BIEG KONSTYTUCJI - MAJ 2014

BIEG KONSTYTUCJI TO MÓJ PIERWSZY OFICJALNY START na 5 km PO LATACH - nie licząc oczywiście udziału w PARKRUN w Parku Skaryszewskim.

Mokra ale szczęśliwa :)

O ile debiuty w Parku nie wyzwalały we mnie aż takiego przerażenia - to Bieg Konstytucji lekko mnie paraliżował - przypomniałam sobie zaraz jak to było 7 lat temu i uznałam, że niewiele się w tych kwestiach zmieniło. Przed każdym publicznym wystąpieniem bolał mnie brzuch i nie mogłam spać. Tak jakbym na starcie była ponownie w szkole i przechodziła jakiś ważny sprawdzian własnych umiejętności. Z bieganiem po trochu tak jest - chyba tak się już utarło, że starty w zawodach są zwieńczeniem naszej systematycznej pracy i treningów. Pokazują nam również niedostatki treningowe i pomagają wyznaczać nowe cele.

W tym roku po raz pierwszy biegły moje małe dzieci - Ala i Tosiek. Bieg na 700 metrów okazał się dla Nich solidnym dystansem - zwłaszcza, że co najmniej tyle musieli pokonać aby na start dotrzeć. Parkowanie w pobliżu graniczyło z cudem. Deszcz odbierał motywacje a ja z przerażeniem odliczałam tylko czy z mety dzieci dobiegnę na start dorosłych i czy ten podbieg mnie nie wykończy :)

Przyznam szczerze, że dla Ali w pewnym momencie bieg nie był zabawny - miała dość deszczu i bolały ją nóżki...



Okazało się, że wszystko dało się pogodzić - jednak świadomość, że moje dzieci będą marznąć jeszcze ponad pół godziny w oczekiwaniu na mnie nie dawała mi spokoju. Byłam rozkojarzona i podminowana - dlatego kategorycznie zapowiedziałam - starty mają być zabawą dla mnie i dzieci - a nie katorgą - do tego w niepewnych warunkach pogodowych. Więc od teraz - albo biegnę ja albo dzieci. Żeby własne sukcesy móc chociaż przez chwilę celebrować na mecie a nie koncentrować się na tym jak szybko dotrzeć do samochodu aby przemoczone dzieci, trzęsące się z zimna nie odchorowały tego - jak stało się tym razem.

Mnie dopadło zaraz przeziębienie - skrzyżowane z alergią na nie wiadomo co ( z czego pewnie nie wyjdę bez sterydów wziewnych), Tosiek ma szmery w oskrzelach i jest już inhalowany sterydami pełną parą a Ala zaczyna się rozkładać...Pełen FUN pobiegowy.



Sam bieg okazał się bardzo przyjemny i łatwy - miałam aspiracje dobiec za balonikami na 27:30 ale zniknęły mi z oczu bardzo szybko - jeszcze przed podbiegiem. Biłam się w piersi, że zaczęłam zbyt wolno a natłok ludzi nie ułatwiał sprawy aby sprawnie wyprzedzać. Podbieg pod Agrykolę był ciężki ale biegłam dzielnie i nie zatrzymałam się ani razu - mało tego ostatnie kilometry biegłam z czasem poniżej 5. Więc gdybym zaczęła szybciej pewnie spokojnie wyrobiłabym się w 27:30 - tymczasem mogłabym gdybać dalej :) a metę przekroczyłam z czasem: 28:21. Czyli nowa życiówka "po latach" i pewnie będę ją łamać dalej. Niestety - rywalizacja z samym sobą to proces nieodzowny w bieganiu. A ja dodatkowo rywalizuję z siostrą, która zaczyna mieć niebezpieczne aspiracje na 20 minut :)





Ha! Na mecie byłam zwycięzcą! Jesteś zwycięzcą to ręce do góry!

Czego mi brakowało w tym biegu? Po pierwsze towarzysza, który powie - dawaj! Po drugie muzyki w słuchawkach (i następnym razem - mówcie co chcecie ale nie biegnę bez moich ukochanych słuchawek - mi muzyka daje kopa i moc), po trzecie chciało mi się pić - i tu ukłony dla kolegi, który na 4 kilometrze użyczył mi łyka swojego izotonika...Niech moc będzie z Tobą! :)

Chwilowo zakatarzona a już planuję kolejne starty w biegach - ważą się jeszcze świetliki (nocny rajd na orientację), Bieg Wawerczyka i Bieg Samsunga dla kobiet - no i 15 czerwca Bieg w Garwolinie - o ile zdrowie pozwoli to przebiegnę tam dychę i na 100% będzie nową życiówką ;) Aaaa są starty jest zabawaaa :)

Share on Google Plus

2 komentarze: