spacer po deszczu, zdobywanie szczytów w Tatrach wysokich, jak wiatr we włosach, kiedy jadę szybko na rowerze, jak to wszechobecne, naturalne zmęczenie po jakiejkolwiek aktywności sportowej. Jestem żywiołem i energią, która wypełnia mnie w każdym centymetrze - mieszka pod skórą i prosi się o możliwość ujścia przez ruch. Bo życie to ruch. Nie ma stanu permanentnego szczęścia a warunkiem doświadczenia takiej chwili nie jest fakt posiadania, status, tytuły i zasługi ale miłość do rzeczy, w których możemy zatracić się całkowicie - do utraty tchu - taki reset od wszystkiego innego. Wydaje mi się, że najbardziej szczęśliwa czuję się w tańcu i w górach, kiedy biegam dla siebie i dopada mnie narkotyczna radość z przełamywania granicy czasu i kilometrów, kiedy coś odkrywam, kiedy leżę na trawie i patrzę w niebo, kiedy budzę się rano i słyszę najcieplejsze i najsłodsze "kocham Cię Mamo".

Gdybym mogła wybierać to, co chciałabym teraz robić to tańczyć i śpiewać, grać w teatrze, biegać, organizować wyprawy rowerowe, podróżować po świecie, odkrywać lądy nieznane,  znikać na tygodnie spędzone na wyprawach górskich, chciałabym pisać o tym, co zobaczyłam, przeżyłam, doświadczyłam, smakowałam - przeplatając to wszystko życiowymi doświadczeniami i prawidłami, które nie raz przewartościowały wszystkie oczywistości. Idealnie byłoby tak pracować. Szkoda, że tylko nieliczni mają taką sposobność aby praca była całkowicie związana z ich pasją - a może często jest tak, że na początku nie mamy ugruntowanej wizji i nie wiemy w jaką stronę idziemy - to zupełnie jak start w biegu na nieznanym dystansie, w nowym miejscu. Wiecie ile w głowie rodzi się pytań? Czy zasadne jest to, czy to, czy utrzymać tempo czy zwolnić, czy za zakrętem będzie już tylko do przodu, czy pod górę - niewiarygodne ale biegi długodystansowe mają coś z chodzenia po górach z plecakami. Zwłaszcza po tych nieznanych, obcych szlakach, które na każdym kroku dostarczają nam wrażeń ale też otwierają się na nas a my na nie.

Medytacja...:)


Na bieg w Garwolinie jechałam z Madzią - poznałyśmy się przez moją FB stronę latających butów https://www.facebook.com/mflyingshoes - wyruszyłyśmy z Warszawy bardzo wcześnie, bo grubo przed 9:00 - nie zastanawiałam się co będziemy robić do godziny 12:00 - ból brzucha i masa kłębiących się w głowie myśli - trochę wyciszała rozmowa i muzyka.


Madzia :)

Zabrałam aparat z nadzieją na wykonanie kilku latających zdjęć z podróży - w rezultacie czego prawie 3 godziny skakałyśmy po przeróżnych zakątkach okolicznego placu przy miasteczku biegowym w Garwolinie. Mało tego - jak tylko muzyka zaczęła wybrzmiewać z głośnika to tak zwyczajnie, impulsywnie zaczęłyśmy tańczyć - wzbudzając zainteresowania organizatorów biegu - którzy nie omieszkali wykorzystać tej okazji na pamiątkową fotografię. Zostałyśmy zapytane na jaki czas biegniemy :) - na 50 min? - Pytali? Ja mówię niezupełnie - biegniemy, żeby dobiec, to nasz pierwszy raz :)!  Mój wyraz twarzy na zdjęciu wskazuje naturalny haj - to nie są bynajmniej objawy rzewnego płaczu :).






To było cudowne tańczyć na ulicy, mając za nic rzeczywistość i spojrzenia przechodniów! Ach jak się wtedy cieszyłam, że jestem tam z kimś kompletnie szalonym i wyluzowanym, kto odzwierciedla osobowość całkowicie niezrównoważoną jak ja!:)








Gdy wybiła 12:00 stałam sztywno za balonikami na 65 minut - odprawiając bezustanną mantrę "uda się, uda się, uda się, uda się, dam radę...itd" Baloniki miały biec w tempie 6:30 - którego utrzymywanie nie wychodziło mi ostatnio podczas treningów dłuższych niż 5 km. Założenie było więc takie, żeby dobiec i nie być ostatnią :) - a więc chciałam dobiec maksymalnie w godzinę i kilkanaście minut. Trasa Garwolińskiego biegu nie należała do łatwych - liczne wzniesienia nie pomagały w utrzymaniu dobrego i równego tempa - tak sądziłam na początku, kiedy po kilkuset metrach pojawił się podbieg. Pogoda za to dopisała bezbłędnie! Prawie 20 stopni, bez słońca, bez deszczu - wręcz idealnie.

Po pierwszym kilometrze okazało się, że biegniemy w tempie 6:19 lecz Pani z balonikami uspokajała, że zaraz zwolnimy. Biegło mi się dobrze, lekko, moja muzyka wrzucona o północy brzmiała idealnie, tańczyłam w biegu, biegłam myśląc o tym jak stoję na parkiecie i wywijam w takt ulubionych utworów. Czułam w sobie moc pokonywania niemożności, nienaturalna i wyimaginowana energia, która wypełniła moje nogi i głowę - która nagle - wtedy, kiedy jeszcze było z wiatrem - postanowiła oderwać się od grupy i utrzymać tempo w okolicach 6 minut na km - choć rozsądek mówił: "zmęczysz się i staniesz po 5 km" - nie zmęczyłam się i nie stanęłam ani przez chwilę. Prosta po Garwolińskiej ulicy była cudowna - ludzie niesamowici! Bo jak to wytłumaczyć, kiedy z lewej mijają nas Ci lepsi a Ci wolni - często bardziej zmęczeni, debiutanci - krzyczą i dopingują, przybijają piątki, klaszczą - a Ci lepsi uśmiechają się i tymi uśmiechami dodają siły i szybkości biegowej.
Nie wiem czy miałam kryzys - może chwilowe zwątpienie na 6 km - kiedy zegarek zaczął pokazywać, że biegnę 5:50 a  potem 5:35 - a żeby złamać godzinę należało utrzymać to tempo. Biegłam szczęśliwa - z pełnym uśmiechem, koncentracją ale niespotykaną lekkością ruchów. Przez ostatnie 3 kilometry walczyłam aby utrzymać tempo ale myśl o tym, że tańczę i że godzinny bieg to nic - skoro na parkiecie potrafię podskakiwać zdecydowanie dłużej :) - pozwoliły mi przyspieszyć jeszcze na ostatnim kilometrze. Ciągle jestem laikiem w obsługiwaniu mojego Garmina - i nie zdobyłam się na to aby trening z zegarka zassać do jakiegoś programu, który pokaże mi statystykę biegu. Jedno jest pewne - przekraczając linię mety byłam kimś wielkim. Zdobyłam nowy dystans, nie zatrzymałam się, pokonałam strach i czające się w głowie demony niepowodzenia. Miałam poczucie, że już dalej może być tylko lepiej. 58:39! Wspaniale pomyślałam a zaraz potem zakradła się myśl - hmm w zasadzie gdybym od początku biegła na 6 i przyspieszyła.... :) Taaak myślę, zaczyna się...



Jak wróciłam do domu byłam podekscytowana biegiem, Garwolinem, nowymi znajomościami, Madzią - z którą do końca świetnie się razem bawiłam - niedaleko domu rozstawiło się Wesołe Miasteczko - zabrałam tam Alę i pokręciłyśmy się na maksa wysoko na różowym łabędziu :). Byłam w chmurach - dosłownie i w przenośni.




Z Renatą i Darkiem - Renata była "zajączkiem na 55 minut - to żelazna Kobieta, która ma w sobie MOC! Poznaliśmy się w Parku Skaryszewskim 7 lat temu, kiedy zaczynałam - ja do biegania powracam a Oni  nigdy nie przestali...Cudownie aktywni ludzie!





Bo zabrakło łyżek :P
Potem przyszło zmęczenia i refleksja - co dalej? Czy na amatorskim bieganiu należy się nazbyt koncentrować, skupiać, poświęcać, oddawać? Przecież jesteśmy amatorami z pasją - która będzie pchać do kolejnych startów i coraz dłuższych dystansów - o ile wystarczy motywacji i energii. A może lepiej biegać ot tak, dla siebie, po lesie, nie egzaltować się każdym medalem, czasem, nie pokazywać zdjęcia zegarków, butów, chwil uchwyconych w kadrach biegowego/sportowego życia - nie robić z tego filozofii, religii, sposobności, żeby istnieć w sieci. Lubię pisać - generalnie. Ostatecznie internet to osobista przestrzeń, wystawiona na publiczną ocenę. Choć zawsze pozostawia pole aby omijać strony, które nie wpadają w nasze gusta. Mam nadzieję, że trafiłeś tu, bo szukasz inspiracji albo Twoje życie jest wypełnione energią...

Blogi to taka forma ekshibicjonizmu a jednocześnie okazja aby podzielić się z kimś zupełnie anonimowym i pokazać mu swoją radość - zobacz - ja teraz jestem szczęśliwa - znajdź swoje pole do bycia szczęśliwym. Myślisz, że istnieje permanentne szczęście? Nie - ale odnajdziesz go w takich właśnie chwilach, kiedy ruszysz tyłek i zaczniesz robić coś, co sprawi, że choć na chwilę wypełni Cię fala, o której nie należy pisać - trzeba ją poczuć. Zastanów się więc... "Co pijesz? Wodę czy falę?" John Fowles



Do zobaczenia Garwolinie! Za rok postaram się pobiec na 50 minut! :)

9 komentarze: